HOME
Marek Artur Abramowicz

Przypowieści o trudnościach paszportowych

Dziś mało kto wie, a nawet pamięta, że w PRL-u nie mieliśmy prawa do posiadania własnych paszportów. Przed każdym zagranicznym wyjazdem musieliśmy składać wniosek o przyznanie tego dokumentu. Na decyzję czekało się długo. Najczęściej była negatywna. Po powrocie do Polski paszport trzeba było natychmiast oddać w urzędzie. To były tak zwane: „trudności paszportowe”.

Ogłoszenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 zastało mnie w Oksfordzie. Pracowałem tam jako Senior Visiting Fellow w grupie Dennisa Sciamy. Jego uczniami byli Stephen Hawking, Martin Rees i David Deutsch. Ten ostatni nazywany jest ojcem komputerów kwantowych. Do Oksfordu przyjechałem z żoną Henryką i dziećmi: trzyletnią Weroniką i rocznym Tomaszem. Przylecieliśmy z Teksasu, gdzie przez dwa lata pracowałem na Uniwersytecie w Austin, w Centrum Fizyki Relatywistycznej, kierowanym przez Johna Archibalda Wheelera, jednego z najbardziej charyzmatycznych fizyków XX wieku. Zanim się przeniósł do Austin, Wheeler pracował w Princeton, gdzie doktoryzował wielu świetnych fizyków, w tym dwóch znanych w świecie, medialnie błyskotliwych Noblistów — Kipa Thorne’a i ekscentrycznego geniusza, Richarda Feynmana. Sciama poznał mnie tak naprawdę dopiero w Austin, gdzie przez dwa lata był wizytującym profesorem — to były te same dwa lata, gdy pracowałem u Wheelera. Zaproponował mi posadę Senior Visiting Fellow w swoim zespole w Oksfordzie, na co się zgodziłem bez wahania. Przede wszystkim dlatego, że otwierało to nowe możliwości zawodowe: mogłem samodzielnie prowadzić finansowane przez Oksford badania i mieć własnych doktorantów. Rzecz jasna, nie bez znaczenia były także prestiż uczelni i wysokość pensji.

W związku z planowanym wyjazdem do pracy na Uniwersytecie Teksaskim, władze PRL-u wyraziły zgodę na — po pierwsze, udzielenie mi bezpłatnego [1] urlopu na czas nieobecności w Zakładzie Astronomii PAN oraz — po drugie, na wydanie Henryce, Weronice i mnie służbowych paszportów. Oprócz tych „po pierwsze i po drugie” nie było ani ze strony władz, ani mojej, niczego więcej, żadnych zobowiązań. Do Austin pojechałem dlatego, że „prywatnie” wygrałem konkurs, ogłoszony przez Centrum Fizyki Relatywistycznej Uniwersytetu Teksaskiego, do którego stanęli, także „prywatnie”, kandydaci z całego świata: USA, Japonii, Anglii, Niemiec… Konkurs nie miał zupełnie nic wspólnego z jakąkolwiek „wymianą naukową” regulowaną przez międzyrządowe umowy czy ustalenia. W szczególności, władze PRL-u nie miały na jego wynik najmniejszego nawet wpływu. To była zupełnie prywatna sprawa pomiędzy stającymi do konkursu młodymi fizykami a Uniwersytetem Teksaskim. Sytuacja zresztą jak najbardziej standardowa, bowiem w uniwersyteckiej fizyce teoretycznej motorem kariery są indywidualne, osobiste, osiągnięcia naukowe. Nic więcej nie ma znaczenia. Tak było wtedy, i tak jest teraz.

