Mama uwielbiała zajmować się ogrodem, ale mnóstwo napotykała przeciwności. Po pierwsze, ojciec uważał, że to strata czasu, że nie jest ogrodniczką, tylko pisarką. Nieraz dosłownie (powiedzieć się chce: odsłownie) uciekała od biurka, wymykała się kuchennymi drzwiami, żeby choć chwilę pokopać, poprzycinać czy pogracować. Później próbowała mnie wciągnąć w ten spisek ogrodniczy, ale się nie dałem. Patrzeć lubiłem, wąchać lubiłem, grzebać się w ziemi nigdy. Właśnie ta ziemia to drugi powód, dla którego nasza działka nie stała się nigdy bujnym ogrodem. Była najgorszej, szóstej, czy siódmej klasy, a na posesji rosło kilkadziesiąt sosen, które ją wyjaławiały i użyźnianie obornikiem niewiele dawało. Sprowadzony specjalista zawyrokował: „Sosny wyciąć, przez trzy lata siać łubin i orać, to potem może coś wyrośnie”.
A jednak dzięki staraniom mamy jakoś wyrastały floksy, malwy, peonie, tulipany, bratki tworząc na porośniętym tu i ówdzie trawą klepisku wysepki barw. Były też róże i nawet miałem jedną, przed oknem mego pokoju, białą, o którą dbałem jak umiałem.
Była jednak, jak i inne w naszym ogrodzie, dość cherlawa. Prawdziwe królestwa róż pamiętam trzy. Jedno w Podkowie, na działce pani Jasińskiej. Okrutnie ją zamordowano w pięknym modernistycznym domu, a wokół ciała rozrzucono róże. Sąsiadowało z jej ogrodem wielkie konkurencyjne pole różane innych właścicieli, w głębi stał maleńki domek z bajki o spiczastym dachu. Trzecie królestwo było blisko naszego domu. Lubiłem tam chodzić, nie tylko po róże na rodzinne święta, ale ot tak, z ciekawości, porozmawiać o kwiatach, bo pani Irena miała o nich dużo do powiedzenia. Jako jedna z pierwszych w Polsce hodowała róże Queen Elizabeth, ostentacyjnie różowe i strzeliste, które wiele lat później stały się sławne i Queen Elizabeth otrzymała tytuł Róży Świata.
Obok pola różanego pani Ireny zawsze przechodziłem idąc na łąki w moich poszukiwaniach archeologicznych i dalej na drugą stronę szosy, gdzie były ciemne jeziorka obrośnięte olszyną i jasne polany. Mówiono, że był to specjalnie zaprojektowany przez pana Lilpopa teren do małych polowań. Oprócz dzikich kaczek żyły tam bażanty, których przodkowie ponoć wyzwolili się z bażanciarni słynnego myśliwego, jednego z założycieli Podkowy Leśnej.
Gdy wracałem, szła za mną woń zgniłych oczek wodnych, która znikała, gdy znów mijałem pole róż, o ile był to czas ich kwitnienia.
Zapomniałbym dodać, że dwa kroki od niego też znajdowały się bagienne jeziorka porośnięte po brzegach tatarakiem. Nieraz zakładałem wysokie kalosze, żeby dosięgnąć pałek, bo doskonale komponowały się w wazonach. O zapachu tataraku wszystko już napisał Iwaszkiewicz. Nie wspomniał tylko o jego wytryskach. Gdy pałki pękały, biały puch z wiatrem leciał i nieraz gęsto osiadał na różach pani Ireny. Dużo miała wtedy roboty z ich otrzepywaniem.

SIOSTRA
żywej duszy
ziemia
strzepnęła okruchy
pozmywała naczynia
wytarła ręce
odeszła
pusta jest droga
do Osady
i dom w Osadzie
pełnia jest pusta
przy budzie
pies wyjada
w ciemno bije skrzydłami
cień ćmy
jabłka rodzą się ślepe
ćmy
to my
Siostro
stoi różyczka
w czerwonym wieńcu
my się kłaniamy
a teraz płot
zardzewiały drut
mur z kolcami
żebyś
nie zbiegła im
dłoń z drutu
pieści twoje piersi
ja aktualnie przebywam
po praskiej stronie bytu
w bramie
między jej zębami
jestem swojakiem
mnie brama nie zje
i cisza w bramie stoi
kałuża w bramie
miasto mglisto
znikają ludzie
domy drzewa
mgła jest wszystkożerna
zjada światła dźwięki
mgła pochłania czas
do fiolki złapać by
tę dzisiejszą mgłę
zabrać do mieszkania
i karmić ją swoim
znikaniem
miasto
Mefisto?
gorzko gorzko
umpa umpa
gra muzyka
chłopcy biorą
zakręty
na deskorolkach
noc powoli
podbiera rzeczywistość
i ten wieczór na Pradze
łamie deskorolki
cicho cicho
gorzko gorzko
Siostra schizofrenia
patrzy na mnie z daleka
– daj mi swoje oko
– mówię – nie dam ci
oka bo to moje oko
– a ja nie jestem twój?
topór
i trach!
rozłupał jeden na dwa
ty Siostra
nie płacz
z taką szramą przecież
można żyć
można zamieszkać
w zamieszaniu
na stromiźnie
w szumie
a ty
podkładasz sobie
ogień pod głowę
budzisz się z czarną obwódką
na czole
w pokoju dzieciństwa
pełnym pokus
hokus
uśmiechnij się
bądź
smuteczkiem
ze szramą uśmiechu
matryca mówi:
można przecież
owce strzyc
zbierać owoce
pisać długą powieść
o zbieraniu owoców
i strzyżeniu owiec
macica mówi:
z wielkiego ptaka
wylatują małe ptaszki
z kontrabasu skrzypeczki
synkowie i córki
na ruinie rodziny
mości się rodzina
pieści się rodzina
na ruinie rodziny
piknikuje rodzina
a już nowa rodzina
na górę rodzin się wspina
szczyt
pachnie starcem
i niemowlakiem
sztuka powicia przewijania
i przemijania
widzisz
biało na mieście
śnieżkiem zawiało
ach nie
to rozżarzone do białości
wszystkie styki blachy
cegły
oczy białe i usta
i kości
z tej bieli
nie zjadę na sankach
bujasz mnie
Siostro nasenna
i sama sobie
zamykasz oczy
piszesz wiersz
jeżą się słowa
ty i ja
warczą
znaczą
moczem swoje terytoria
mieszkasz u Boga ojca
na dożywociu
Bóg ma cię pod ręką
i piszesz
że nie ma Boga
a Bóg czyta
i gasi światło
dobry Bóg ateistów
zsyła kroplówkę z nieba
wleczona przez korytarze
Siostro z innego świata
nanizana na igły
opasana
okaleczona zielonooka poetko
w czerwonym wieńcu
szorstka szczotka
powoli przesuwa się po mózgu
a woda jest ze stali
wielki dom wariatów
pełen
zbliża się do ciebie na paluszkach
szkło do twoich ust
lekarz w dyżurce stawia kabałę:
co było
co jest
co będzie
o czym nie wiesz
co być musi
co serce zaspokoi
ktoś idzie do ciebie
przez ciemności
to ziemia
wraca
pustką świeci
słyszę
wybuch kropli
tak poci się
róża
(z tomu Siostra, 2019)
PIOTR MITZNER