Sonet czternasty cyklu drugiego: kwiaty (rzeczy) i ludzie – wobec siebie, na skraju losu
Sonet czternasty cyklu drugiego powstał w Muzot między 15 a 17 lutego 1922 roku. Pierwodruk ukazał się w dodatku bożonarodzeniowym (24 grudnia 1922)w praskim piśmie „Deutsche Zeitung Bohemia”. Aurę tekstu tworzą zarówno precyzyjne zdania, jak i nierozstrzygalne, a zarazem nieredukowalne, różnice pomiędzy tym, co ludzkie (metaforyczne, symboliczne, antropocentryczne, grawitacyjne) a tym, co kwietne, kwiatowe (trwające bez przenośni, samo sobie wystarczające, sobą przepełnione, wznoszące się ku górze). Wiersz sytuuje się na styku ponadprzeciętnej predylekcji Rilkego wobec kwiatów, widocznej w jego, szeroko pojętej, Dingdichtung, w wierszach różanych, pisanych po niemiecku i po francusku, oraz szczególnego zainteresowania poety samym istnieniem bytów, a także ich opisem, czynionym z nie-człowieczej perspektywy, z domniemanego punktu widzenia tych właśnie bytów. Rilke marzy o utracie ludzkiej przewagi, o nawróceniu człowieka na świat łąki (zaledwie dwa lata wcześniej wychodzi drukiem jeden z najpiękniejszych tomów w historii poezji polskiej – Łąka Bolesława Leśmiana), o tym, by człowiek – by gatunek ludzki – przestał sobą zasłaniać inne fenomeny bytu ziemskiego (który – przypomnijmy słowa poety – „jest wspaniały”).
Polscy tłumacze widzieli wzajemną niewzajemność bytów tego sonetu – rozmaicie.

Alfred Kowalkowski:
Spojrzyj na wierne ziemskości kwiaty,
którym ze skraju losu los pozwalamy pić. –
Ale któż wie? – Gdy swojej żałują zatraty,
my powinniśmy raczej ich żalem być.
Rzeczy chcą wzlecieć. A my wciąż po nich stąpamy,
olśnieni ciężarem pragniemy wszystko ku ziemi pchać.
Dlatego jesteśmy przedmiotom zgubnymi mistrzami,
że mogą w wiecznym dziecięctwie trwać.
Niech ktoś je do wnętrza snu weźmie, niech zaśnie
głęboko z kwiatami: jak łatwo aż poza kres,
ze wspólnej głębiny w inny dzień wzniósłby się jaśniej…
A może by jednak tu został. A one w rozkwicie i śpiewie
wielbiłyby nawróconego, że teraz równy już jest
wszystkim ich cichym siostrom w łąki powiewie.
Mieczysław Jastrun:
Spojrzyj na kwiaty, te wierne ziemskiemu istnieniu,
bo my los z brzegu losu pożyczamy –
ale któż wie! Gdy siebie żałują w więdnieniu,
czy ich żałować nie mamy.
Wszystko chce wzlecieć. A my krążymy jak obciążyciele,
siebie kładziemy na wszystko, zachwyceni ciężarem,
o, jak niszczymy rzeczy, okrutni nauczyciele,
bo dzieciństwo jest ich wiecznym darem.
Gdyby ktoś do snu wziął rzeczy i zasnął z nimi
głęboko: o, jak przeszedłby krokiem powiewnym
inaczej, do dnia innego ze wspólnej głębiny.
Lub zostałby może; a one kwitnąc sławiłyby w krąg
nawróconego, co teraz dorównuje ich krewnym,
całemu cichemu rodzeństwu na wietrze łąk.
Bernard Antochewicz:
Spójrz na kwiaty, jak wierne Ziemskiemu, bytują,
którym losu, na skraju losu, pożyczamy dziś, –
któż wie! Gdy one Więdnięcia swego żałują,
jest naszą koleją, aby ich skruchą być.
Wszystko chce wznieść się. My zaś krążymy jak Obciążyciele,
sami się kładąc na wszystko, zachwyceni ciężarem;
o, jacyż z nas rzeczy niszczący nauczyciele,
bo im się wieczne dzieciństwo udaje.