 

Z Martinem Reesem, Cambridge

 

Na wyjazd to Teksasu, Henryka i Weronika dostały, podobnie jak ja, służbowe polskie paszporty. Dodam: takie mieć musieliśmy, bo wtedy w PRL-u nie było innej możliwości. Nie było, bowiem to, iż w roku 1970 dość duża grupa polskich astronomów uczestniczyła w Kongresie Międzynarodowej Unii Astronomicznej w angielskim Brighton mając paszporty… sportowe, należy traktować wyłącznie jako zdumiewający wyjątek, przykład na skuteczność nieszablonowego myślenia Bohdana Paczyńskiego. Paczyński był jednym z najbardziej oryginalnych astrofizyków XX wieku. Mikrosoczewkowanie grawitacyjne, kosmiczna natura błysków promieniowania gamma, potencjał Paczyński-Wiita, to jego autorskie pomysły, które znacząco wpłynęły na rozwój tej nauki. Zmarł przedwcześnie w Princeton, gdzie przez wiele lat był profesorem, ale swą wielką światową karierę zaczynał w Warszawie. Tłumaczył nam, jak wziąć udział w Kongresie Unii w Brighton: na pewno nie dostaniemy paszportów jako astronomowie, ale prawdopodobnie wszyscy dostaniemy paszporty jako sportowcy. Tak zrobiliśmy: ponad rok przed planowanym wyjazdem zapisaliśmy się do Yacht Clubu, pływaliśmy na Omegach po mazurskich jeziorach, aby mieć w swych książeczkach żeglarskich odpowiednią liczbę przepłyniętych mil, uprawniającą do wypłynięcia w morze. Dzięki prywatnym znajomościom w kręgach żeglarskich (i innych) Jana Żytowieckiego, naszego dyrektora administracyjnego, wynajęliśmy motorowy jacht „Podhalanin” i bez żadnych kłopotów, dokładnie jak przepowiedział Paczyński, dostaliśmy sportowe paszporty. Wszyscy, cała ponad dwudziestoosobowa grupa astronomów! Paszport dostał nawet ksiądz Michał Heller, wtedy jeszcze nie profesor, ale już doktor habilitowany fizyki teoretycznej. Jego przypadek był szczególnie trudny. Władze nie mogły ustalić, czy na wyjazd księdza zezwolić, bowiem w kręgach decyzyjnych ścierały się dwie tendencje. Z jednej strony Kościół uważany był za twardego przeciwnika politycznego i każde ustępstwo traktowano by jako aksjologiczną porażkę. Z drugiej, władze chciały pokazać „Zachodowi”, że opinia o prześladowaniu w Polsce religii i księży jest bezpodstawna. Najpierw więc zdecydowanie i ostro odrzucono podanie księdza Hellera: absolutnie NIE, nawet nie ma mowy! Potem oględnie sugerowano, że paszport dostanie, jeśli poza Polską nie będzie nosić ani sutanny, ani koloratki. Innego dnia przeciwnie — dostanie paszport, jeśli wyjedzie w sutannie. Gdy ktoś przytomnie zauważył, że w sutannie nie da się pełnić sztormowej wachty na pokładzie jachtu, zgodzono się na koloratkę. Byliśmy przekonani, że wszystko się dobrze skończyło, bo powiadomiono Hellera listownie o przyznaniu paszportu: niech jedzie do Gdyni i zaokrętuje się na „Podhalaninie”. Ale w ostatni wieczór przed wypłynięciem w morze, gdy ksiądz Michał Heller, jak my wszyscy, już był na pokładzie i układał rzeczy w kajucie, zgodę na wydanie mu paszportu cofnięto. Co za draństwo! Z brutalną premedytacją, z drwiącą, chamską mściwością, zrobili to specjalnie w ostatniej chwili, kiedy Michał odetchnął, że tym razem się udało.

