Mikołaj Szymański, we wstępie do tłumaczenia Opowieści kanterberyjskich na język polski (2022), pierwszego całościowego i doprawdy wyśmienitego (bo Jarek Zawadzki jest tu poetą najwyższej próby, błyskotliwym i nieomal bezbłędnym formalnie; jego panowanie nad polszczyzną zasługuje na uznanie najwyższe!), autora tego niezakorzenionego w polskiej tradycji arcydzieła literatury angielskiej, Geoffreya Chaucera, określa mianem naszego – ledwie – „pradziadka stryjecznego”.
Dzieło w tym wydaniu poprzedza też Opowieść tłumacza o Autorze, wybornie imitująca Chaucera błyskotliwy i porywający styl:
W czternastym wieku żył sobie w Londynie,
Mieście, co z wielu dziś atrakcji słynie,
Zacny mieszczanin, dobry handlarz wina;
Miał znajomości, pieniądze i syna.
To John Chaucer, ojciec przyszłego poety. Chłopiec zaś, jak się dowiadujemy, miał wielkie szczęście, skoro:
Tak się złożyło, że gdy Johna dziecię
Ledwie na bożym zawitało świecie,
Anglią władała zaraza straszliwa,
Co czarną śmiercią się słusznie nazywa.
Tak przetrzebiła lud boży w Europie,
Że na ulicy leżał chłop na chłopie,
Baba na babie i na dziecku dziecko;
Taką ci była chorobą zbójecką.
Lecz mały Geoffrey przeżył, bo inaczej
Nic byśmy o nim nie słyszeli raczej.
Gdy trochę podrósł, wnet się okazało,
Że ludzi jakoś dookoła mało.
Choróbsko straszne niebywałą siłą
Chaty i zamki równo przetrzebiło,
Nie bacząc wcale, z jakiego kto rodu
I czy w starości ginie, czy za młodu.

Ależ zabieg! Księga zawiera tym samym wszystko, co wystarczy nam wiedzieć, nim zabierzemy się do czytania: tło, kontekst i to, co najważniejsze z biografii Chaucera.
Autor Opowieści kanterberyjskich – niby pradziadek, ale jednak tylko stryjeczny (!) – nie należy do naszego kanonu. Jego ech wyraźniejszych nie słychać ani u Kochanowskiego, ani u wieszczów późniejszych. Nie dostrzega go u nas program szkolny (podczas gdy u Anglosasów stoi Chaucer tuż obok Szekspira), nie wymaga też towarzyska etykieta (czy słyszał ktoś kiedyś, by podczas literackiego eventu spierano się o Chaucera, śmiano się z jego dowcipów, albo coś z niego cytowano?)…
Czas jednak mija i wiosna po wiośnie
Chłopak z młodzika na mężczyznę rośnie.
A potem – jak czytamy – sporo podróżuje:
Gdzie był, co widział i co zrobił, wiecie,
Trudno powiedzieć. Odwiedził Hiszpanię.
Z Johnem Hawkwoodem ponoć jadł lasagne –
Tym najemnikiem, co setki batalii
Stoczył na polach słonecznej Italii.
Podobno spotkał w Padwie czy Milanie,
Lecz nikt powiedzieć tego nie jest w stanie,
Wielkiego mistrza Francesca Petrarkę,
Który do dzisiaj zachował swą markę;
Niektórzy twierdzą, że widział, a jakże,
Nawet Boccaccia przy okazji także.
Tak czy inaczej, najeździł się dużo
I zżył się bardzo z tą ciągłą podróżą,
Taka się zgrana trafiła ekipa…
Czyż nie wszyscy ludzie pióra (pędzla, dłuta itd.) doby Renesansu pili u jednego źródła?
Był rok 1372 lub 1373. Podczas swojej podróży do Włoch, odbywanej w służbie i interesach angielskiego króla, Chaucer poznać się miał z dwiema z trzech, żyjącymi jeszcze (choć już niedługo), „koronami literatury włoskiej”. Na to spotkanie, mówią badacze, nie ma żadnych dowodów. Trudno. Dla takiego jak ja czytelnika jest to okoliczność pozbawiona zupełnie znaczenia! O ile wszak więcej waży takie spotkanie – nawet jeśli jest fikcją – aniżeli setki, tysiące, setki tysięcy odbytych realnie, ale nierezonujących…!
