HOME
Dariusz Czaja

Piesek z Conegliano

1.

Dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze młody, Jarosław Iwaszkiewicz był już stary, już wsiadał do łodzi umarłych, już chwytał za wiosła, by w tej ostatniej podróży przeprawić się na drugą stronę. Dla mnie, jak i pewnie dla reszty mojego pokolenia, był gościem z innej planety, z innego rewiru czasowego: starszy pan w okularach o grubych szkłach i rogowych oprawkach, podpierający się laską, urodzony pod koniec XIX stulecia, przeżył obydwie wojny, widział na własne oczy Szymanowskiego i słuchał muzyki w jego wykonaniu. Większość życia poruszał się w wyższych sferach i, zdaje się, sprawiało mu to dużo radości. W czasach realnego socjalizmu uchodził za dyżurnego oportunistę literackiego świata. Wyglądało na to, że nasze pociągi nie mogą się minąć na żadnej stacji.

W roku 1977 wyszła jego książka o Włoszech, rodzaj podróżnej summy, w której autor starał się zawrzeć swoje, trwające ponad pół wieku, spotkania z Rzymem, Sycylią, Toskanią, z Michałem Aniołem i Caravaggiem, z metopami Selinuntu. Wcześniej pisał o nich wielokrotnie, ślady tych zauroczeń pozostały w wierszach, opowiadaniach, w osobnej książce o Sycylii. Ale tu mamy do czynienia z czymś jakościowo innym. Wspomnienia nie idą za rygorami kalendarza, plany czasowe nakładają się na siebie, można odnieść wrażenie, że w swojej rozlewnej gawędzie autor stara się pomieścić wszystko, co właśnie podsuwa mu pamięć. Stąd wrażenie rapsodyczności tych uwag, o ile nie narracyjnego chaosu. Iwaszkiewicz jednak wiedział, co robi. W umieszczonej na początku książki dedykacji, której adresatem jest Paweł Hertz, inicjator książki, tak pisze o jej osobliwej poetyce: „Pisząc ją starałem się uniknąć nudnej chronologii, choć jest to opis podróży przedsiębranych na przestrzeni przeszło pół wieku. Uważam, że bardziej zainteresuje czytelnika pewna nierozkawałkowana całość, nie podzielona chronologicznie na osobne lata; ujrzy on wtedy pewną jedność moich podróży, tak jak one spajają się i przeplatają w moim wspomnieniu tworząc obraz mozaikowy złożony z rozmaicie zabarwionych kamyków. Ten obraz całej masy skomplikowanych, a różnorodnych wspomnień, tak jak istnieją one we mnie, starałem się odtworzyć w tej książce. Uważałem za potrzebne połączyć tu różnorodne sprawy tak samo, jak łączą się one we mnie, mając za wspólny mianownik moją osobowość pisarską”.

Podróże do Włoch kupiłem i rzuciłem się na nie łapczywie. I nie ma co udawać: książkę cisnąłem w kąt szybciej, niż po nią sięgnąłem. Nie wiem, czy udało mi się dobrnąć do połowy. Rzecz srodze mnie rozczarowała, nawet więcej, zirytowała i to bodaj od samego początku. Nawet pamiętam dlaczego: w książce szukałem Włoch, a znalazłem Iwaszkiewicza. Szukałem włoskich obrazków, a znalazłem setki wspomnień wyciąganych chaotycznym ruchem z przepastnej pamięci pisarza. To było nie do zniesienia. Autor Voci di Roma wciąż wychodził przed szereg, panoszył się w tekście, wszędzie było go pełno, wciąż dawał o sobie znać i przesłaniał sobą widok. Jakaś męcząca na dłuższą metę ekshibicja, egotyczny taniec wokół własnego pępka.

W swojej książce Iwaszkiewicz daje raczej autoportret z Włochami w tle, niż dyskretnie skrywa się w rogu szkicowanego obrazu. W każdym niemal rozdziale musi poinformować czytelnika z kim zwiedzał to i tamto, z kim rozmawiał, na kogo czekał, kto go zachwycił, kto rozczarował. A to czeka na Józia, a to wspomina rozmowę z Karolem, a to wskrzesza pamięć Reny. I tak dalej. A że Iwaszkiewicz znał chyba wszystkich, których znać trzeba, że obracał się z wprawą w gronie kulturalnych i politycznych elit sporej części Europy, toteż imion własnych w książce bez liku. Autor nieustannie zadaje szyku, rzuca nazwiskami mniej lub bardziej znanych pisarzy, poetów, malarzy, tłumaczy, burmistrzów, kompozytorów, matematyków, pianistów, prezydentów, książąt i cholera wie kogo jeszcze. Chwali się i przechwala, z kim, kto, gdzie, kiedy i po co. Z wszystkimi wspomnianymi jadł, z wszystkimi rozmawiał, z wszystkimi się spotykał, jedynie papieża widział z daleka. No pięknie, zazdrościmy okrutnie, ale rozumu nam od tego nie przybywa i Włochy nie stają się nam przez to bliższe. Tak wtedy myślałem.