Wypłynęliśmy z Gdyni bez księdza Hellera. Na Morzu Północnym złapał nas sztorm. Potworny, jeden z najgorszych w XX wieku. Niezbyt daleko od „Podhalanina” zatonęło wtedy kilka statków. Wysiadło nam radio, które Zygmunt Turło, radioastronom z Torunia, naprawiał bez odpowiednich narzędzi, widelcem i nożem [2]. Mając tylko chwilami działające radio, potrafiliśmy, jednak, mimo sztormu zawinąć do najbliższego portu. To był holenderski Ijmuiden, gdzie przeczekaliśmy nawałnicę, przez dwa dni zwiedzając muzea Amsterdamu. Nasza poważna i wielka morska przygoda była, jeśli nie conradowska, to co najmniej tyrmandowska [3]. Angielska prasa pisała o tym, jak to dzielni polscy astronomowie przypłynęli na Kongres Unii Astronomicznej do Brighton w wielkim stylu, walcząc z groźnym sztormem. Przez jakiś czas sądzono, że „Podhalanin” zatonął. W porcie w Brighton odwiedził nas książę Walii Karol, dzisiejszy król Anglii. Młody książę przyprowadził kilku kolegów, swych rówieśników. Pierwszy raz w życiu paliłem marihuanę, ukradkiem poczęstowany jointem przez jednego z tych złotych chłopców.

Wtedy wyjechałem, a właściwie wypłynąłem, „na Zachód” bezstresowo, ze sportowym paszportem, w zorganizowanej przez dyrektora Żytowieckiego grupie „żeglarzy”, sam nie uczestnicząc osobiście w żadnych paszportowych procedurach [4]. Ale dziesięć lat później, przed wyjazdem z Polski do Teksasu, służbowe paszporty dla mnie, Henryki i Weroniki, dostaliśmy po upokarzających przesłuchaniach w biurze paszportowym przy Koszykowej. Dotyczyły one także przyczyn mego z Henryką rozwodu — śledczy wypytywał o bardzo intymne szczegóły naszych erotycznych wybryków. Zastanawiająco dużo na ten temat wiedział. To było obrzydliwe. Leopold Tyrmand w Dziennikachopisuje swój stan ducha, gdy przesłuchiwano go w roku 1954, w charakterze świadka, pytając o podobne sprawy. Brrr… Na szczęście tylko mnie na Koszykową wzywano, bo gdyby zobaczyli już dość zaawansowaną ciążę Henryki, to by nas zapewne nie puścili.

Natomiast wyjazd z Teksasu do Anglii był pod względem paszportowym zupełnie łatwy. Nasze służbowe polskie paszporty jeszcze się nie przedawniły, a Tomasz miał paszport amerykański z racji urodzenia w Teksasie. Angielskie wizy dostaliśmy bez trudu w konsulacie UK w Houston. Rekomendacja Oksfordu aż nadto wystarczyła, aby procedura była błyskawiczna i bezproblemowa. Szybko zainstalowaliśmy się w Oksfordzie. Mieszkaliśmy w jego historycznym centrum, w wynajętej od mojego oksfordzkiego college’u trzypiętrowej kamienicy przy 2nd St John Street. Była tak wąska, że na jej wszystkich piętrach miejsca mogłoby wystarczyć tylko na średniej wielkości jednopoziomowe mieszkanie.

 

Nowy Jork. Fot. Andrzej Lech

 

Premierem Zjednoczonego Królestwa była wtedy Margaret Thatcher, którą Sciama znał osobiście i której politykę dotyczącą brytyjskiej nauki bardzo krytykował. Wynikiem rujnującej polityki pani premier był trwający ponad dekadę po jej rządach upadek znaczenia nauki i uniwersytetów na Wyspach. W proteście przeciwko tej polityce Dennis postanowił wyjechać z Anglii, rezygnując z wielu swych zaszczytnych pozycji, w tym z członkostwa w All Souls. Sciama został Fellow w tym szacownym college’u tego samego roku co Leszek Kołakowski. Obaj się dobrze znali, byli przyjaciółmi, swoje pokoje w All Souls mieli praktycznie na tym samym korytarzu.

