Wyłuskawszy z łupiny czasu pogodny dzień maja 1879 roku i skierowawszy spojrzenie na Aleje Ujazdowskie, słyszę, jak Tomasz Łęcki proponuje Stanisławowi Wokulskiemu wspólną podróż do Krakowa, a ten godzi się bez namysłu. Radością napawa go myśl, że spędzi kilka godzin w bliskim towarzystwie panny Izabeli. Przystaje też na prośbę ukochanej, by mógł z nimi wojażować Kazimierz Starski. Była już dziesiąta wieczorem, gdy pasażerowie poczuli pierwsze, niemiłe szarpnięcie parowozu. Ekspedycja przebiegała zrazu w sielankowej atmosferze. Starski usiadł po lewej stronie panny Izabeli i zaczął ją bawić konwersacją. Wokulski, nie chcąc przeszkadzać, przesiadł się do tyłu i wdał się w rozmowę ze starym Łęckim. Tak było do Pruszkowa. Za Pruszkowem jednostajny głos pana Tomasza począł go męczyć. „Już chciał powstać z siedzenia, kiedy wypadkiem spojrzał w przeciwległą szybę wagonu i zobaczył w niej jak w lustrze słabe odbicie panny Izabeli i Starskiego. Siedzieli bardzo blisko siebie, oboje zarumienieni […]. Przycisnął się do ławki wagonu, patrzył w szybę i – słuchał. Zdawało mu się, że każde słowo Starskiego i panny Izabeli pada mu na twarz, na głowę, na piersi, jak krople ołowianego deszczu…”. Gwoli precyzyjnego umiejscowienia tego zdarzenia przypomnę wcześniejszą, paralelną do właśnie zacytowanego fragmentu sekwencję: „Za Pruszkowem prawie ucieszyły go krople deszczu, przez otwarte okno padające do wnętrza wagonu; później – nieco ożywiła go gwałtowna burza za Grodziskiem; miał nawet pragnienie, aby go piorun zabił”. Paralelizm obydwu scen pozwala przypuszczać, że jedna z najważniejszych scen w Lalce – ujrzenie rzeczywistości taką, jaką jest – rozegrała się w Grodzisku Mazowieckim.
– I ten medalion – drwił Starski – jest całym prezentem przedślubnym?… Niezbyt hojny narzeczony: kocha jak trubadur, ale…
– Zapewniam cię – przerwała panna Izabela – że oddałby mi cały majątek…
– Bierzże go, kuzynko, i mnie pożycz ze sto tysięcy… A cóż, znalazła się ta cudowna blaszka?…
– Właśnie, że nie, i jestem bardzo zmartwiona. Boże, gdyby on się kiedy dowiedział…
– Czy o tym, że zgubiliśmy jego blaszkę, czy że szukaliśmy medalionu? – szepnął Starski, przytulając się do jej ramienia.
Wokulskiemu mgłą zaszły oczy.
Niełatwo było patrzeć na szczęście pary, która kryła rozkosz zdrady. Okazało się bowiem, że w ramionach Starskiego sztywność gorsetu Łęckiej nie całkiem była w zgodzie z jej giętką kibicią, a głębokość stanika nie aż tak przepastna, by nie móc z niej wydobyć medalionu. Manewry miłosne trwały zaś wystarczająco długo, by Wokulski miał czas zarówno skonstatować, że pełna rezerwy powściągliwość Izabeli była rynsztunkiem przywdziewanym wyłącznie w towarzystwie kupców galanteryjnych, jak i żałować, iż kochał tą miłością, która bardziej ćwiczy serce niż ciało. Czy mogło być jednak inaczej, skoro w gruncie rzeczy zakochany był w sobie i w nikim ponadto?

