Do Wenecji jechałem z przekonaniem, że ten kilkudniowy pobyt uznać trzeba będzie za fiasko, o ile nie wrócę znad laguny z własnym egzemplarzem łacińsko-włoskich Metamorfoz.
Z Włoch staram się przywozić zawsze jakąś książkę po włosku. Było tak nawet wtedy, gdy jeszcze niewiele, albo prawie nic, w tym języku rozumiałem. Jedne z nich czytałem, inne tylko kartkowałem, jeszcze inne stoją na półce do dziś nietknięte. Wielki bibliofil naszych czasów, Umberto Eco, znany z posiadania wielu tysięcy książek i ciągłego powiększania swego księgozbioru, mawiał, że absurdem jest podejrzewać go o to, iż wszystko, co ma, czytał lub planuje przeczytać.
Książki określają horyzont. Mówią o stronach, z których się przybywa, i tych, w które się zmierza; opowiadają przygody przebyte i niebyłe, prawdziwe i zmyślone; zapoznają nas z postaciami o wiele prawdziwszymi aniżeli ludzie spotykani na ulicy, bo oparły się one – za sprawą kunsztu ich stwórców – niszczącej sile czasu; zdania, passusy, księgi są jak prawidła, jak zasady fizyki. Czytać to żyć. A życie bez literatury to życie bez kodeksu, bez nadziei, bez powietrza.
Książka, którą za tym wyjazdem zamierzałem kupić, nieraz już w którymś z oddziałów Feltrinelli czy Mondadori przechodziła przez moje ręce; tym razem nie mogło skończyć się na oglądaniu. Chodziło o te Metamorfozy, które przełożył Piero Bernardini Marzolla (niedawno zmarły), a przedmową opatrzył Italo Calvino. Rzecz, nakładem Einaudi, ukazała się dwujęzycznie (testo latino a fronte) w 1979 roku, potem w 1994, a wreszcie – i to wydanie upolowałem – dekadę temu, bo w 2015 roku.

Rynek wydawniczy włoski (jak brytyjski) niezmiennie mnie zachwyca i za każdym razem – zupełnie tak, jak gdyby to była moja pierwsza wizyta w zagranicznej księgarni – wprawia w osłupienie. Niezależnie od tego, czy chodzi o księgarenkę w zaułku rzadko odwiedzanej uliczki, czy o eksponowany punkt którejś z sieci ogólnokrajowych (gdzie siłą rzeczy sprzedaje się także tytuły modne, więc i jak moda przemijające) – wszystkie te miejsca powstały i trwają z myślą o czytelnikach-poszukiwaczach.
Nie pamiętam księgarni włoskiej – od Rzymu po małe miasteczka, w której nie znalazłby się choć regalik z dobrą serią poetycką, ambitną eseistyką humanistyczną czy zachwycającymi starociami, po które w Polsce trzeba pielgrzymować do wyspecjalizowanych antykwariatów. Rzadkością jest też brak we włoskich księgarniach działu z edycjami grecko- czy łacińsko-włoskimi, ale tu w ogóle nie ma o co kruszyć kopii, skoro u nas książek dwujęzycznych (oryginał z przekładem) prawie w ogóle się nie wydaje. Ba, słowo: „bilingwa” (tj. dwujęzyczna edycja książki) nie występuje w ogóle w słowniku polszczyzny.
(Problem, który tu podnoszę zupełnie przecież marginesowo, jest pokłosiem rugowania od dawna edukacji klasycznej – a proces ten jest starszy niż zwariowana transformacja lat 90. minionego stulecia czy nawet PRL, i, uważam, specyficznie nasz – i idącego za tym „upośledzenia humanistycznego”, nawet u osób posiadających dyplomy uczelni wyższych.
Seria dwujęzyczna Austerii – duży format, ascetyczna szata, tłumaczenie odbite w lustrze oryginału – jest ewenementem. Ma też jednak bardzo określony, kolekcjonersko-antykwaryczny charakter, co czyni ją inicjatywą z definicji niszową; publikacje takie zaspokajają nasze potrzeby nade wszystko estetyczne. Kiedy jednak uświadamiam sobie, że wydany tam Homer w tłumaczeniu Wittlina jest jedynym takim, tj. bilingwicznym wydaniem u nas… – czuję wstyd: nie za siebie w tym akurat przypadku, ale za całe pokolenia humanistów. Żadne z wielkich, renomowanych wydawnictw, na czele z Ossolineum, nie miało i nie ma w swojej bogatej ofercie serii klasyki literatury tak prezentowanej.