No i jeszcze to przemożne wrażenie narracyjnego chaosu. Włoską opowieścią Iwaszkiewicza rządzi pamięć osobista, i jak to pamięć – jest nieprzewidywalna, kapryśna, mimowolna. Iwaszkiewiczowi ciągle coś się przypomina, ciągle coś wcina się w narrację, podróże dawne, jeszcze te przedwojenne i te nowsze, sprzed lat kilku, zlewają się w jedno, nakładają na siebie, powstaje z tego jakiś przedziwny palimpsest utkany z wrażeń, pejzaży, spotkań, dialogów, osób i obrazów. Czytamy więc uwagi o jego ulubionym rzymskim kościele Świętego Augustyna, trochę dalej o koncercie Artura (każdy chyba wie, o kogo chodzi, prawda?), później jeszcze fragment o Caravaggiu i Rafaelu, by dowiedzieć się za chwilę, że na via Condotti najlepszy sklep bielizny męskiej jest u Gucciego. Wszystko naraz, wszystko obok siebie, duże i małe, intymne i publiczne, polskie i ukraińskie, wielka sztuka i życie codzienne. A nad tym wszystkim króluje demiurgiczna postać pisarza, który na naszych oczach wyciąga co chwila króliki z dziurawego kapelusza pamięci.

Po latach dowiedziałem się, że nie mnie jednego książka Iwaszkiewicza zdenerwowała. Stefana Kisielewskiego podczas czytania książki trafił jasny szlag i nie omieszkał, rzecz jasna, poinformować o tym czytelników: „Ale w końcu, jak tu pisać o tym Rzymie? Ostatnio robi to w «Kulturze» Jarosław Iwaszkiewicz. Gdy czytam te jego Podróże do Włoch, to krew mnie zalewa i wściekłość mroczy mózg na ten ekstrakt pretensjonalności, minoderii i autoreklamy. Znany ten autor używa Rzymu wyłącznie jako tła dla siebie samego, słowa «ja», «mną», «we mnie», o «mnie» powtarzają się w nieskończoność, a opisy rzymskich sklepów i kościołów są pretekstem do opowiadania mało istotnych szczegółów z własnego żywota”. Żeby było śmieszniej, całą tę diatrybę przytacza Iwaszkiewicz w swoich Dziennikach, i opatruje w dodatku tytułem: „Nauka Pokory”. Co świadczy bodaj o dystansie do własnego pisania i dużym poczuciu humoru poety. Ten donos na siebie samego, mam przy tym nieodparte wrażenie, podszyty jest mocnym przekonaniem, że sarkazmy Kisiela nie naruszają zasadniczo tego, co w tej książce najważniejsze. Jak gdyby Iwaszkiewicz miał absolutną pewność, że parę wyrazistych fragmentów o włoskiej rzeczywistości – nie szkodzi, że tak mocno naznaczonych autorską sygnaturą – wartych było jednak odnotowania. I że, mimo wszystkich szykan, mimo wykrzykników i gniewu wybitnego felietonisty, zostaną one na długo w pamięci czytelników.

Dodajmy, że nie wszyscy byli zbrzydzeni włoską książką Iwaszkiewicza. Jacek Sempoliński, znakomity malarz i wrażliwy czytelnik, wszedł głęboko pod materię tekstu i starał się odczytać treść, która sytuuje się na powierzchni opowieści, ale też między liniami. Jego niezwykłą recenzję przeczytałem kilka lat temu i byłem zdumiony, że tak kompletnie odbiega od obrazu, który został mi w głowie. Jego krótki, syntetyczny tekst sytuuje się na antypodach zgryźliwości Kisielewskiego. To tekst entuzjasty, a nie ziejącego jadem weredyka.

Sempoliński nie jest czytelnikiem ślepym. Widzi wady książki, podchodzi z wyrozumiałością do gadulstwa Iwaszkiewicza, sam też trochę gubi się w jego dygresjach, ale w swojej recenzji wyłapuje coś, czego nie zauważyli inni komentatorzy: sugeruje mianowicie, że uważny czytelnik jego książki ma szansę zobaczyć Włochy od nieco innej niż tylko pocztówkowej strony. Sugeruje, że osobliwość opowieści Iwaszkiewicza polega na tym, że czytając te rapsodyczne uwagi spotykamy się raz po raz z pięknem szczególnego rodzaju: pięknem zgrzebnym, szorstkim, rzadkim. Podkreśla także jej słabo dostrzeganą, ambiwalentną podszewkę, kontrapunkt piękna i śmierci, harmonii i niedopełnienia: „Sensualny zachwyt i umieranie, migotanie błysków światła na mozaikach i tafli morza, i mroki psychologii sprawiają, że wszystko w tych podróżach jest niespodziewane, jakby niedokończone, zawieszone wobec ludzkich pytań. Muss es sein? – Es muss sein – odpowiada Iwaszkiewicz. Muszą być pytania, musi kultura odmienić swój bieg. Musi być wreszcie dokonane dzieło sztuki, zrealizowany pewien wzór piękna rzadkiego, zamykającego epokę jako jej dokument i ukoronowanie”.

Włochy Iwaszkiewicza, przekonuje Sempoliński, to nie ładne i kojące serce landszafty, to raczej sfery piękna nieoczywiste, to kraina czarowna, choć piękno tu chropawe, dalekie od geometrycznych i obiektywnych norm piękna absolutnego, tak wychwalanego przez niektórych artystów renesansowych. Nie wiem, czy Sempoliński ma do końca rację, nie mam pewności, czy rzeczywiście w tym tkwi clou recenzowanej książki, ale jego entuzjastyczne słowa sprawiły, że po wielu latach raz jeszcze sięgnąłem po włoskie wyznania Iwaszkiewicza. Stary banał, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i tym razem okazał się prawdziwy. Trudno udawać: siedzę dziś w innym miejscu niż lat temu czterdzieści z okładem. Rozglądam się już za czarną łodzią, dłonie przysposabiam do wioseł. To zmienia perspektywę.

 

 

2.

Powtórna lektura Podróży do Włoch odsłoniła mi jej niedostrzegane wcześniej strony. Jedno wydaje mi się teraz pewne: nie zrozumiemy nic z tej książki, jeśli nie zwrócimy uwagi na fakt zasadniczy: że książka Iwaszkiewicza to dziecko wieku późnego, dojrzałej starości. To owoc powolnego odchodzenia, czasu rozrachunków i finalnych podsumowań. Dzieło pisarza, który już nic nie musi, który nie odczuwa konieczności chowania się za fasadą konwencji, który może pozwolić sobie na szczerość, oczywiście w granicach, w jakich jest ona dostępna w tekście. To dzieło jawnie, niemal bezczelnie, autobiograficzne. Raczej próba syntezy własnego patrzenia, rekonstrukcja prywatnej mapy emocji i przeżyć, niż chronologicznie ułożony katalog wzruszeń.

Włoska książka Iwaszkiewicza jest ostentacyjnie odwrócona plecami do gatunkowego wzorca. Autor jest najzupełniej tego świadom. Wiedząc doskonale, że snuje swoją opowieść na tekstach innych, nie chce dopisywać swojego głosu do znanych i do bólu przewidywalnych przewodnikowych narracji, ale sporządza coś w rodzaju panoramicznego skrótu swoich wielokrotnych peregrynacji do Włoch. Jego pięćdziesięcioletnia perspektywa, z której ogarnia włoskie podróże – obejmująca jeszcze lata przedwojenne – nadaje temu uogólnieniu ciężar i wiarygodność.

Jak się rzekło: Iwaszkiewicz nie pisze o Włoszech, pisze o sobie. Albo, może precyzyjniej: pisze o Włoszech, mając cały czas siebie na uwadze, gęsta materia podróży odsyła go wciąż do własnego wnętrza, do własnej, ukraińskiej, i nie tylko, pamięci. Ludzie, obrazy, pejzaże, architektura stają się często pretekstami do wędrówek po własnych wspomnieniach, po niegdysiejszych olśnieniach i doraźnych asocjacjach. Mamy więc przed sobą nie tyle podróż rozumianą jako kolaż miejsc godnych odwiedzenia, ale raczej: podróż jako głęboką anamnezę. Podróż jako wywoływanie na ekranie umysłu zadawnionych klisz pamięci. Towarzyszy temu niestygnące poczucie osobności, nieprzystawalności do świata, do kolorowej i głośnej współczesności. Późny wieczór, nabrzeże Tybru, zaraz po rzymskim koncercie Rubinsteina wraca Iwaszkiewicz do hotelu wraz z pianistą i jego żoną, i w pewnym momencie dochodzi do niego, że oto idą obok siebie „trzy szczątki ze świata, który już dawno przeminął, zatonął”. Jego książka to, miejscami wstrząsający, niczym nie pudrowany, zapis odchodzenia, nieuchronnego znikania, świadomości nadciągającej śmierci. To przeczucie własnego końca przechodzi czasem w historiozoficzną refleksję: „Nie mogę już należeć do świata, ale tak stąpając wybrzeżem rzeki rzymskiej, myślałem o przemianach i przetrwaniach kultury. I o tym, jak zawsze trwa to, co jest kruche i zdaje się znikome, a silne i mocne rzeczy zacierają się”.

Dodać trzeba, że ta z gruntu subiektywna strategia pisania o Włoszech dawała o sobie znać już wcześniej. We wcześniejszych o kilka lat Ogrodach, mamy przedsmak tego, co znajdzie się w jego włoskiej opowieści. W jednym z rozdziałów tej niedużej książeczki odsłania nam Iwaszkiewicz ogrody swojego życia, te realne, jak i te, które widywał w snach. Znienacka w to dygresyjne repertorium wdziera się wspomnienie krótkiej podróży sycylijskiej, która zdarzyła się w noc Wielkanocną. Z powodu burzy samolot wylądował nie tam, gdzie powinien. O północy pisarz znalazł się w Katanii, zmęczony i zdesperowany decyduje się wsiąść jednak do autobusu jadącego do Palermo. I namawia też do tego pewną pasażerkę samolotu („wydała mi się jak Kalipso, czarodziejska, wysmukła, w naszyjnikach z platyny”). A dalej następuje krótki opis nocnej podróży. Spojrzenie gładko przemieszcza się od tego, co najbliższe oku, by za chwilę skupić się na tym, co pojawia się po drugiej stronie szyby: „Chłód górski po burzy i zmęczenie, ale nie spałem, patrzyłem jak ona w kącie autobusu oparła się na dłoniach i spała znużona, potargana, Kalipso bez Odyseusza, bohaterka bez kochanka. A tu powoli świtało nad Sycylią. Mniej więcej od Enny, od pępka wyspy, zaczęło jaśnieć, zielenieć, na drogach zjawiały się muły i osły, i ludzie konno jadący do kościoła, i stada pasły się już na fałdach górskich jak na fałdach kołdry. I zobaczyłem wyspę w nocy wiosennej z końca w koniec. I widziałem oliwki, eukaliptusy, pomarańcze i opuncje i widziałem zmęczoną twarz Zofii, którą wszyscy znają na świecie, na tle tego pejzażu, jak głowę Sybilli. I nie zbudziłem jej, kiedyśmy dojechali do miasta, nie pożegnałem się z nią, została mi w oczach i w pamięci – nie we śnie, ale prawdziwa. W to wielkanocne rano w Palermo”. Tak się nie pisze i tak się nie pisało o Sycylii. Jeśli dobrze słyszę, subtelnie pobrzmiewa w tym fragmencie werset biblijny. To nie jest stosownie schłodzony opis przewodnikowy, ale epifaniczny błysk, w którym – poprzez świadomość narratora – dostajemy poetycki obraz sycylijskiego świtu. A jeszcze na deser śpiącą Zofię, w której wielu rozpozna boską Sophię Loren…

Zrozumiałe zatem, że jego włoska książka nie przypomina w żaden sposób jakiejś odmiany – choćby w nieczystej formie – artystycznej podróży włoskiej. Więcej: do takiej konwencji opisu włoskiego świata odnosi się on z dużą rezerwą. O tym jest już na początku. Obśmiewa więc Hipolita Taine’a, któremu wyrzuca, że jego książka pełna jest pięknych widoków, opisywanych przy użyciu armatury najbardziej wyszukanych i rzadkich słów. Gani Guida Piovene za irytującą rozwlekłość. Józefowi Kremerowi wyrzuca przewodnikowy charakter jego dzieła i nadmiar zawartych w nim wrażeń. A wobec perswazyjnych i egotyzmem podszytych sądów artystycznych Bernarda Berensona wyraża daleko posuniętą podejrzliwość. Dodam jeszcze od siebie, że Wojciechowi Karpińskiemu, którego Pamięć Włoch drukował wcześniej w odcinkach w „Twórczości”, wyrzucał w swojej recenzji sterylność całej konstrukcji, brak opisów realnego włoskiego życia i nieobecność w tekście żywych ludzi.

Swoją drogą, dziwne to wszystko w ustach autora tak wrażliwego na estetyczny powab świata. Iwaszkiewicz nie tylko dystansuje się wobec klasyki gatunku, ale deklaruje także brak zainteresowania włoskimi delicjami. Dość wyraźnie zakreśla autor pole własnej strategii. Żadnych bedekerowych błyskotek, żadnych erudycyjnych popisów. Raczej świat przefiltrowany przez prywatną pamięć i wrażliwość. Przemieszanie estetyki i biografii, geografii i genealogii. Programowy dystans wobec zwyczajowych ładności. Te deklaracje nie są, jak się łatwo domyślić, spełniane literalnie, ale niekonsekwencje, tak jak i rapsodyczność należą do natury książki Iwaszkiewicza.

 

3.

Ostatni, czterostronicowy zaledwie rozdział Podróży do Włoch nosi tytuł: Conegliano. Pośród innych tytułów, które sygnowane są nazwami sławnych włoskich miast i krain (Neapol, Bari, Sycylia), ten z punktu intryguje i daje do myślenia. Nie dlatego, że budzi jakieś żywe skojarzenia, ale dokładnie z przeciwnego powodu: ponieważ większości polskich czytelników nie mówi nic. Ważne, by pamiętać, że jesteśmy już u kresu podróży. Wraz z autorem przemierzyliśmy półwysep Apeniński: z północy (rzecz zaczyna się od Wenecji) na południe (rozdział o Sycylii), by na koniec – opuszczając Włochy w drodze do kraju – raz jeszcze znaleźć się niedaleko ich północnej granicy. Conegliano to nazwa małej miejscowości w północnych Włoszech, w regionie Veneto. Przez lata prawie nieobecna w potocznej wyobraźni, chyba że ktoś piłkarsko uzdolniony przypomniał sobie znienacka, że w tej miejscowości urodził się Alessandro del Piero, wybitny piłkarz Juventusu Turyn. Ale to wiedza dostępna happy few

W świadomości historyków sztuki i pamięci amatorów malarstwa odcisnęła się zapewne postać renesansowego artysty o imieniu Cima da Conegliano. Właśnie wspomnieniem jego obrazów rozpoczyna Iwaszkiewicz ostatni rozdział. Obwieszcza, że jest admiratorem malarstwa Cimy, wspomina, że w weneckiej Akademii bardzo lubił oglądać jego obrazy. Ta fascynacja, jak sugeruje, bierze się być może z tego, że pejzaż z jego religijnych obrazów w zasadzie do dziś pozostał niezmieniony i można go oglądać „ze stacji kolejowej Conegliano albo z szosy prowadzącej z Udine do Wenecji”.

W prywatnej topografii miejsc budzących silne emocjonalne wspomnienia, Conegliano zajmuje u Iwaszkiewicza miejsce wyjątkowe. Jeszcze przed wojną, wysłany do Włoch jako korespondent „Wiadomości Literackich”, pisywał regularne korespondencje z podróży. I oto zdarzyło się, że w pewien duszny wieczór, z powietrzem wypełnionym odurzającym zapachem akacji, opuszczał on mały, prowincjonalny dworzec kolejowy w Conegliano. I w pewnym momencie, już odjeżdżając, kątem oka dostrzegł stojącego na peronie naczelnika stacji. Był on ubrany w strój służbowy, na głowie miał malowniczą czerwoną czapkę, „jedną ręką odprawiał pociąg, a na drugiej trzymał małego puchatego pieska”. Relacjonując wrażenia z włoskiej podróży, Iwaszkiewicz nie omieszkał umieścić w swojej korespondencji również owego stacyjnego epizodu. I, jak miało się okazać, nie wiedział, co czyni.

 

 

 

Niespodzianka: ten, zdawać by się mogło, całkowicie niewinny passus uruchomił lawinę negatywnych komentarzy. Więcej: wywołał, jak lojalnie informuje nas o tym po latach poeta, powszechne zgorszenie wśród czytelników, którzy wyrzucali mu, że zamiast opiewać piękności Italii, zamiast pisać o pięknie pejzażu, freskach i mozaikach, opowiada o jakichś głupstwach, tak jakby nic ciekawszego nie było do zobaczenia we Włoszech nad „jakieś pieski i czerwone czapki naczelników stacji”.

Autor poczuł się wywołany do tablicy, temat był zbyt poważny, by pozostawić go bez słowa. W odpowiedzi na list bliskiej mu kobiety (o której tożsamości nie wiemy nic, poza tym, że była to osoba, jak czytamy, „na której zdaniu mi zależało”), strofującej go za brak stosowności i zwracanie uwagi na rzeczy drugorzędne, sporządza własny list, którego wspomniana kobieta jest adresatką. I, co już zupełnie nadzwyczajne, list ten umieszcza następnie jako epilog całej włoskiej książki! Rzecz wygląda mi trochę na apokryf, choć – prawdę powiedziawszy – dla istoty sprawy jest to bez znaczenia. List dotyczy bowiem spraw fundamentalnych. Tłumaczy w nim Iwaszkiewicz, dlaczego zamiast oddawać się estetycznym wzruszeniom wobec arcydzieł włoskiej sztuki, w swojej relacji odnotowuje także rzeczy zwyczajne, przyziemne; dlaczego pisze o pieskach i kotkach, dlaczego relacjonuje zdarzenia nawet tak trywialne, jak scena na prowincjonalnej stacyjce w Conegliano. Chcąc przybliżyć czytelniczce na czym polegała magia tamtego wieczoru, raz jeszcze wraca do minionej chwili, próbując uobecnić ją w słowie: „A było tak. Noc duszna, upalna, gorąco; północ minęła i przez okno od granatowego nieba ciągle wlatywał do wagonu zapach akacji. Nawet nie pomyślałem o tym, że prosta piosenka o akacjach (pamięta ją może Pani?), śpiewana dawno u nas, mówiła o tak zwanych dobrych czasach. Zapewniam Panią, że nie pamiętałem wtedy o tej piosence. Po prostu zapach tych akacji rozleniwił mnie. Drzewa osypane złotymi kwiatami szły wzdłuż upalnej drogi jak małe Włoszki do pierwszej komunii. Pociąg zatrzymał się w Conegliano. Małą i białą, o rozpalonych murach stacyjkę z dwóch stron otaczały aleje winne, kasztanowe, za stacją miasteczko maluśkie, za miasteczkiem góra jak Kalwaria w świetle księżyca, jak na obrazie, och, banalna, zupełnie banalna, z grzebieniem cyprysów, z ruinami zamku… po prostu jak w balladzie, jak w romantycznej powieści. Nuda! Opodal ruin zamek renesansowy, drzewa, cyprysy, żar, cisza”.

Znakomicie aranżuje Iwaszkiewicz tę scenę. Z pełnym wyczuciem praw kompozycji. Introdukcja jest spokojna, temat główny wchodzi bez ostentacji. Żadnego egzaltowanego ruchu. Konstatuje najpierw normalność, zwyczajność, banalność całej sytuacji. Miasteczko nie odznacza się niczym osobliwym, podrzędna stacja, jakich wiele we Włoszech. Nieco makatkowy pejzaż (choć ta Kalwaria nieco niepokoi), podejrzanie literacki sztafaż, otępiająca nuda prowincji. Ale czujemy, że zaraz coś się zdarzy, chociaż nie bardzo jeszcze wiadomo, co. Powróćmy do tekstu: „Na peronie – to peron, ten mały rozpalony placyk – parę dam i jakiś starszy pan, co przyjechał z Wenecji; witają się, rozmawiają, nagle jedna z dam się potyka, wydaje lekki okrzyk, spod nóg jej wymyka się biały kłębuszek, naczelnik stacji w czerwonej czapce chwyta ten kłębuszek na ręce, jest to przecudny mały szpic, malutki, ledwie chodzi, pociąg w tej chwili odjeżdża, naczelnik salutuje, piesek na jego ręku piszczy leciutko… I to wszystko? Wszystko. Na zewnątrz wszystko”.