Jako pierwszy zwrócił na to uwagę amerykański literaturoznawca David J. Welsh, który, zanalizowawszy powieść Prusa za pomocą kategorii wypracowanych przez Carla Gustava Junga, doszedł do przekonania, że bohater Lalki stanowi wyborny przykład mężczyzny, który „przenosi swoją animę na kobietę i zostaje zniszczony”. Zaproponowany przez Welsha trop interpretacyjny podjęła Olga Tokarczuk. W jej ujęciu Izabela „jest zaledwie znakiem, nietykalną chorągwią, oznacza jakieś miejsce w duchowej przestrzeni Wokulskiego i w ten sposób orientuje kierunki. Nie ma Wokulskiemu nic do zaproponowania oprócz siebie, a sama jest wciąż niejasna, nieokreślona, pusta w środku”. Omdlewające i blade, próżne i puste w środku kobiety są bardzo atrakcyjne, a przy tym nader niebezpieczne. Są tak puste, że mężczyzna o bogatej osobowości może im przypisać wszystko, cokolwiek zechce. Najczęściej widzi w nich tę część własnej psyche, która pozostaje ukryta przed jego świadomością. W świetle tej teorii Izabela to nic innego, jak zwierciadlany obraz nieświadomych aspektów duszy Wokulskiego. Walka z namiętnością nakierowaną na samą siebie należy do najtrudniejszych. Jeżeli tej swoistej psychomachii mężczyzna nie przypłaci życiem, istnieje szansa, że uda mu się poznać prawdziwą naturę narcystycznego – w najszlachetniejszym sensie tego słowa – afektu, a wówczas, wznosząc się na wyższy poziom samoświadomości, odkryje własną tożsamość.
Za Radziwiłłowem Wokulski ze zdumieniem stwierdza, że „od zdrady, rozczarowania i upokorzeń jest coś gorszego. Ale co? Oto – jazda koleją. Jak ten wagon drży… jak on pędzi!… Drżenie pociągu udziela się jego nogom, płucom, sercu, mózgowi; w nim samym wszystko drży, każda kosteczka, każde włókno nerwowe… Co tam Starski albo i panna Izabela… Jedno warte drugiego!… Ale ta kolej, ach, ta kolej… to drżenie. Zdawało mu się, że się rozpłacze, że zacznie krzyczeć, że wybije okno i wyskoczy z wagonu… Gorzej. Zdawało mu się, że będzie błagać Starskiego, aby go ratował… Przed czym?… Była chwila, że chciał schować się pod ławkę, prosić obecnych, ażeby na nim usiedli, i tak dojechać do stacji… Zamknął oczy, zaciął zęby, schwycił się rękoma za frędzle obicia; pot wystąpił mu na czoło i spływał po twarzy, a pociąg drżał i pędził…”. Śmiała jest ta transpozycja uczuć bohatera na żelazną konstrukcję wagonu kolejowego, jakby na nim zawisło rozstrzygnięcie ludzkich losów. W rękach pisarza innego niż autor Lalki motyw zdrady mógłby łatwo przybrać formę wynaturzoną, podejrzanie egzaltowaną. Mądry Prus, wpuściwszy pomiędzy słowa łagodne światło humoru, uniknął sentymentalnej afektacji. W owym zręcznym zabiegu formalnym nie wolno jednak upatrywać wyłącznie żartu. Pożałowania godne bankructwo tego, co zwykło się nazywać trzeźwym poczuciem rzeczywistości, stanowi zarówno pierwszą fazę obłędu, obrócenia wniwecz dotychczasowego porządku, jak i pierwszy etap gorączkowej ucieczki.
Nie bez przyczyny kilka akapitów wcześniej użyłem słowa „sekwencja”. W nomenklaturze muzykologicznej oznacza ono powtarzanie motywu, zwrotu melodycznego w utworze przez te same głosy wokalne lub instrumentalne na stopniowo zmieniającej się wysokości. Poza tym sekwencja leży u podstawy epizodu fugi – opartej na kontrapunkcie wielogłosowej formy muzycznej, w której poszczególne głosy kolejno podejmują temat przewodni w mniej lub więcej dokładnej imitacji. Fugą, która często stanowi element większej, wieloczęściowej całości, rządzi zasada lustrzanego odbicia, co najwyraźniej widać w relacji pomiędzy konsekwencją głosu a jego antecedencją. Byłaby zatem fuga dźwiękową inkarnacją lustra, jego mową? W dawnej polszczyźnie – jeszcze Żeromski pisał w Przedwiośniu o fudze koni niosących się w przestrzeń – wyraz „fuga” oznaczał ucieczkę, bieg, co jest zapożyczeniem z łaciny, gdzie fuga to tyle, co ucieczka pełna obaw i wstrętu; to także pośpiech, szybki bieg, pęd. Waga, jaką przypisuję tym kwestiom, nie wynika z chęci mnożenia uczonych analogii. Kieruje mną raczej potrzeba oglądania ulubionego przedmiotu ze wszystkich stron. Wiem bowiem aż nadto dobrze, że czytelnik Lalki wystawiony jest na niebezpieczeństwo zakochania się w ludziach i rzeczach, których już nie ma i które zarazem są, tyle że na innym szczeblu istnienia.