Sciama wybrał naukową emigrację w Trieście. Dwie tresteńskie instytucje — ICTP, czyli International Center for Theoretical Physics, kierowany przez Abdusa Salama, Noblistę z fizyki z roku 1979, oraz SISSA, od niedawna działająca Scuola Internazionale Superiore di Studi Avanzati [5] — zaproponowały Dennisowi ofertę nie do odrzucenia: będzie mógł przenieść do Triestu cały swój oksfordzki zespół. Wszyscy dostaną te same pozycje i pensje, które mieli w Anglii, z gwarancją na trzy lata plus trzy następne lata za obopólną zgodą. Jak jeden mąż te przenosiny zaakceptowaliśmy, bowiem perspektywa sześciu lat we Włoszech w świetnym ośrodku naukowym, bez trosk materialnych, była niezwykle kusząca. Ja zabrałem ze sobą z Oksfordu do Triestu dwóch moich doktorantów, Amerykanina i Chińczyka. To im chyba wyszło na dobre: po doktoracie u mnie w SISSA obaj zrobili kariery w swoich krajach. Omer Blaes od razu wyjechał z Triestu do Pasadeny, wygrał bowiem konkurs na asystenturę w Caltechu [6], a przed emeryturą zdążył być dziekanem Wydziału Astrofizyki na University of California w Santa Barbara. Jufu Lu był aż do śmierci dziekanem Wydziału Astrofizyki na Uniwersytecie w Xiamen. Założył tam, pierwszą w porewolucyjnych Chinach, znakomitą szkołę astrofizyki. Z tego powodu mam naprawdę ogromną chińską rodzinę naukową: studentów moich studentów i tak dalej, teraz aż do szóstego pokolenia. Wszystkich spotkałem niedawno w Xiamen, na specjalnie zorganizowanej „rodzinnej” konferencji.

Ale przenosiny z Oksfordu do Triestu były także powodem poważnych problemów: służbowe polskie paszporty Henryki, Weroniki i mój traciły ważność. Trzeba było tę ważność przedłużyć w konsulacie PRL-u w Londynie, bo bez ważnych paszportów nie moglibyśmy, rzecz jasna, wyjechać z Anglii do Włoch. Dość często wybierałem się więc z Oksfordu autobusem na rozmowy w londyńskim konsulacie — sam, albo niekiedy z Henryką. Choć rozmawialiśmy tylko z najniższymi w hierarchii urzędnikami, zawsze nazywałem mego rozmówcę „panem konsulem”:

 

JA: Panie konsulu, z tym służbowym paszportem mam takie kłopoty, że czasem żałuję, iż go nie zgubiłem.

KONSUL: Nie radzę panu tego robić. Wiem, że na czarnym rynku polski służbowy paszport kosztujenawet tysiąc funtów. Mógłbym pomyśleć, że pan go sprzedał.

JA: Hmm… a kiedy, sądzi pan, panie konsulu, przyjdzie ostateczna odpowiedź z Warszawy?

KONSUL: To trudno ocenić. Nie wiem. Proszę być cierpliwym.

 

Henryka odreagowywała rozmowy w konsulacie kupując sobie nowe kapelusze w sklepie na St James’s Street, ceremonialnie długo przymierzając je z pomocą kilku ekspedientek, ja natomiast odreagowywałem wymyślaniem niemoralnych historii alternatywnych:

 

JA: Panie konsulu, z tym służbowym paszportem mam takie kłopoty, że czasem żałuję, iż go nie zgubiłem.

KONSUL: Nie radzę panu tego robić. Wiem, że na czarnym rynku polski służbowy paszport kosztuje nawet tysiąc funtów. Mógłbym pomyśleć, że pan go sprzedał.

JA: Hmm… tysiąc funtów? Słyszałem, że dwieście.

KONSUL: To się pan przesłyszał. Nigdy nie było to mniej niż pięćset…

JA: Rzeczywiście, nie tyle się przesłyszałem, co zapomniałem — trzysta, na pewno trzysta.

KONSUL: Trzysta? To być może.

JA: Panie konsulu, teraz już rozumiem, dziękuję za tę rozmowę. Chyba przed powrotem do Oksfordu zjem jeszcze o szóstej podwieczorek. Czy może pan polecić jakąś cichą restaurację niedaleko Victoria Station?

KONSUL: Co pan powie na Il Posto?

JA: Tak, tak — Il Posto. Znam to miejsce, dobrze, będę o szóstej.