Niech będzie: 1373. Dante już dawno nie żyje, ale jest tematem gorącej dysputy – przy kolejnym kielichu wina – między zapatrzonymi weń poetami. Giovanni Boccaccio, nam znany przede wszystkim jako autor Dekameronu (blisko spokrewnionego z Opowieściami kanterberyjskimi), jest też – poza całą swą bogatą twórczością – autorem pierwszego Żywota Dantego oraz komentarza do Piekła – ależ zajmująco musiał opowiadać wtedy o Boskiej Komedii!
Dante okazuje się dla Chaucera wielkim odkryciem. Niejeden z zabiegów, które zastosował on w swoim opus magnum, nie pojawiłby się, gdyby nie lekcje odebrane wówczas w Italii, czy to u Petrarki i Boccaccia, czy to wspólnie z nimi – w ramach podróży wyobrażonych po Zaświatach – u Dantego; a z Dantem – u jego z kolei mistrzów (w innych jeszcze krainach): u Wergiliusza i Lukana, u Stacjusza, z Greków – u Homera. Ale przede wszystkim – a jakże! – u Owidiusza. Chaucer chłonie więc Italię w całej jej wspaniałości: jej kuchnię, jej aurę, jej dialekty, jej długą tradycję literacką…
Chaucer, jak jego włoscy przyjaciele, i jak wcześniej autor Boskiej Komedii, pił łapczywie – by pozostać konsekwentnie przy tej metaforze – z bardzo konkretnego źródła literackiego natchnienia. Prócz Biblii, której status jest przecież zupełnie osobny w literaturze Europy chrześcijańskiej, nie ma dzieła poetyckiego, które by silniej zaznaczyło swoją obecność w Opowieściach kanterberyjskich – jak i całej chyba poezji Renesansu – aniżeli Metamorfozy. Zdominował ten poemat wyobraźnię artystów, naszkicował im mapę i zawiesił poprzeczkę.
Jakby jego autor rzekł: „Dałem wam coś wyjątkowego, przyszli przyjaciele. Oto carmen perpetuum! Mierzcie się niestrudzenie z tym dziełem!”.

Chaucer, choć tak oryginalny, jest od Owidiusza właściwie uzależniony: nie tylko adaptuje jego opowieści, imituje jego styl, prowadzi dialog formy z metamorficzną i polifoniczną kompozycją Metamorfoz, nie tylko wreszcie ukrywa siebie metodą tamtego pomiędzy wierszami – ale wręcz całe dzieło zamyśla jako wielki projekt scalający świat. Z finałem – na wzór, uważam, Owidiuszowego wykładu Pitagorasa – w Opowieści Plebana; jednej z dwóch w całym dziele (druga to opowieść Chaucera o Melibeuszu, pomieszczona na półmetku tego dzieła-pielgrzymki), której Chaucer nadał formę prozatorską…
„Wiele jest dróg duchowych, które wiodą lud do Pana naszego Jezusa Chrystusa i do królestwa wiecznej chwały. A jest wśród nich droga nobliwa i należyta, co nie rozczaruje człowieka, który przez grzech zbłądził i zboczył z właściwej ścieżki prowadzącej do niebiańskiego Jeruzalem, a zwie się ona pokutą; o niej to człowiek chętnie słuchać powinien i dopytywać się o nią w swym sercu, aby poznać, czym ona jest, dlaczego tak się nazywa, jak wiele ma rodzajów, ile jest uczynków i prac pokutnych, co leży w jej zakresie i jak powinna wyglądać, a także co jest dla niej przeszkodą”…
Jak Owidiusz, oddając głos Pitagorasowi, zamyka w jakimś sensie Metamorfozy wykładem o przemianie jako zasadzie powszechnej, tak Chaucer kończy swój zbiór także nie zabawną historyjką już, lecz kazaniem (Opowieść Plebana). Żadnego z tych dzieł nie wyobrażam sobie bez tego elementu, pozornie „nieprzystającego”. U Owidiusza, w tym jakże ważnym dla architektoniki dzieła miejscu, mówi filozof grecki; u Chaucera zaś – chrześcijański kaznodzieja. Pierwszy posługuje się „mową wszechświatową”, drugi – językiem łaski, skruchy i przemiany duchowej, ale obaj wskazują na to samo: że przemiana jest nie tylko tematem i konceptem formalnym. Jest też drogą do celu. I więcej – samym celem!
Jakże znamiennie, ustami innego ze swoich licznych bohaterów, woła Chaucer (Opowieść Kupca):
Ach, Owidiuszu, masz rację, na Boga!…
JACEK HAJDUK