Ale nawet wielowiekowe istnienie literatury polskiej łacińskojęzycznej – na czele z Kochanowskim i Fryczem – zbywa się przecież w sali lekcyjnej jednym okrągłym komentarzem; o Janickim i Sarbiewskim nie mówi się chyba wcale. Polacy poszli za Rejem, bo przecież – nie gęsi!)
La Toletta (wedle tradycji nazwa pochodzi od słowa toleta, czyli mała deska, służąca za mostek do przejścia nad kanałem) to księgarnia obecna w tym samym miejscu i rękach tej samej rodziny od 1933 roku. Zaczynała jako punkt sprzedaży podręczników, by z czasem stać się schronieniem dla czytelników z prawdziwego zdarzenia. Dziś jest to miejsce niemal legendarne: nie tyle szuka się tu książek, ile pozwala się im odnaleźć siebie. La Toletta – tu Wenecja przemawia nie przez wodę i kamień, lecz przez papier i druk. I pamięć.

Egzemplarz Metamorfosi, który znalazłem na półce nie był w stanie idealnym: miał zagięcia i zabrudzenia. Być może ktoś odłożył go nieuważnie, a być może ucierpiał podczas transportu. Zabrałem go i spytałem właściciela, czy nie dysponuje egzemplarzem niezniszczonym. Oczywiście, dysponował. Poprosił tylko o kilka minut cierpliwości i rzucił pracownikowi, by przyniósł mu książkę z magazynu znajdującego się kilka ulic dalej. Podobną sytuację miałem przed laty w Salonikach, gdzie w ofercie pewnej maleńkiej oficyny (i tylko tam!) znalazłem rzadkie wydanie utworów prozą Konstandinosa Kawafisa – jako że egzemplarz mieli w magazynie, a magazyn w innej dzielnicy miasta, to podali mi kawę i przekąski. Za to, między innymi, przybysz z Północy kocha świat śródziemnomorski…
Calvino pokazuje Owidiusza jako autora, który dar narracji dziedziczy po opowiadaczach ze Wschodu, i – zarazem – którego świadomość słowa antycypuje tę naszą. Tak. Owidiusz wyrasta jakby z innych czasów niż te, do których go „przypisano”. Rzeczywistość w jego poezji jest płynna – jak u filozofów XX i XXI wieku; in statu nascendi znaczy tu tyle co in statu moriendi.
„Znajdujemy się w wszechświecie, w którym formy szczelnie wypełniają przestrzeń, nieustannie wymieniając się właściwościami i wymiarami, a nurt czasu wypełnia się nieprzerwanym rozrastaniem się opowieści i cykli opowieści. Formy i historie ziemskie powtarzają formy i historie niebiańskie, lecz jedne i drugie oplatają się nawzajem w podwójną spiralę. Bliskość bogów i ludzi – spokrewnionych z bogami i będących przedmiotem ich kompulsywnych namiętności – to jeden z głównych tematów Metamorfoz, ale stanowi on tylko szczególny przypadek bliskości wszystkich figur i form istnienia, antropomorficznych lub nie. Fauna, flora, królestwo minerałów, firmament – wszystko to wchłania w swoją wspólną substancję to, co zwykliśmy uważać za ludzkie: zespół cech cielesnych, psychicznych i moralnych”.
Czytanie Metamorfoz jako poetyckiej encyklopedii mitów jest ledwie muskaniem powierzchni wody, w głębinach której buzuje życie. Owszem, mitologia stanowi temat, ale to mitografia – brawurowa, poetycka zabawa w bogów – jest kluczem do zrozumienia samej istoty rzeczy.
Dla Stendhala literatura to lustro przechadzające się po gościńcu. Dla Owidiusza jest ona raczej – by użyć frazy Calvino – „płynnym lustrem” (liquido specchio), zwierciadłem zaklętym, w którym ukazuje się świat paradoksalnie może prawdziwszy, bo nieuchwytny, niejasny, niepojęty. Jak Wenecja, o której Krzysztof Pomian pisał w pięknym o niej eseju: „miasto zawieszone między niebem a morzem i podwojone niejako grą wodnych odblasków i odbić, które nakładają się na siebie, przepływają jedne w drugie, zmieniają zarysy i odcienie, rozpadają się i skupiają, tworząc łącznie, zwłaszcza w słoneczny dzień, ruchomy splot świetlistych plam barwnych, utrwalony, jak chyba nigdzie indziej, na płótnach Turnera”.
JACEK HAJDUK