A gdyby ktoś wziął je w głąb swego snu i z nimi
głęboko spał – : o, jakże wróciłby lekki, pewny,
inny do następnego dnia, ze wspólnej głębiny.
Albo zostałby może: a one by kwitły i sławiły go,
Nawróconego, co teraz jest równy ich krewnym,
Całemu cichemu rodzeństwu na wietrze łąk.
Adam Pomorski:
Popatrz na kwiaty, wierne doczesnej swej dobie:
rąbka im tylko użyczyć zechcemy losu, –
ale kto wie? Gdy więdną w żałobie po sobie,
czy to nie nas godzien lament bez głosu.
Wszystko tak lotne. My tylko ciążymy przestrzeni,
oczarowani ciężarem, co wszystko kaleczy.
Nieużyci mentorzy, dręczymy, znużeni,
wiecznym szczęśliwe dzieciństwem rzeczy.
A ktobykolwiek pochował pod senną powieką
siebie i rzeczy w śnie głębokim – : o, lekko
jak odmieniony by wzeszedł w dzień odmieniony z głębiny
wspólnej, lub zostałby tam, gdzie go sławią kwitnące,
nawróconego, co już jest członkiem rodziny
jak całe ciche rodzeństwo śród wiatru na łące.
Andrzej Lam:
Patrz na kwiaty, wierne temu co ziemskie,
którym użyczamy losu z losu krawędzi, –
ale kto wie? Gdy płaczą nad swym więdnięciem,
tak, być ich żalem i do nas należy.
Wszystko chce lotu. A my z ciężarem chodzimy,
kładziemy go na wszystko, lubimy to brzemię;
jakimż jesteśmy rzeczom mistrzem dolegliwym,
bo dla nich wieczne dzieciństwo jest szczęściem.
Gdyby ktoś wziął je w sen wewnętrzny i zasnął
głęboko z rzeczami – : jak lekko szedłby stąd,
już inny, w nowy dzień, z głębiny zaznanej.
Lecz może niech zostanie; niech kwitną i sławią
jego, nawróconego, równego im samym,
cichym braciszkom w wietrze letnich łąk.
Rüdiger Görner pisał w książce pt. Rainer Maria Rilke. Im Herzwerk der Sprache (Wiedeń 2004) o „wyjątkowej pod względem językowym twórczości” poety i jeszcze, że „pytanie o to, co rzeczywiste, miało u niego związek z poszukiwaniem autentyczności, jednorodności, istoty, próbami, by w naszym zniekształconym przez technikę świecie doświadczyć życia (i śmierci) jako czegoś pierwotnego, własnego” [1]. W polskich przekładach sonetu czternastego części drugiej widać to raz mniej [2], raz bardziej [3]. I w oryginale, i w spolszczeniach można jednak odnaleźć dominanty poszczególnych strof – wyraźnie, bez błędu.
W strofie pierwszej to wierność kwiatów temu, co ziemskie, ziemskiemu bytowaniu – i przemoc człowieka, który pozwala kwiatom istnieć zaledwie na skraju losu (Kowalkowski, Antochewicz), użycza im rąbka (Pomorski) tegoż losu, daje im bytować tylko na jego krawędzi (Lam), pożycza im „los z brzegu losu” (Jastrun), podczas gdy on sam – człowiek – powinien raczej (podpowiada poeta) wstydzić się, żałować, okazywać skruchę, że skazuje kwiaty na więdnięcie (na ową „żałobę po sobie”).
Strofa druga to dojmująco czytelny zapis fundamentalnej różnicy i zasadniczej opozycji: wszelki ziemski byt (a kwiaty – być może – najpiękniej) dąży do wzlotu, wznoszenia się, wyrasta, porusza się ku górze, jednocześnie pozostając w stanie wiecznej dziecięcości. Tylko ludzie, zachwyceni grawitacją, ciążą w dół i za sobą pociągają inne istnienia, przygniatają je swym ciężarem, a czują się przy tym ważniejsi i bardziej dorośli – nie wiedzieć, dlaczego. Panowie stworzenia, jakże pozorni, nazywani są w polskich przekładach „zgubnymi mistrzami” (Kowalkowski), „okrutnymi” (Jastrun) bądź „niszczącymi nauczycielami” (Antochewicz), „nieużytymi mentorami” [4] (Pomorski). Ciekawy zabieg translacyjny – singularyzację – stosuje Lam, określając człowieka jako „mistrza dolegliwego” rzeczom, wzmacniając poprzez liczbę pojedynczą poczucie przewagi (jeden mistrz wobec wielu uczniów). Gestem ludzkiej przemocy w stosunku do istnień lekkich i wiecznie dziecięcych (jak kwiaty, jak zmarła tancerka, której pamięci dedykowano cały cykl) zamyka się partia deskryptywna tego sonetu.
W strofie trzeciej pojawia się – niejako przeciw jawie i jej ciężarowi, przeciw ludzkiej predylekcji do grawitacji – sen. To wspólny stan człowieka i rzeczy (kwiatów), oniryczna wspólnota, głęboka, orficka przeciw-jawa. W strofie czwartej poeta rozwija i uwewnętrznia ideę głębokiego, wspólnego bytowania ludzi i rzeczy (kwiatów), narodzoną ze snu, z marzenia, odwołuje się wprost, tym razem na jawie, do idei najbliższego pokrewieństwa (rodzeństwa – dziś rzec by można: siostrzeństwa), lecz także do prawdziwego, wiarygodnego aktu nawrócenia [5].
Wiersz zamyka wspólnotowa i paronomazyjna wizja i fonia (eufonia!): „im Winde der Wiesen”. To łąka połączona z wiatrem, w oryginale także – brzmieniowo, w harmonijnej instrumentacji głoskowej.
Czytam ten sonet nie jako gest przewagi, lecz jako gest poetyckiej – bardzo wczesnej, chyba jednak posthumanistycznej (człowieka rezygnującego najpierw z siebie) – odwagi. A na pewno – odwagi orfickiej.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Cyt. za: Tomasz Ososiński, Komentarz, w: Rainer Maria Rilke, Druga strona natury. Eseje, listy i pisma o sztuce. Tłum. i komentarze Tomasza Ososińskiego, Warszawa 2010, s. 178-179.
[2] Na przykład, kiedy Antochewicz kradnie Jastrunowi rym „obciążyciele” – „nauczyciele” (a także przejmuje neologizm, współtworzący to współbrzmienie) i gdy nadużywa, zupełnie niefunkcjonalnie, majuskuł.
[3] Przykładowo, kiedy Pomorski pogłębia oraz internalizuje „głębinę // wspólną” człowieka i innych bytów dzięki przerzutni międzystroficznej (między trzecią a czwartą strofą).
[4] Rzeczywiście, paternalizm człowieka jako gatunku, mającego poczucie wyższości wobec innych bytów, od tysięcy lat pozostaje nieznośny, nieuzasadniony i niszczący.
[5] Warto w tym miejscu przypomnieć, jak inaczej niż zostało to w kulturze, za Biblią, utrwalone, pojmuje Rilke postać Syna Marnotrawnego w studium o Rodinie (Auguste Rodin, 1902-1907) w wierszu Der Auszug des verlorenen Sohnes (napisanym w Paryżu, w czerwcu 1906 i nazwanym przez Hugona von Hofmannsthala w liście do Kathariny Kippenberg z 30 października 1927 roku „poruszającą paralelą autobiograficzną”, „wierszem prawdziwie życiowym”) oraz w powieści Malte (1910) – w końcowej paraboli. Syn Marnotrawny – w wersji Rilkeańskiej – odmawia powrotu do Ojca, wybiera wolność, zaczyna nowe i własne życie, nie chce być kochany (na ten temat por. Byong-Ock Kim, Rilkes Militärschulerlebnis und das Problem des verlorenen Sohnes, Bonn 1973, s. 197-214; Joanna Maleszyńska, Biblijna przypowieść o Synu Marnotrawnym i jej literackie transpozycje. W: Miejsca wspólne. Szkice o komunikacji literackiej i artystycznej, pod red. Edwarda Balcerzana i Seweryny Wysłouch, Warszawa 1985, s. 228. Tu zaś, w sonecie II, 14, mowa o nawróceniu prawdziwym i rzeczywistym: człowieka na byt wspólny z innymi bytami, rzeczami, kwiatami.