„Nareszcie – rozległ się świst jeden… drugi i pociąg zatrzymał się na stacji. Konduktor otworzył drzwi, Wokulski zerwał się z siedzenia. Potrącił pana Tomasza, zatoczył się na przeciwległą ławkę, potknął się na stopniu i wbiegł do bufetu”. Porzuciwszy pod byle pretekstem współtowarzyszy podróży, jął błąkać się bez celu przy posępnym świetle księżyca. Przedzierał się przez leśne chaszcze, biegł wzdłuż rowu, co rusz potykając się o kamienie. Zdawało mu się, że jest na cmentarzu, pośród otwartych grobów, z których wychodziły ohydne cienie, a między nimi szła Izabela, wabiąc go ręką i spojrzeniem. Potem miał inne widzenie: znalazł się w cichym i pustym lesie pogrążonym w półmroku. „Spomiędzy sosen, gdziekolwiek spojrzał, przeglądały płaty szarego nieba; każdy zamieniał się w drgającą szybę wagonu, w której widać było blady obraz panny Izabeli w uścisku Starskiego”. Była już trzecia po północy, gdy spostrzegł w oddali dwa złotożółte światła, powoli zbliżające się w jego stronę; za nimi majaczyła ciemna masa, za którą ciągnął gęsty snop iskier. Położył się na szynach. Głowa znalazła się na tej samej wysokości co serce i przepona. Schwycił się oburącz podkładów, usta miał pełne piasku i drobnego żwiru. Sapanie parowozu brzmiało zwielokrotnionym, mściwym echem spazmatycznego oddechu kobiecych piersi. Zimne szyny coraz głośniej wygrywały rytm upiornej fugi. „Boże, bądź miłościw…” – szepnął i zamknął oczy. Raptem uczuł gwałtowne szarpnięcie. Pociąg przejechał o kilkanaście centymetrów od głowy, obryzgując go parą i gorącym popiołem. Z objęć śmierci wyrwał go miejscowy dróżnik – Kasper Wysocki – brat furmana Wysockiego z warszawskiego Powiśla. Imię „Kasper”, podobnie jak inne nazwy własne w Lalce, jest znaczące. Imię to pochodzi najprawdopodobniej z perskiego słowa gizbar – „stróż skarbca, skarbnik”. Trudno o lepszy dobór imienia. Proszę dobrze się wsłuchać: „Płacz, wielmożny panie – radził niedoszłemu samobójcy dróżnik – i wzywaj boskiego imienia… Nie będziesz go wzywał nadaremnie… Co tam, wielmożny panie, dostatki, co największe skarby!… Wszystko człowieka zawodzi, tylko jeden Bóg nie zawiedzie…”.
Świtało, kiedy Wokulski wreszcie się obudził. „Usiadł, przetarł oczy, zobaczył obok siebie Wysockiego i wszystko sobie przypomniał. – Długo spałem? – zapytał. – Może kwadrans… może pół godziny – odparł dróżnik”.
Znacznie dłużej.
Ponieważ horyzont rozumienia zakreślony jest przez linie demarkacyjne pytań, ośmielę się postawić jedno z nich, wstydliwie naiwne, prostoduszne: dlaczego prawdę o Łęckiej odkrył Wokulski dopiero wtedy, gdy ujrzał jej odbicie w szybie wagonu kolejowego?
Jak wiadomo, Platońska teoria poznania zakłada istnienie dwóch planów rzeczywistości: niezmiennego, wiecznego, dostępnego jedynie dla rozumu świata idei oraz przemijającego, nietrwałego, poznawalnego na drodze postrzegania zmysłowego świata materialnego. Ponieważ wyższy stopień realności i prawdziwości przysługuje pierwszemu z wymienionych, rzeczywistość zmysłowa stanowi dziedzinę bytów wtórnych, jest królestwem cieni, sferą odbić bytów idealnych. W dialogach Platońskich, z miłości do których chyba nigdy nie wyrosnę, metafora zwierciadła służy uwydatnieniu nierealności tego, co pozornie rzeczywiste i niezafałszowane. Poznanie prawdy to zatem skomplikowany proces rygorystycznego rozumowania, rozpoznawania w rzeczach jednostkowych sygnatur określonych idei, przypominania sobie wiedzy zdobytej jeszcze przed narodzinami, w sferze idei. Wokulski tyleż zastosował się do wskazówek Platona, co je obszedł. W jednej chwili samo przyszło doń to, co przedtem było przedmiotem jego pracowitych poszukiwań: prawda.
Szara ściana domu sąsiada, dwa rachityczne jałowce, przekwitła forsycja, dwa rozłożyste bukszpany, stary krzak agrestu z jasnozielonymi dzwoneczkami owoców, dwie zgrabne tuje. Przypadkowy charakter tego, co widzę z okna mojego pokoju, stanowi drażniący dysonans dla rozbrzmiewającej wewnątrz domu muzyki. Klawesyn Gustawa Leonhardta szarpie powietrze ostrymi, krystalicznymi dźwiękami. Wsłuchany w arytmetykę Kunst der Fuge zasiadam przy biurku i ponawiam stary, sztubacki żart. Sięgam po lusterko, pieczołowicie ustawiam je przed pokrytą drobnym pismem kartką i usiłuję czytać w zwierciadle. Ażeby zrozumieć tekst, muszę zaprząc do mozolnej pracy rozum, który w cudacznych znaczkach rozpoznaje po pewnym czasie znane mu litery. Zniecierpliwiony żmudnością procedury, naprzeciw pierwszego lusterka stawiam drugie. W odbiciu odbicia tekst ponownie przyjmuje pierwotną, rzeczywistą, przynależną mu formę.
Jest blisko północy, gdy wychodzę z domu i kieruję się w stronę nasypu kolejowego, porośniętego bujnym, tłustym zielskiem. Zapach białego bzu zawiera naturalne dla tego miejsca sojusze z wonią smaru, oleju, żwiru i stali. Zza postrzępionych obłoków niosących burzę prześwieca blask księżyca. Gra światłocieni jest tak kunsztowna, jakby natura bawiła się w rywalizację z Aleksandrem Gierymskim, u którego również Prus podpatrywał sztukę zestawiania światła z cieniem. Próbuję sobie wyobrazić ten koncert złorzeczeń, jaki się rozległ w wielu warszawskich domach 24 maja 1889 roku, gdy rozeszła się w „Kurierze Codziennym” wieść, że umarł kochany Rzecki, że panna Izabela na zawsze została zamknięta w katakumbach staropanieństwa, a Stanisław Wokulski bezpowrotnie zniknął z kart powieści. Rychło znaleźli się tacy, co to wierzą, iż Opatrzność, zamykając jedne drzwi, nie zapomina uchylić innych; którzy ufają, że Wokulski – pod innym już imieniem – żyje. Adam Breza we Wspomnieniach o Bolesławie Prusiespisanych w roku 1934 przytacza opinie o bohaterze Lalki przekazywane sobie z ust do ust przez wtajemniczonych: „Ale on żyje! Gdzieś niedaleko Grodziska czy Pruszkowa… Tylko zmienił nazwisko i brodę zapuścił”.
Pociągi do Krakowa nie zatrzymują się w Grodzisku, zwalniają tylko nieco biegu w trosce o bezpieczeństwo tych Grodziszczan, którzy, skracając sobie drogę, ryzykują przejście pod wiaduktem przez dwadzieścia dwie nitki połyskliwych szyn. Wąska, barwy popiołu ścieżka wydeptana wzdłuż niewysokiej skarpy zezwala na odbywanie długich, samotnych spacerów, mało kto ma bowiem odwagę chodzić tędy pod osłoną nocy. Niewielu ma też ochotę zapuszczać się w okolice ślepego toru i oddychać jego specyficzną, peryferyjną atmosferą. Ta uboczna, wzgardzona odrośl zardzewiałych szyn, pożądliwie otulonych przez polne trawy, rozciąga się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Bez wyjścia, bez wylotu, zamknięta sztucznym, rdzawym kopcem i rampą kresową, przypomina uschłą gałąź zielonego drzewa. Nad zapomnianym łożyskiem toru pochyla obolałe ramię sędziwy semafor. Strupieszała zwrotnica straszy strzaskanym, szafirowym szkliwem oka. Niekiedy brzemienną w głosy ciszę rozrywa wibrujący gwizd lokomotywy i rytmiczny stukot kół pociągu innego niż pozostałe. Wpatrzony intensywnie w głuchą przestrzeń czekam, aż nadjedzie. Pragnę na krótką bodaj chwilę ujrzeć Izabelę w objęciach Starskiego, a obok nich wykrzywioną grymasem cierpienia twarz; chcę zobaczyć męski ból i kobiecą winę – odciśnięte po wszystkie dni w szybie kolejowego wagonu.
ROBERT PAPIESKI
Tekst stanowi fragment książki Roberta Papieskiego „Ćwiczenia z patrzenia”, Austeria 2020. Książka do kupienia na stronie wydawnictwa – aby zamówić proszę kilknąć tutaj