 

Przypominam, iż rozmowa powyższa jest wyimaginowana, dotyczy rzeczywistości alternatywnej.

W rzeczywistości faktycznej, konsulat nie przedłużył ważności naszych paszportów. Nie mieliśmy na to żadnych uczciwych szans, a innych nie próbowaliśmy. Na szczęście Oksford przyszedł z pomocą. Dzięki rekomendacji uniwersytetu Brytyjczycy dali nam dokumenty podróży, coś w rodzaju paszportów nansenowskich. Włosi wbili w nie swoje wizy i w takim trybie przyjechaliśmy do Triestu. Ale to wcale nie był koniec naszych kłopotów paszportowych. Aby funkcjonować we Włoszech — wynająć mieszkanie, posłać dzieci do szkoły, otworzyć konto w banku, wreszcie, aby pracować jako zagraniczny profesor na uniwersytecie, trzeba mieć Permesso di Soggiorno, czyli pozwolenie na pobyt. Zwykle takie pozwolenie wydaje się na konkretny okres, na przykład na rok. Poręka SISSA i ICTP była konieczna i cenna, ale daleko niewystarczająca — potrzebny był jeszcze wymagany przez włoską administrację stosowny dokument stwierdzający tożsamość, na przykład paszport. Nasze, wystawione przez Brytyjczyków, dokumenty podróży do tego się nie nadawały.

Co począć? Kusa rada. Wpadłem na koncept, aby zatrudnić adwokata. Mój mecenas przedstawił praktyczne rozwiązanie:

 

MECENAS: Panie profesorze, załatwię panu wystąpienie przed włoskim sądem. Złoży pan oświadczenie, w którym poda pan wszystkie potrzebne dane: miejsce i datę urodzenia, nazwisko panieńskie matki, dane dziadków, i tak dalej. Przygotuję panu listę. Potrzeba dwóch świadków, włoskich obywateli, którzy przed sądem stwierdzą, iż znają pana dłużej niż pięć lat i że potwierdzają prawdziwość przedstawionych przez pana danych. Ten sądowy dokument wystarczy do wystawienia Permesso di Soggiorno przez Questurę dla pana, oraz dla całej pańskiej rodziny.

JA: Mam takich świadków! Profesorowie z Uniwersytetu Padewskiego, Massimo Calvani i Luciano Nobili, znają mnie dłużej niż pięć lat, co niewątpliwie wynika z dat publikacji naszych wspólnych artykułów, wiedzą, że się urodziłem w Chełmie, gdyż wielokrotnie o tym wspominałem przy okazji opowiadania im żydowskich szmoncesów z Chełma, poznali moich rodziców osobiście, Calvani mieszkał nawet w ich wilii w Oliwie, widzieli także portret wielokrotny mego dziadka, kapitana Mieczysława Żółcińskiego, w galowym carskim mundurze…

MECENAS (przerywając mi): Żadnych profesorów! Profesor składający zeznania przed sądem to zawsze nieszczęście. To ja dostarczę świadków, którzy powiedzą dokładnie to, co trzeba i dokładnie tak, jak trzeba.

 

Z Massimo Calvanim, Triest

 

Spotkałem tych świadków dopiero na sali sądowej. Odegrali swoje role znakomicie. Wkrótce potem dostaliśmy Permesso di Soggiorno i rozpoczęliśmy la dolce vita w Trieście.

Znacznie później byłem przez dwadzieścia lat profesorem na Uniwersytecie w Göteborgu. Już po trzech latach Szwedzi przyznali nam obywatelstwo. Mogliśmy aplikować o szwedzkie paszporty. Poszedłem na posterunek policji, bo tam właśnie się składa taką aplikację, z pewnym niepokojem: czy dam radę wypełnić formularz, w którym — jak (mylnie) przypuszczałem — będą dziesiątki drobiazgowych pytań po szwedzku o nazwisko panieńskie matki, zawód dziadka i temu podobne. Ani wtedy, ani później nie rozumiałem na tyle szwedzkiego, aby podołać podobnym wyzwaniom. Wyjaśniłem policjantce, po angielsku, rzecz jasna, że przyszedłem z żoną, aby aplikować o szwedzki paszport. Zupełnie się nie zdziwiła, iż aplikuję po angielsku i sama od razu na angielski przeszła.