No właśnie: co tu się naprawdę stało? O co tyle hałasu? Z jakiego rodzaju doświadczeniem mamy tu do czynienia i dlaczego zasłużyło ono na to, by umieścić je w tekście, i to w tak ważnym kompozycyjnie miejscu? Iwaszkiewicz nie poprzestaje na opisie scenerii, aktorów i detali zdarzenia ze stacji. Już chwilę później próbuje odczytać głębszy sens tego, co go spotkało. Zdumiewa – a jednocześnie jest wielce symptomatyczne dla bliższego dookreślenia istoty tamtego nocnego doświadczenia – że to, co mało efektowne, podrzędne i zwykłe staje się, i to całkiem dosłownie, materią objawienia: „Lecz piesek ten – mały biały piesek, kulka puchu raczej niż piesek, kłębuszek białej włóczki, nie piesek – stał się właśnie tym kluczem, o jakim przed chwilą mówiłem. Objawieniem mi się wydała myśl, że wszystko w tej chwili jest cudem i że od tej chwili cudem być nie przestanie. Że brat mój piesek jest bratem jak drzewo, jak obłok, jak morze, że noc ta jest najcudowniejszą z nocy, że «sami jesteśmy z Bogiem nocy tej». I gdy wśród ciemnego upału odjeżdżał pociąg w nieznaną i czarną dal, zrozumiałem, że nie można pisać o Włoszech, bo Włochy naprawdę są cudem. Że nie można słowami oddać ani żółtego nalotu na marmurach Rzymu, ani bielistej pienistości marmurów Wenecji, ani błękitu wzgórz otaczających Florencję, który się o wieczorze zamienia w ametyst […]”.

Na nic wyszukana retoryka, mówi stary Iwaszkiewicz, na nic słowne popisy, wszelkie nasze próby schwytania włoskiej rzeczywistości to pisanie palcem na wodzie, złuda poznającego rozumu, a na końcu – nieprzyzwoitość. Nie ma bowiem sensu mnożyć słownych bytów, nie ma sensu powtarzać po raz któryś zachwytów innych. Nie da się przepisać na słowa obrazów wielkich włoskich malarzy, nie sposób – weźmy pierwszy z brzegu przykład – opisać esencji Wenecji, bo nie da się opisać jej „różu, róż i błękitów”, bo niedostępne słowu jest „owo spiętrzenie kopuł, koloru zorzy i rezedy, wież połyskujących amarantem i złotem, kurantów wybijanych na zzieleniałej miedzi młotkami centaurów…”. Tak mocno wyeksponowana tu myśl o esencjalnej niewyrażalności świata, to jakby daleki pogłos wątpiących fraz sławnego Listu Hugo von Hofmannsthala – o porażce czekającej na każdego, kto w sieć słów spróbuje złowić doświadczenie.

Ale to, o czym peroruje Iwaszkiewicz, wychodzi poza kwestie językowej tylko natury. Pisząc o tym, że nie sposób opowiedzieć uczciwie nikomu tego, co się przeżyło, że nie da się wiarygodnie zdać sprawy z tego, jak ja postrzegam „błękit wzgórz otaczających Florencję”, autor Podróży do Włoch wchodzi – mniejsza o to, na ile świadomie – w sam środek ważnej dziś filozoficznej debaty. Mam na myśli osławioną kwestię qualiów, subiektywnych, tylko naszych, jedynych, niepodrabialnych jakości zmysłowych doświadczeń, takich jak smak owocu, postrzeżenie koloru, odczucie dźwięku. Powiadają niektórzy filozofowie świadomości, że owe jakości pozostają poza możliwościami wysłowienia i przekazania innym, że tej przeszkody przeskoczyć się nie da. Być może to dlatego właśnie nie chciał Iwaszkiewicz powielać zachwytów innych, dlatego zrezygnował z – tak gęsto wypełniające podróże włoskie – impresywnych purple passages. Idzie za tym przekonanie, że zafiksowane w tekstach, animowane przecież dobrą wiarą, opisy włoskiej rzeczywistości mają się nijak do naszego subiektywnego doświadczenia, z natury rzeczy jedynego w swoim rodzaju i w gruncie rzeczy niewysławialnego. Że mijają się z nimi w fazie. Bo to, co najistotniejsze dzieje się w naszym „wnętrzu” i jest nieprzekazywalne. To dlatego właśnie Iwaszkiewicz tak ostentacyjnie łamie, i robi to z pełną świadomością, sprawdzoną i przewidywalną konwencję Italienische Reise: „Więc zrezygnowałem z opisywania pejzaży włoskich i napisałem o pieskach i kotkach, czasami także o ludziach. Ludziach, których kochałem. Chyba to właśnie nie podoba się czytelnikom i powiadają, że nie jestem mądry, bo nie napisałem, że Michał Anioł był dobrym malarzem i nie pochwaliłem Botticellego”.

Biorąc chwilowo w nawias, tak mocno dochodzący tu do głosu poznawczy sceptycyzm, nie ma chyba wątpliwości, że przytoczona anegdota stacyjna jest także wymownym świadectwem pewnego doświadczenia duchowej natury, przeczucia „pod” zewnętrzną materią zmysłowego świata jakiegoś bliżej nienazwanego, ale realnego porządku. Rozpoznania w jednej chwili „wszechzwiązku zjawisk”: „Nagłe wzruszenie wobec szczenięcia jest kluczem, który otwiera maszynę, i wszystkie uczucia, wszystkie entuzjazmy, wszystkie ideały raptownie poczynają się poruszać jak tryby kółka, transmisje – i dno, starożytne dno duszy ludzkiej, obnaża się”. Odczucie to kulminuje otchłannym zdumieniem: nie tym, czy innym fragmentem rzeczywistości, ale tym, że w ogóle coś jest. Ontofanicznym z gruntu przekonaniem: że jest jest. Że jest raczej coś, niż nic, że to coś – mimo niemożliwości schwytania w słowa – nie jest złudą, i że jest przejawem bliżej niesprecyzowanego wyższego sensu.

Znamienne, że zdarzenie będące jego początkiem nie odznacza się niczym szczególnym. Że oto marna i zwyczajna, mierzona fizycznymi parametrami, „część” przywołuje tu myśl o „całości”, która jest doświadczeniem z innego już poziomu. Szukając analogii tego doświadczenia najbliżej chyba jesteśmy kategorii epifanii, której modelową charakterystykę znaleźć można u Joyce’a. W Stefanie Bohaterze czytamy: „Przez pojęcie epifanii rozumiał nagłe, duchowe manifestacje, bądź to w pospolitości mowy i gestu, bądź to w godnym zapamiętania stanie samego umysłu. Wierzył, że właśnie człowiek pióra powinien zapisywać owe epifanie z niezwykłą troską, świadom ich wyjątkowej delikatności i ulotności…”. U Iwaszkiewicza stacyjna epifania kulminuje przeczuciem jakiejś elementarnej cudowności i jedności stworzonego świata. Poeta mówi o tym rzadkim i z konieczności chwilowym poczuciu absolutnego przylegania do świata, doznaniu polegającym na zniesieniu sztywnej i rzekomo nieprzekraczalnej granicy między subiectum a tym, co poza nim.

I co ciekawe, kiedy wydaje się, że Iwaszkiewicz koncentruje się tylko na włoskiej rzeczywistości, kiedy tłumaczy głębokie racje stojące za obraną strategią pisania o Włoszech, w pewnym momencie wychodzi poza wąski kontekst geograficzny, jego myśl niespodziewanie i niemal niepostrzeżenie zmierza w stronę szerszego, epistemologicznego uogólnienia. A jest to epistemologia szczególna. Szczególna – bo poetycka i poetyckim słowem uczyniona. Cytuję dosłownie, bo tego się nie da streścić: „Nie można opisać Italii słowami. Świata nie można opisać słowami. I trzy zadania poety: poznać, zrozumieć, odtworzyć, są mrzonką jak szklana góra, jak pałac lodowy. Nie da się ująć świata, owej rozhukanej sfory, owego tabunu pełnego czarniawych ogierów; nie da się jej zamknąć w złotą oprawę słów, klatkę brzmień rozsadzi ptak śnieżnopióry – ziemia, która unosi się nad wodami cienia i wszechświata, łupiny słówek drobnych opadną jak łuska zielonych migdałów z treści jedynej, która jest jej treścią; rozlegnie się głos: «Jam jest, który jest», i minie nas świat, jak my go miniemy. Pociąg to czarny i samotny, pędzący w nocy, wiozący nas w ciemność, i cóż dziwnego, że czasem zachwyci nas w nim szczegół, jak soczewka koncentrujący linie naszych przeżyć, drobny, nikły, niepozorny – słowem, piesek naczelnika stacji w Conegliano”.

W tym akapicie, tak to czuję, jest wszystko, cała jaskrawość i cała ciemność naszego doświadczenia świata. Poetycki wir symboliczny wciąga czytelnika z ogromną siłą i nie pozwala się uwolnić. Otwiera drzwi do rzeczywistości, której nie jest w stanie sprostać pojęcie. Parabola utkana przez poetę, tak zda się naturalnie i bez wysiłku, jest nieprzetłumaczalna i nierozkładalna analitycznie; całość nie jest prostą sumą swoich części. Od tych słów każdy komentarz odbija się jak od szklanej tafli…

 

4.

Dziwne to wszystko, zaskakujące; dziwne i oszałamiające. Wyszliśmy od szczegółu, od pieska i stacji w Conegliano, następnie przeszliśmy do Włoch jako osobnej rzeczywistości, a chwilę dalej – do świata całego. Bo oto, całkiem niespodziewanie, okazało się, że dla Iwaszkiewicza Włochy stały się modelem świata w ogóle. I okazuje się, że cały ten fragment był nie tylko o Włoszech, o ich powabach i pięknościach, ale raczej o naszym doświadczeniu Włoch, a tym samym świata całego. Kulminuje on w cudownej uwadze na temat tego, co zostaje po tym, czego doświadczamy i jak słowo próbuje sobie dać z tym radę. Konkluzja nie jest szczególnie radosna: słowa nie przystają do Włoch, a to oznacza, że słowa nie przystają do świata, język nie jest w stanie nazwać i udźwignąć bogactwa tego, co widzialne, żywy miąższ rzeczywistości skrapla się w bezcielesne, abstrakcyjne pojęcia. Brzmi to trochę jak późny przypis do Miłoszowego wiersza Nie więcej, o weneckich kurtyzanach z obrazu Carpaccia…

Niezwykłe to wyznanie Iwaszkiewicza, wyznanie na progu śmierci, niegdysiejszego konesera sztuk pięknych, architektury i muzyki. Wyrafinowanego estety. Wyznanie może jeszcze bardziej niezwykłe i przewrotne, jeśli uświadomić sobie, że kończy ono książkę o podróży do Włoch! Bo przecież zwyczajowy horyzont oczekiwań rutynowego odbiorcy włoskich specjałów zakłada w tym wypadku pojawienie się ekstatycznej cody na cześć włoskiej sztuki i kultury. Oczekujemy wykrzykników, fajerwerków, przymiotników w stopniu najwyższym. Czegoś, co by dowodnie zaświadczyło, że odwiedziliśmy krainę arkadyjskiej szczęśliwości, albo przynajmniej jej niespłowiały całkiem cień.

Ale tu nic z tych rzeczy. To jakby dokonana w błysku jasnowidzenia deziluzja wielu wcześniejszych wzruszeń i afektacji poety. A nie bez znaczenia jest, że ta zmiana dokonuje się u kresu życia. Ta książka, napisana w późnej starości, jak odnotowuje Iwaszkiewicz, w momencie „kiedy już nic, nic nie obchodzi naprawdę”, można by zaliczyć do poetyki stylu późnego. Znaki odchodzenia, wchodzenia w ciemny wiek starczy rozsiane są w kilku miejscach książki: „Życie obchodziło się ze mną łaskawie, nie deptało mnie. Ale chodzi o to, że starość jest zawsze klęską. Zawsze potarganiem wszystkich nadziei i spełnień także, bo w starości widzi się nicość i małą wartość tych rzeczy, nawet marzeń, które się w życiu spełniły”. Te i podobne im słowa czyta się ze skrzepem w gardle. To właśnie wejście w starość, przekonanie o znalezieniu się na progu śmierci, to zimne odczucie nadchodzącego nieistnienia nadają opowieściom Iwaszkiewicza ten ciemny, niepodrabialny ton. To ta czarna nić (a nie tylko rzadkie piękno, jak chciał Sempoliński) przenika wszystkie jego wyznania, wspomnienia i opisy.

Tak, Podróże do Włoch, to niemal laboratoryjny przykład „stylu późnego”, o którego różnych realizacjach w sztuce pisał mądrze Edward Said. Albo, jeśli wolimy inne wyrażenie, obecna jest w nich owa, charakterystyczna i rozpoznawalna, „melancholia dzieł późnych”, o której z nadzwyczajną przenikliwością pisał, odkrywany teraz na nowo, znakomity Béla Hamvas. Obydwaj oni, każdy na własną rękę, odkryli, że późna twórczość artystyczna tworzy osobny kontynent; owocuje utworami, które w niczym nie przypominają wcześniejszych dzieł twórców. To utwory, które ustanawiają swoją własną miarę. Burza Szekspira, ostatnie kwartety Beethovena, druga część Fausta Goethego, ostatnie płótna Cezanne’a, listę można wydłużać. Ich późne utwory to dzieła osobne: wpisane jest w nie czytelnie przeczucie końca, ale i coś więcej: szczególne rozumienie. Rozumienie, które często zmienia się w jasnowidzenie. To moment w życiu artysty wyjątkowy: maski spadają, dotychczasowe reguły gry przestają obowiązywać, zdanie odbiorców nie liczy się w ogóle. Zostaje nagi szkielet egzystencji i usilne pragnienie, by znaleźć formę, która jest w stanie to doświadczenie wyrazić. To czas, kiedy zyskuje się ten – tak irytujący statecznych mieszczan – ekscentryczny luz, tę, nie miarkowaną niczym swobodę, by mówić tylko to, co się chce i jak się chce. By składać zdania w dziwny sposób, kłaść farbę na płótnie tak, jak się nie śniło nikomu wcześniej, komponować dźwięki bez oglądania się na to, czy się to będzie komuś podobać, czy nie. Styl późny jest odwrócony plecami do świata, jest poza gustami i upodobaniami, nie wdzięczy się do nikogo, nie szuka oklasków. Nie liczy się z nikim i z niczym, nie ogląda się na konsekwencje. Jego sygnaturą jest świadoma dezynwoltura, biorąca swój początek z twardego przeczucia końca.

„Minie nas świat, jak my go miniemy…”. Ta uwaga poczyniona u końca podróży włoskiej, jednej z najważniejszej dla Iwaszkiewicza przygód egzystencjalnych i artystycznych, jest niby oczywista, ale nie przestaje mnie zadziwiać. To stwierdzenie znikomości ludzkiego życia, nieuchronności tego, co każdego z nas czeka za rogiem. Jest w tym spokojna melancholia ubywania, ale nie ma dławiącej grozy. Coś jednak zostaje. W wydarzeniu na peronie w Conegliano coś objawiło się naprawdę, a jego moc była nieodparta. Jak na koniec dodaje Iwaszkiewicz: wielkie dzieła sztuki obejdą się bez naszych pochwał, będą trwać jak trwały, natomiast „mały, biały piesek, wydobyty z nicości”, będzie żył tak długo, jak długo znajdą się czytelnicy, którzy zechcą o tym zdarzeniu czytać. Czytelna jest tu sugestia, że poza kamiennym światem włoskich arcydzieł istnieje coś jeszcze. Istnieje jakaś ważna rzeczywistość. Rzeczywistość, której także należy się uwaga i wspomnienie. Inaczej mówiąc, że poza światem sztuki, w owych trywialnych zdarzeniach, w „realnościach najniższej rangi”, możliwa jest świeckie objawienie. Że również i tu wybłyska przed nami coś istotnego. Nie potrzeba wiele: wystarczy jakaś podrzędna stacja, upalna noc, odchodzący z peronu pociąg, biały piesek… I to wszystko? Wszystko. Na zewnątrz wszystko.

DARIUSZ CZAJA

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek