Często wracam do lektury wydanych w 2016 roku Galicyan Stanisława Aleksandra Nowaka. Pewnie także to książka mnie woła. Książka, nad którą pisarz pracował osiem lat, otrzymał Nagrodę Literacką m.st. Warszawy, zyskał uznanie krytyków. Nie podążył za tym należny sukces wydawniczy. Nowak od kilku lat mieszka w Jeleniej Górze. Nadal pisze, ale nowe książki się nie ukazują.
Galicyanie wymagają uważnej lektury. Obszerna (dziewięćset stron) powieść jest bogata leksykalnie, pełna archaizmów, prawdziwych lub stworzonych przez autora. Z rozległej, ponad stuletniej warstwy fabularnej, rozdziały książki wysuwają się jak szufladki w starym kredensie. Pełne są historii położonego nad Wisłokiem Zaborowa. To Galicja, przez którą przetoczyła się historia, zniszczyły okrucieństwa rabacji, Galicja rozdeptywana przez żołnierzy kolejnych armii. Razem z ludźmi zniknął świat wypełniających ją rzeczy. Także archiwa w większości nie przetrwały. A jednak zdumiewający obraz Zaborowa ożył w książce Nowaka. Trudno opisać urodę tej powieści, uchwycić rozpiętość talentu jej autora. Proponuję więc lekturę kilku fragmentów Galicyan i jednego niedrukowanego wiersza Nowaka. Mam nadzieję, że Pan Bóg Od Książek ma jeszcze miejsce w swojej bibliotece.

„Z charakteru Rejsia była kłopotnicą, znaczy taką, że zbierała ból od ludzi. Rejsia zbierała ból duży i mały, ból jeszcze dobry i ból popsuty, do niczego się już nienadający. Zbierała ból jak nędzarz, któremu wszystko na coś się przyda, który z niczym nie potrafi się rozstać. Każdy ból gromadziła w sobie, jakby chowała za pazuchę”.
„Szpacerowali w bliskości drzew. Dolek obejmował Rejsię prawą ręką, lewą zaś odgarniał gałęzie, żeby mu lubki nie poszkaradziły. Reksia mówiła – Dolek słuchał, bacząc, by nie przemylić kroku. Od rzutu oka było widać, że po raz pierwszy prowadzi dziewkę: szedł cały zesztywniały, z uwagą skupioną na prawej ręce. Właściwie Rejsia nie szła pospołu z nim, lecz z jego prawicą, bo w tej ręce był wszystek Dolek: jego rozum, płuca i nade wszystko serce. I gdyby obciąć tę rękę, umarłaby reszta Dolka, nie ręka”.
„Był ciepły, latowy dzień. W dworskim ogrodzie, pod śliwą, dziedzic-czytacz czytał na xiążce powieściowej. […] Wiał słabiuśki, prawie bezkształtny zefirek. Był tak niemocen, że nie mógł odwrócić xsiążkowej kartki. Wszystko, na co go było stać, to łaskotliwe podmuchy, z przyczyny których raz w raz kartki przechodziła dreszcza, taka febryczna, jaka przenika rozebranego do portków chłopa, gdy zejdzie ze słonka w cień. Nie dziwota więc, że wiatru nie bojały się nawet płochliwe dmuchawce. Mleczne lampki całymi stadami pasły się po łąkach, lubo ich zielone żyły pełne już były gorzkiego żywotnego nektaru. Co moment dmuchawce stawały jak wkorzenione w grunt, sprawdzały, czy coś im nie grozi i dalej chodziły. Było spokojnie i trawy nachodziła sennawość. Kiwały się więc podobne na ludzi, którzy zapadłszy w drzemotę, walczą z opadającą głową”.
„Dni były przedzielone warstwami śniegu niczym bibułą rozdzielającą karty w albumie. Topniejąc, odsłaniały wcześniejsze ślady i miało się złudę, jakby zima od początku wertowała ten album, lubując się przypomnieniami; jakby kartka po kartce (od dnia ostatniego do pierwszego) oglądała kronikę krwawej rzezi. A ta kronika była pisana z najdrobiazgowszą drobiazgowością i za pamięci. Nie dziwota tedy, że przypominała źle wytartą tablicę, na której widać było tematy wszystkich lekcji, i że dało się w niej wyosobnić każdą jedną przedreptaną drogę, każdy jeden ślad buta, racicy, kopyta, bosych sanic i podkutego żeleźnika. Co tam śladów było! Kolosalność, takie mnóstwo, że czasem zdawało się, iż są one nie tylko od tej, alei od przeszłorocznej zimy. Trudność polegała na tym, że świat po rabacyi był rozkradziony. […] Ludzie zajęły nie tylko panową chudobę i sprzęty. Porwały nie tylko dwór. Skradły też drogi, mosty, zabrały góry, zabrały nawet słonko”.
STANISŁAW ALEKSANDER NOWAK
Nad Wisłokiem
Stoję nad wisłocznym brzegu, gdzie domowali moi,
gdzie Wisłok ciszą zwieczorną zielone konie poi;
gdzie białe glorie kamieni znaczą niebo płyciznę,
gdzie szarym mydłem, na tarce, Maria pierze bieliznę.
Tam puszczam kaczki na wodzie, most kamienny buduję,
przęsła jak ślepia topielca, co życia wypatruje.
Tam most kłódkowy odkluczam, rdzawym kluczem do serca
niby nawrócon kradzieżnik, kradliwy duchowierca.
Piotrowy klucz tam, gdzie zawsze: pod wycieraczką nieba.
Bądź jak klucz do Domu Ojca na szyi, gdy potrzeba.
Ten medalik całuję, gdy tylko wiarę wzruszę
i wpuszczam pod swe ciało jak echo do studni duszy.
Od białych łyst mostobronnych, ulizanych w głębinie,
Wisłok się piennie odbija i już do tyłu płynie.
Strzałką-małżem, modłą dłoni – bronicielką filarów,
z ważką, co chodzi po wodzie, w aureolach komarów.
Po tym przewodnym nadmoście, gładziuchnym jak mensy blat,
idę na Tamten Zaborów, przechodzę na Tamten Świat.
Znów Wisłok we mnie wisłoczy starorzecznymi żyłami,
Obmywa serce zmulone, cicho wypływa łzami.
Znów zwierciedlą zaprzeszłość łozinorzęse oka –
zielone, wodniste oczy, rzeki wspomnień Wisłoka.
Znów duchowidne zerkadło, dowidzi dech człowieka –
topielca ze srebrnikami księżyców na powiekach.
Pod mostem siedmiu filarów, w pozaczasowym biegu,
zwierciedli to, co odeszło, czego nie ma na brzegu.
Zasiedmiogóry, zalasy, fioletowe zamorza,
Zasiedmionieba błękitne, sinodalne przestworza.
Wisłoku, wniebowpłynięty! Czy będziesz mnie szukał
wszędzie,
gdy odżegluję w Zarzeki i już mnie tutaj nie będzie?
Czy jako rzeka Potopu, która podmywa mogiły,
będziesz obmywał mi nogi, żebym na Barkę miał siły?
Jelenia Góra, maj 2025