 

POLICJANTKA: Podaj, proszę, wasze numery personalne — twój i twojej żony [7].

JA: (podaję te dwa numery).

POLICJANTKA (po szybkim sprawdzeniu w swoim komputerze): Widzę Marku, że i ty, i Henryka, dostaliście już oboje szwedzkie prawa jazdy. Wobec tego mam w systemie wasze zdjęcia w odpowiednim formacie. Niczego więcej mi nie trzeba. Jeśli wrócicie tu za trzy kwadranse, wasze paszporty na pewno będą już wydrukowane, będziecie mogli je u mnie odebrać.

 

Takie podarunki losu, nieoczekiwane i zdumiewająco urocze, mój przyjaciel Mario Livio, Żyd urodzony w Bukareszcie, znakomity fizyk, profesor Technionu w Haifie, a potem Johns Hopkins University w Baltimore, autor bestsellerowych książek na temat filozoficznych aspektów matematyki i fizyki, zwykł kwitować swą słynną refleksją, przestrzegającą przed nadmiernym optymizmem: Life is not a Festival!

MAREK ARTUR ABRAMOWICZ

[1] Warszawscy astronomowie brali bezpłatne urlopy, wyjeżdżając na dłużej do USA lub zachodniej Europy. To był zasadniczy punkt naszego zawodowego etosu. Niepobrane pensje zasilały budżet macierzystych instytucji w Polsce. Dodatkowo, większość z nas dobrowolnie i prywatnie kupowała książki i prenumerowała naukowe czasopisma dla naszych bibliotek — ja przez wiele lat opłacałem prenumeratę „Nature” i „Scientific American”, a przez rok „Playboya”, który regularnie zjawiał się co miesiąc w naszej bibliotece na półce z nowościami, wywołując pełne zachwytu zdumienie rosyjskich astrofizyków, odwiedzających służbowo Warszawę.  W czasie bezpłatnych urlopów nasze instytucje nie płaciły składek ZUS — dziś mamy z tego powodu niższe emerytury.

[2] Wraz z Janem Hanaszem i innymi toruńskimi radioastronomami zhakował on w roku 1985 emisję Dziennika Telewizyjnego reżimowej TVP, nadając na tle planszy Dziennika komunikat nielegalnej „Solidarności”.

[3] W swej komicznej grozie — kompletnie nieprzygotowani amatorzy walczą z przerażającym żywiołem — nieco podobna do przeprawy stateczkiem „Lanna 8” przez cieśniny skalne Renu, opisanej przez Egona Erwina Kischa w opowiadaniu O reportażu.

[4] Zawodniczki klubu sportowego Tęcza w słynnym Misiu Stanisława Barei wyjechały z Polski ze sportowymi paszportami, które załatwił im grupowo klub. Żadna nie starała się o paszport indywidualnie. Podobnie było z naszym wyjazdem na Kongres w Brighton — paszporty przywiózł nam do Gdyni dyrektor Żytowiecki.

[5] Dziś SISSA należy do czołówki najlepszych włoskich uniwersytetów: Uniwersytet w Bolonii (to jest najstarszy włoski uniwersytet, działa już ponad 800 lat), Uniwersytet w Padwie, rzymska La Sapienza, SISSA.

[6] Omer wygrał też w kilku innych miejscach, także w Cambridge. To, że wybrał Caltech a nie Cambridge, poróżniło mnie na chwilę z Dennisem: „Marku, ty masz demoralizujący wpływ na swoich studentów. When Cambridge calls, the only possible answer is — yes”.

[7] Zgodnie z ustawą z 1967 roku, wszyscy Szwedzi mówią do siebie po imieniu. Tylko do króla należy mówić „królu”. To samo dotyczy członków rodziny królewskiej — trzeba używać oficjalnych tytułów.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek