Sobota, 12 września
…Nagrodę dostała Kinga Skwira za tomik Zacznijcie beze mnie.
Wiersze na pozór oszczędne, enigmatyczne. Wiele się w nich dzieje między tytułem – często długim, czasem zapożyczonym, w sensie: zasłyszanym, przeczytanym – a tekstem wiersza, nieraz krótszym od tytułu. Są otwarte na różne możliwości. Bardzo sensualne, nie zamykają się w jakimś określonym związku, nie są ani jawnie homo- ani heteroseksualne, nie wspominając już o innych kombinacjach. A zarazem są programowo otwarte na czytelnika/czytelniczkę. Jak układanka czy model do składania. Właśnie: gdybym miał szukać literackich powinowactw tej oryginalnej poezji, powiedziałbym: powieść. A konkretnie Gra w klasy Cortázara. Także jako pewien projekt egzystencjalny. Stąd te harcerki, zawsze głodne, które „piszą listy zakupów / i chowają po grobach” albo „ogródki działkowe / nocne miejsca spotkań” (pamiętam spotkanie z Zofią Chądzyńską w empiku na Placu Zbawiciela, kiedy mówiła, że przychodzą do niej młodzi ludzie i opowiadają o tym, jak czytając tę powieść znajdowali w niej opisane swoje życiowe rytuały, a sam Cortázar, zadziwiony polskim sukcesem Gry w klasy, patrzył podejrzliwie na tłumaczkę, zastanawiając się, co ona tam takiego ponawypisywała). Poezja miasta i czułości. Zaproszenie do transgresji.
A zatem satysfakcja z dobrego wyboru. Wręczenie Kościelskich za 5 tygodni w Montricher.
Niedziela, 13 września
Wieczór u szkolnego kolegi moich synów, który akurat dziś, jak co miesiąc, urządza kolację dla krewnych i znajomych i zaprosił mnie, słysząc, że będę przejazdem w Bernie. Gotuje penne all’arrabbiata, każdy przynosi butelkę wina. Mieszka, że trudno lepiej: w samym środku starego miasta, vis-à-vis słynnej wieży zegarowej (Zytglogge), ze wspaniałym widokiem na nocną starówkę. Tuzin osób, głównie w wieku 40+, płci obojga. Tematy rozmów od wpływu sztucznej inteligencji na zawód montażysty filmowego (na razie raczej pomaga, ale ryzyko wyparcia człowieka teoretycznie istnieje), przez wyższość tradycyjnej medycyny kostarykańskiej nad wyrafinowaną szwajcarską czy dyskusje o ostatnio czytanych książkach, których w tym domu jest sporo, po nowy berneński zwyczaj party crushing, pojawiania się bez zaproszenia na prywatnych imprezach (ten, który tak się tutaj znalazł, zapytany, czy zdarzało mu się, że go wyrzucano, odparł z uśmiechem: „Nie pamiętam”). NIKT nie rozmawiał o polityce. A ja, siedząc wśród tych sympatycznych ludzi, miałem silne poczucie, że jestem w filmie Toma Tykwera. Bohater tego dziwnego filmu jest niby nieobecny, bo przebywa od dawna za granicą i nie wiadomo, kiedy wróci, a zarazem siedzi z nami, je penne, pije wodę i dużo mówi, nic jednak o polityce, choć skądinąd wiadomo, że się nią interesuje.
*
Ćpun i Głupek Mateusza Górniaka (Warszawa, CONVIVO, 2025). Pomysł może i dobry: osadzić współczesną Świętą Rodzinę, reprezentowaną przez tytułowego Ćpuna, jego młodocianą partnerkę, nomen omen Rybę, i ich znalezione w wiklinowym koszyku dziecko, nazywane Głupkiem, z którym uciekają do Egiptu – w środowisku młodzieżowego marginesu, ludzi żyjących z drobnych i większych kradzieży bądź przemytu, w świecie bongów i dopalaczy. Całość jednak rozpływa się w chaosie mixed metaphors i „odlecianych” wątków ubocznych. Może szkoda?
Poniedziałek, 14 września
M. przylatuje w południe i razem jedziemy pociągiem do Grindelwaldu. W hallu hotelu stare fotografie, przedstawiające holenderską następczynię tronu Julianę z malutką Beatrycze w roku 1939 – mam wrażenie, że na jednym ze zdjęć rozpoznaję Retingera (z tego okresu datuje się jego bliska znajomość z ks. Bernhardem).
*
W „NZZ” niemiecki historyk Ekkehard Kraft walczy ze stereotypem, wedle którego niewolnicy to byli ciemnoskórzy, których Europejczycy siłą transportowali do obu Ameryk, gdzie całymi stuleciami wykorzystywano ich jako przymusową siłę roboczą. „Ideologiczne konstrukty w rodzaju postkolonializmu czy krytycznej teorii ras, powiązane z obsesją Zachodu jako uniwersalnego chłopca do bicia, przyłożyły się do jego (tego stereotypu) umocnienia”. I proponuje odmienną optykę.
Instytucja niewolnictwa, znana już w starożytności, nie ograniczała się do obszaru transatlantyckiego ani do świata zachodniego. Na Półwyspie Arabskim wraz z powstawaniem imperium muzułmańskiego jeńcy wojenni mogli się wykupić, jeśli uznali nową władzę; gdy nie mieli pieniędzy, stawali się niewolnikami. Kwitnął też handel niewolnikami, których rezerwuarem była Europa Wschodnia. Uprawiali go najpierw Wikingowie, potem Genueńczycy i Wenecjanie. Od końca XV wieku chanat krymski co jakieś 10 lat urządzał polowania na ludzi, zapuszczając się na ziemie dzisiejszej Ukrainy i Polski. Od końca XV do połowy XVIII wieku porwano w ten sposób prawie dwa i pół miliona osób. Osmańskie haremy pełne były niewolnic z Europy Wschodniej, niejeden sułtan był synem niewolnicy. Rusinka, znana pod imieniem Roksolany, żona sułtana Sulejmana Wspaniałego, została przez niego wyzwolona i oficjalnie poślubiona. Inna, żona sułtana Ahmeda I, rządziła przez 10 lat jako regentka w imieniu jego syna Murada IV. Z niewolników wywodzili się również mamelucy i janczarowie. Osobny rozdział stanowiły polowania na europejskich niewolników, prowadzone na Morzu Śródziemnym przez piratów z takich miast północnej Afryki, jak Algier, Tunis czy Trypolis – trwały one aż do XIX wieku. Jeszcze dalej, bo aż do Islandii, zapędzali się w XVII wieku piraci z korsarskiej republiki Salé w Maroku.
Wtorek, 15 września
Dziś dzień realizacji właściwego powodu naszego przybycia do Grindelwaldu: tzw. Eiger Walk. Już dawno temu M. czytała zachwyty na temat tej trasy w „Guardianie” i w innych źródłach. Trudny, ale przyjemny spacer z widokiem na osławioną północną ścianę Eigeru, odbywany na pograniczu między szarym a zielonym, między piargami a kosodrzewiną. Trasa, którą przebywa się zwykle w czasie od dwóch do trzech godzin.
Rzeczywiście widoki wspaniałe. Pogoda też dopisała. Gorzej z kondycją. Żaden przewodnik nie wspominał, że najtrudniejszy jest ostatni odcinek, kiedy piechur jest już zmęczony: spadek robi się coraz bardziej stromy, w wielu miejscach trzeba się trzymać umocowanego wzdłuż trasy sznura. M. szła jak burza, ale ja gorzej. Wyprzedzający nas turyści (niekiedy rodacy) dzielili się tym, co mieli, wodą („z dzioba”), słodyczami, orzeszkami. Ale nie doszedłbym do końca, gdyby nie trzech aniołów, którzy mnie na ostatnim odcinku asekurowali i prowadzili. Robili to fachowo, bo jeden z nich jest fizjoterapeutą, dwaj sportowcami. Amerykanin Bob, Kanadyjczyk irlandzkiego pochodzenia Aidan i Francuz Simon.
Doszliśmy do cywilizacji po sześciu godzinach od startu…
Środa, 16 września
Dziś ulgowo, wycieczka, a właściwie spacer po wyżłobionym przez cofający się lodowiec wąwozie rzeczki Weisse Lütschine. Do cofania się lodowca przyczyniła się intensywna eksploatacja: bloki lodu przez całe dziesięciolecia rozsyłano stąd po całej Europie. Spektakularne widoki, świadczące o potędze żywiołu. A przy tym spokojna praca pająków, budujących sieci w zagłębieniach skał. Dobre miejsce na powrót do siebie.
Czwartek, 17 września
W „NZZ” Paul Jandl w artykule o tytule, zbudowanym na grze słów: Der richtige Mann für Mann. To pochwała grającego w filmie Pawlikowskiego główną rolę niemieckiego aktora Hannsa Zischlera. Zischler, który, nawiasem mówiąc, grał w dwóch wczesnych filmach Wima Wendersa, jest też pisarzem (książka Kafka idzie do kina wyszła po polsku w przekładzie Małgorzaty Łukasiewicz) i tłumaczem z francuskiego na niemiecki (np. traktatu Derridy o gramatologii). Jandl, który odwiedził go w Berlinie, opowiada ciekawe szczegóły, na przykład, że Godard, goszcząc u aktora, po kryjomu wyciął i zabrał ze sobą jedną stronę z książki pani de Staël De l’Allemagne, że Zischler zbiera papierki po pomarańczach i wkładane dawniej do książek karteczki z erratą. Takie hobby dobrze współbrzmi z podejściem Pawła Pawlikowskiego, który powiada, że jego Vaterland jest jak archiwum, że stara się archiwizować historię środkami filmowymi, ale też dosłownie reprodukuje oblicze czasu, a twarze jego statystów sprawiają wrażenie, jakby zostały wzięte z albumu z fotografiami z lat czterdziestych.
*
Nieprzypadki. Na odjezdnem wdajemy się w rozmowę z pracownikiem hotelowej recepcji. Wychowany w USA, z ojca Szwajcara i matki Brazylijki; pytamy, jak się tu znalazł. „Moja dziewczyna szukała dla mnie pracy. Wysłała siedem zapytań, dostałem zaproszenie do Grindelwaldu. Ojciec, jak się dowiedział, myślał, że sobie żartuję. Powiedział mi, że mój pradziadek odegrał główną rolę w budowie stacji kolejki na Jungfrau. Też nie chciałem wierzyć. Rok temu ojciec umarł, przeglądałem pozostawione dokumenty…”.
I rzeczywiście, zmarły w roku 1938 Fritz Ehrensperger, ceniony ekonomista (w Bibliotece Sejmowej w Warszawie jest jego książka o giełdzie paryskiej, Die Pariser Börse und die französischen Bankinstitute seit Ausbruch des Weltkrieges (1914-1925), był też prezesem rady nadzorczej i członkiem dyrekcji kolei Wengernalp-Grindelwald i kolejki na Jungfrau. Nic dziwnego, że dyrekcja hotelu spośród tysięcy zgłoszeń chętnych z całego świata wybrała właśnie pana Ehrenspergera.
Z kroniki budowy kolejki na Jungfrau wyjmuję zapis wykonanego 15 września 1894 roku, dokładnie 132 lata przed moim marszem wzdłuż masywu Eigeru, eksperymentu, który miał udowodnić, że pobyt na takiej wysokości nie jest dla ludzi szkodliwy: „Odpowiednio po sześciu do ośmiu tragarzy wniosło na wysokość 3750 m n.p.m. siedem osób w wieku od 10 do 70 lat, które poddały się temu eksperymentowi. Ponieważ ocena testu nie wykazała żadnych niekorzystnych objawów, uznano nieszkodliwość za udowodnioną” [1]. Zniesiony, potwierdzam.
Piątek, 18 września
Od wczoraj na kilka dni w Zurychu. Mieszkamy nad samym Limmatem, wszędzie stąd blisko.
Surowy Fraumünster, dawny klasztor benedyktynek, ze słynnymi witrażami sędziwego Chagalla i ciekawą kompozycją witrażową, której autorem jest Augusto Giacometti. Ale wszystko przebija średniowieczny fresk, przedstawiający Trójcę Świętą oraz patronów Zurychu, świętych Feliksa i Regułę wraz z ich sługą o cudnym imieniu Eksuperancjusz.

Potem Kunsthaus. Przede wszystkim chciałem pokazać Marii wystawę Hammershøia, którą oglądałem w lipcu, a potem ruszyliśmy na wędrówkę po stałej ekspozycji. Nie sposób choćby wyliczyć nazwisk malarzy, którzy szczególnie nam się podobali. Ale w tym dzienniku chciałbym wyróżnić jeden (znany mi już z wcześniej oglądanych wystaw tego malarza) temat, istniejący zresztą w kilku wariantach: Ferdinanda Hodlera Jezioro Lemańskie widziane z Chexbres (ok. 1905).
A to ze względu na punkt widzenia, który w kulturze polskiej ma swe osobne miejsce. W Chexbres, w prowadzonej przez malarza Richarda Aeschlimanna galerii Plexus, było przecież szwajcarskie centrum miłośników malarstwa Józefa Czapskiego. Warto mając w świeżej pamięci ten obraz Hodlera oglądać w niedawnej albumowej edycji wspomnień Aeschlimanna o polskim malarzu (Chwile dzielone z Czapskim) najpierw takie obrazy Aeschlimanna jak Po burzy czy Jezioro i góry oraz takie płótna Czapskiego z lat osiemdziesiątych, jak Jezioro Genewskie (Leman) czy Balkon nad Lemanem. Pasuje tu także znana Żółta chmura, nie przypadkiem przecież znalazła się ona na okładce katalogu wystawy Józef Czapski. Malarstwo ze zbiorów szwajcarskich w muzeach narodowych Krakowa, Poznania i Warszawy (1992).
A wieczorem znów Fraumünster, recital zespołu wokalnego Le buisson prospérant, pieśni do słów poetów, m. in. Samaina, cummingsa, Rilkego. Świetna młoda sopranistka Muriel Schwarz, warto zapamiętać to nazwisko.
Sobota, 19 września

Spacer nad Jeziorem Zuryskim. Koło alejki dla pieszych za drewnianym płotkiem drewniany pomniczek, rodzaj tumby z rzeźbionym słupem. Napis głosi: DRZEWO BOHATERÓW // WĘGRY 1956 // WIECZNA SŁAWA / BOHATEROM / CO UMARLI / ZA WOLNOŚĆ.
Potem główny punkt dzisiejszego programu: Museum Rietberg. Olbrzymia kolekcja dzieł sztuki i obiektów etnograficznych, przede wszystkim z Azji, ale też z Afryki i obu Ameryk. Znów nadmiar, nie sposób wymienić najciekawszych. Chiński koń z brązu z II wieku czy również chiński mityczny potwór z gliny z polewą ołowianą? Wapienny Budda przyszłości (Maitreja) czy brodaty Strażnik z gliny (VIII wiek). A może XVIII-wieczne puzderko z pięcioma nietoperzami? Etiopski dyptyk z XV w. (Matka Boska z Aniołami i św. Jerzy ze smokiem) czy drewniana płacząca tumba (Kongo, XIX w.)? Indonezyjska bogini miłości i namiętności, Rati, czy wysoki rzeźbiony słup nagrobny z Madagaskaru, o ileż bogatszy od słupa ku czci bohaterów Węgier? Mały amulet w formie groźnego wieloryba (z Alaski), czy wyrzeźbiony w kamieniu grzyb z Jukatanu? Zamyślona głowa Majów (datowana: 600-900) czy łyżka i naczynie z Peru, określone po prostu jako „bardzo stare”? A może bęben szczelinowy z Papui-Nowej Gwinei z przełomu XVIII/XIX wieku?
Niektóre obiekty wchodzą w dziwne interakcje. Drewniana postać kobieca z Indonezji (XIX wiek) ma usta z kilkoma dziurkami, jak gniazdko drukarki komputerowej. Podobnym ryjkiem (ale tylko z dwoma otworami) kończy się szwajcarska maska karnawałowa. Zaraz, co tu robi szwajcarska maska? Otóż jest ona częścią kolekcji ponad stu takich masek, głównie z przełomu XIX/XX wieku, zgromadzonych przez Eduarda barona von der Heydt, bankiera, kawalera maltańskiego i dyplomatę, założyciela kolonii artystów i naturystów Monte Verità (kanton Ticino), który w latach dwudziestych rozpoczął zbieranie dzieł sztuki dalekowschodniej i azjatyckiej, kierując się zasadą, że sztuka jest jedna (ars una). Zgromadził największy na świecie prywatny zbiór takich obiektów, który po wojnie ofiarował Zurychowi: tak powstało Museum Rietberg. W roku 2002, ze względu na ujawnione nazistowskie powiązania barona, pojawił się postulat nadania muzeum imienia – tu małe polonicum – urodzonego w Tuszynie pod Łodzią malarza Jankiela Adlera. Póki co wszakże w muzeum stoi nadal pomnik barona. A w otaczającym budynek parku obejrzeć można domek, w którym mieszkał Richard Wagner.

Powrót nad jeziorem – przedwieczorna marina, wody jeziora i góry kolorystycznie przypominają pejzaże Giovanniego Giacomettiego.
*
W „NZZ” omówienie dwóch nowych książeczek, poświęconych kulturowej historii ołówka. Obie noszą ten sam tytuł (Der Bleistift). Ponieważ autorem jednej z nich jest oplotkowany tu przed chwilą aktor Hanns Zischler (recenzent przywołuje oczywiście, a propos filmu o Mannie, rolę ołówka w uczuciowych perypetiach Castorpa z Kławdią Chauchat), obiecuję sobie wrócić do tematu po przeczytaniu obu utworów. Autorem drugiego jest Alexander Kluy.
Niedziela, 20 września
Przed powrotem do Polski wjeżdżamy kolejką zębatą (Polybahn) na wzgórze, gdzie sąsiadują ze sobą uniwersytet i słynna z liczby noblistów zuryska politechnika, ETH. Chcę pokazać Marii tablicę, pod którą niejeden raz składałem kwiaty – ufundowaną w roku 1932 ku czci profesora tej uczelni, prezydenta Gabriela Narutowicza. Trochę szukamy, bo dawniej była w Zakładzie Hydrogeologii; od roku 2016 wisi w gmachu głównym.
*
W księgarni na starówce wystawiono na sprzedaż rozmaite wydania Małego Księcia. Są wśród nich przekłady na różne szwajcarskie dialekty. Po bazylejsku będzie to Dr gläi Brinz, po berneńsku Der Chly Prinz, a w dialekcie kantonu Uri Dr Chlii Prinz.
Piątek, 25 września
Z książki Michała Potockiego Malta. Święci i diabły (Wołowiec, Czarne, 2026, numery stron w nawiasie) wypisy robię głównie numeryczne.
Zero (czyli elipsa). „Ksiądz co tydzień zbierał jajka od każdej rodziny należącej do parafii, sprzedawał je na targu, a zysk inwestował w budowę. Daniny te upamiętnia kościół skonstruowany na planie elipsy” (s. 39).
Jedna trzecia. „Istnieją szacunki, że w latach 1946-1996 wyemigrowała co trzecia osoba urodzona na Malcie” (s. 206-207).
Jeden. „1530-1798: cesarz Karol V przekazuje Maltę i Trypolis w lenno Zakonowi Świętego Jana (joannitom) w zamian oczekując opłaty w postaci jednego sokoła rocznie” (s. 15 – stąd pojęcie sokoła maltańskiego; por. s. 253).
Dwa. „Pośrodku każdej miejscowości, często na wzgórzu, stoi kościół. Na dwóch wieżach dwa zegary, z których jeden obowiązkowo pokazuje nieprawdziwą godzinę – żeby zmylić diabła” (s. 31).
Siedmiu. Trzech. Czterech. Jedną (dobrą godzinę). Jednego. Dwóch. Kilku. Trzeci. Minus półtora (= trzy półtony). „Na scenę w klubie w Furjanie wyszło ich siedmiu: trzech gitarzystów w galowych strojach (ciemne spodnie, białe koszule, czarne kamizelki) i czterech znacznie swobodniej ubranych wokalistów. Występ trwał dobrą godzinę i składał się z jednego utworu. Dwóch gitarzystów w monotonny sposób wybijało rytm przy użyciu kilku powtarzających się akordów. Trzeci, wiodący, dorzucał solówki między zwrotkami. Gitara prowadząca była nastrojona klasycznie, do E, za to towarzyszące, poza najgrubszą struną, miały strój obniżony o trzy półtony” (s. 286).
Osiem. „Osiem rogów krzyża maltańskiego w heraldyce symbolizuje osiem błogosławieństw z Kazania na Górze” (s. 112).
Czterdzieści. Korsarz Turgut Res „zanim poległ w Wielkim Oblężeniu, wielokrotnie plądrował wyspy, a w 1551 roku porwał niemal całą ludność Gozo, sześć tysięcy ludzi. Zgodził się uwolnić tylko czterdzieści osób, zbyt starych, by nadawali się na wioślarzy lub niewolników” (s. 197).
Pięćdziesiąt osiem. „Język maltański zna pięćdziesiąt osiem przysłów o ptakach” (s. 249).
Trzysta sześćdziesiąt pięć. „Jak to się stało, że kraj trzystu sześćdziesięciu pięciu kościołów – jak głosi znana z przewodników legenda – wprawdzie nie zalegalizował aborcji, ale nie miał problemu z małżeństwami jednopłciowymi” (s. 227).
Ile? „Schody prowadzące od sanktuarium w dół wiodą do innej groty, a w zasadzie krypty, wykutej w XVII wieku. Według przesądu, jeśli policzy się schody podczas schodzenia i wchodzenia, wyjdzie inna liczba” (s. 60).
*
Unabomber (2026) duńskiego reżysera Janusa Metza Pedersena. Dobrze zagrany, świetnie zmontowany (powiedziałbym nawet: skomponowany) film o namierzaniu Teda Kaczynskiego, pokazujący wyższość skrupulatnej analizy filologiczno-językoznawczej słynnego manifestu Unabombera nad tradycyjnym metodami opartymi na psychologicznych spekulacjach na temat domniemanego profilu sprawcy. Tragiczna postać młodszego brata, który stoi przed dylematem: czy ma wydać uwielbianego i podziwianego brata, którego idealistycznie motywowane próby zreformowania ludzkości wyrodziły się w akty terroru, uprawianego nieco na chybił-trafił. W tle Thoreau i jego Walden oraz Moby Dick. Tudzież złowrogi mechanizm eksperymentów psychologicznych, podejmowanych w myśl tezy, że każdego da się złamać. Może i się da, ale jakim kosztem, ale po co?
Wtorek, 29 września
Wpadła mi – nie tyle w ręce, co do skrzynki mailowej – w wersji z 3 lipca br. nowa, niedrukowana sztuka Wojciecha Tomczyka Senator (ma być zdaje się czytana w przyszłym miesiącu w Belwederze). Rzecz kameralna, na troje aktorów (Senator, czyli Nowosilcow, jego dobra dusza Zofia, i Jan Jankowski, były filareta, który przeszedł na służbę rosyjską), jest próbą pokazania sytuacji w Wilnie w roku 1829 z perspektywy Nikołaja Nowosilcowa, który u Jana zamawia sztukę, mającą stać się jego pomnikiem, a okazuje się w końcu, że najlepszy pomnik, w sensie uwiecznienia postaci, wystawił senatorowi emigrant Mickiewicz. Powiedzmy. Jako że od kilkunastu lat zajmuję się motywem zegara i mierzenia czasu w kulturze polskiej, zwróciłem uwagę na ten motyw, który odgrywa sporą rolę na początku sztuki. Nowosilcow rano po popijawie i grze w karty sięga do kamizelki i stwierdza, że „po zegarku został tylko łańcuszek”. A był to przyrząd nie byle jaki: „Ulubiony. Półksiężyc na tarczy świecił. Z brylancikami”. Senator zastanawia się: „Kto mógł ukraść zegarek?”. Zofia nie ma wątpliwości: „Z tego towarzystwa? Każdy jeden”. Zofia w końcu znajduje czy podrzuca zegarek, ale Senator oponuje, że to nie ten, bo nie ma półksiężyca z brylancikami (Zofia: „Zegarek jest zegarek”). Tak się ten motyw rozmienia na drobne i rozpływa w komentarzach na temat zapraszania do domu hołoty? Elity? Elity hołoty? (Ciekawe, jak te słowa, te skojarzenia, wybrzmią w czasie głośnego czytania).
Zegarek jest także w scenie, która stanowi dla sztuki Tomczyka punkt odniesienia, wręcz rację bytu, czyli w Balu u Senatora z Dziadów. Tam mowa jest o zegarku Doktora, który zatrzymał się na godzinie dwunastej, w czym Ksiądz Piotr widzi niechybną zapowiedź śmierci Doktora. U Mickiewicza motyw także gra tylko przez chwilę, do spełnienia się przepowiedni Księdza Piotra i śmierci Doktora od pioruna, ale ta chwila zostaje w pamięci. Doktor: „Mój indeks na dwunastej, na samym numerze / Stanął i na dwunastej sam indeksu nosek; / Żeby choć o sekundę ruszył, choć o włosek!”. Jest w tym obrazie cały dramatyzm tego momentu w życiu postaci, skądinąd wzorowanej na ojczymie Juliusza Słowackiego (nawet jeśli to obraz osobliwy z dzisiejszej perspektywy, kiedy słowo „indeks” w zegarkach odnosi się tylko do sposobu przedstawienia godzin na tarczy, owego „numeru”, a nie, jak za czasów poety, do wskazówki). „Sam indeksu nosek”, czubek wskazówki, jej „grot”, zlewa się tu z wyobrażeniem „strzałki piorunowej”, a przepowiednia znajduje spełnienie w obrazie pioruna, który ominął „dziesięć konduktorów” (piorunochronów), by trafić w srebrne ruble, leżące „u głów” Doktora.
Piątek, 2 października
Wczorajszy obiad w podkowiańskiej „Werandzie” z Henrykiem Wańkiem przypomniał mi o istnieniu jego książki Dziady berlińskie, wydanej w orwellowskim roku 1984 w drugim obiegu (Przedświt). Dziś sięgam na półkę i zaczynam czytać. Narrator budzi się w berlińskim hotelu z niejasnym poczuciem, że został okradziony. Z czego? Najpierw sądzi, że utracił to, „co nadaje sens chaosowi otaczających nas przedmiotów”. Potem strata się konkretyzuje: „Nie mogłem znaleźć zegarka, który jeszcze przed chwilą wskazywał czwartą po południu” (czy to nie onirycznie przesunięte o godzinę przypomnienie rozterki mickiewiczowskiego Doktora?). W recepcji zgłasza „tajemnicze zniknięcie zegarka”. Wychodzi z hotelu, czując się „podejrzanie lekko”. A zarazem zauważa, że: „w sposób co najmniej podejrzany, nagle, z powrotem na mojej ręce znalazł się zegarek, mniejsza już o to, czy ten sam, wskazując całkowicie niedorzeczny czas”.
A spotkaliśmy się z Henrykiem z powodu bliskiego także jemu wątku synchronicity, który wypatrzył w jednym z ostatnich odcinków Spod powieki i spytał, czy znam książkę Peata na ten temat. Nie znałem. On sam dostał egzemplarz, z okładką Andrzeja Dudzińskiego, od tego ostatniego, przywieziony z Nowego Jorku przez Marię Konwicką. Sumitował się, że książka rozpada się na strzępy, tak jest zaczytana przez kolejne osoby, dla których okazywała się ważna. Rzeczywiście, egzemplarz wygląda trochę jak powieść Sterne’a z biblioteki Gorkiego, zaczytana przez Szkłowskiego.
*
Henryk Waniek bawi się teraz w średniowiecznego czy renesansowego skrybę. Wyciągnął skądś stare, dwudziestoletnie płótno i wypisuje na nim litera po literze tekst, który był kluczowy dla hippisów, także polskich [2]. Desiderata. Tytuł owego manifestu jest oczywiście w liczbie mnogiej, jego polski odpowiednik brzmiałby „postulaty”. W chwili obecnej przesłanie urywa się na przestrodze: NIECH CI TO JEDNAK NIE ZA…

…SŁONI PRAWDZIWEJ CNOTY, dopowiadam ex post, zachwycony, że tekst rozrywa się tymczasem akurat w tym miejscu, niczym zasłona. A na szczycie prawej nogi sztalugi wisi przekornie, jak sygnatura, czapeczka malarza.
Marian Sworzeń, badacz kariery tego tekstu, pisze: „Dezyderata to utwór bardzo krótki. […] Składa się z dwudziestu kilku zdań, dłuższych i krótszych. Jego odczytanie zabiera niewiele ponad minutę. Te dwadzieścia kilka zdań okazują się jednak ważne dla kilkuset tysięcy, może nawet kilku milionów ludzi” [3].
Otóż, jak sądzę, – zważywszy udział ludzi z przeszłością hippisowską w „drugim obiegu” wydawniczym i potem w ruchu solidarnościowym – można zaryzykować twierdzenie, że jest pewien związek – ducha i formy – między stroniczką, na której spisano Desiderata, a listą 21 postulatów gdańskich stoczniowców w sierpniu roku 1980…
*
Skoro mój kardiolog zdiagnozował niedawno jakąś nietypową arytmię serca, sięgnąłem po Arytmię pamięci Agaty Tuszyńskiej (Kraków, WL, 2026). Jest to rodzaj luźnej autobiografii, widzianej fragmentarycznie poprzez przedmioty, połączonej z opisem własnego warsztatu twórczego, ze strzępami rodzinnej genealogii, z wybiórczym przypomnieniem napisanych książek, oraz z króciutkimi wspomnieniami o osobach zaprzyjaźnionych, głównie pisarkach i pisarzach.
Najbardziej interesująca wydała mi się ostatnia część książki, zatytułowana Kamyki. Wypisałem sobie zwięzły opis mózgu: „To, co w nas najważniejsze, wygląda jak zmięta kartka” (s. 378). I, choć to drobiazg, ale zbiegł mi się z cytowanym tu niedawno wierszem Piotra Matywieckiego o mieszkaniu w mieszkaniu po Tuwimie – jedno zdanie o powrocie z mężem, Henrykiem Dasko, do Polski: „Wspólne mieszkanie kupiliśmy pod tym samym warszawskim adresem na Wiejskiej, gdzie po powrocie z Ameryki osiadł Tuwim z żoną, adoptowaną córeczką Ewą i pieskiem Dżokiem” (s. 381). Lubię takie zbieżności.
Książkę zamyka Modlitwa przed udaniem się na spoczynek, fotografia kartki z hebrajskiego modlitewnika, na której leży jad, zakończony wskazującym palcem drążek do zaznaczania miejsca w czytanym tekście. Zainteresowało mnie, co podkreśla. Podwójna konsultacja, z zaprzyjaźnionym jerozolimskim ekspertem od spraw hebrajskich oraz z internetowym podpowiadaczem wykazała, że to faktycznie strona z modlitewnika (sidur) z tradycyjną modlitwą przed snem (Kriat Szma al ha-mita), a tekst zaczerpnięty jest z psalmu 128, w którym czytamy: „Żona twoja będzie jak płodny krzew winny w murach twojego domu, a synowie jak sadzonki oliwne wokół twojego domu”. Jad wskazuje na „sadzonki oliwne”.
W takim razie zacytuję jeszcze to zdanie z Arytmii pamięci: „Odległa tradycja słowiańska kazała chować zmarłych w sadach pod drzewami owocowymi. Dusza zmarłego wcielała się w drzewo albo zasiadała na nim w postaci ptaka” (s. 371).
To nie jest dobra książka.
To nie jest też zła książka.
Niedziela, 27 października
W Pabianicach na wystawie rzeźb (Abakanowicz, Chromego, Mitoraja, Szapocznikow) w ładnie utrzymanym Afloparku. Zwiedzamy też lokalne muzeum, mieszczące się w dawnym probostwie (kiedyś urzędował w tym miejscu Jan Długosz). I tu króluje Igor Mitoraj.
W skromnej, ale wartej obejrzenia ekspozycji stałej zaintrygowała mnie para anonimowych portretów. Kobieta z podwójnym sznurem pereł, w jasnej biedermeierowskiej sukni i mężczyzna w czarnym płaszczu, z bokobrodami i vatermörderami. Obok lewego łokcia kobiety, na wieku klawiatury, stoi partytura lub wyciąg fortepianowy z napisem: DIE SCHWEIZER FAMILIE // Oper / in 2 Aufzügen / Componiert / von Winter.

Owszem, była opera pod tym tytułem, niezwykle popularna, ale skomponował ją wiedeński kapelmistrz Joseph Weigl (1809) i w trzech, nie w dwóch odsłonach. Nieco wcześniej żył monachijski kapelmistrz Peter von Winter, autor wielu oper, z których bodaj najdłużej utrzymała się w repertuarze rzecz pod tytułem Das unterbrochene Opferfest.
Może jednak nie chodzi o żadnego z tych kapelmistrzów, tylko o portret podwójny pary Szwajcarów nazwiskiem Winter, a „dwie odsłony” to ich dwoje dzieci? Warto chyba poszperać w tym kierunku w okolicznych archiwach. Jak podaje Marek Andrzejewski, pod koniec XIX wieku była w Pabianicach liczna kolonia Szwajcarów, pracujących w zawodach, związanych z chemią, jak na przykład farbiarstwo[4]. Może w muzeum w Pabianicach wiszą portrety dziadków czy rodziców kogoś z tej kolonii?
Niedziela, 4 października
Villa La Fleur w Konstancinie, duża wystawa Meli Muter, malarki, która z czasem wyrosła na jedną z najważniejszych postaci w sztuce polskiej XX wieku. Jej życie, od narodzin jako Maria Melania Klingsland w roku 1876 w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej, przez ślub z krytykiem literackim Michałem Mutermilchem (1899) i narodziny jedynego syna Andrzeja (1900), wyjazd do Francji (Paryż, Bretania) w pierwszym roku nowego stulecia, wystawę indywidualną w warszawskiej Zachęcie (1907), pobyt we Florencji (1908), powrót do Paryża i Bretanii, wystawy indywidualne w Katalonii (Barcelona 1911, Girona 1914), rozwód z Mutermilchem i związek z francuskim intelektualistą lewicowym Raymondem Levebvre’em (nazywał ją „Marysia”), przejście na katolicyzm i kolejną wystawę w Zachęcie (1923), śmierć syna (1924), amitié amoureuse z Rilkem pod koniec jego życia, kolejne wystawy indywidualne w Paryżu (1926, 1927), odmowę przyjęcia Legii Honorowej (1937), wojnę spędzoną w Awinionie i pod Awinionem, okres zainteresowania nowoczesnym malarstwem religijnym, powojenną działalność pacyfistyczną, dużą retrospektywę w Paryżu (1953), życie w nędzy i zaniedbaniu, stopniową utratę wzroku i jego odzyskanie po operacji zaćmy (1965), spisywanie wspomnień, późny renesans: wystawy w Kolonii, Oslo i San Francisco, aż po śmierć w Paryżu w roku 1964 – to długa epopeja wzlotów i upadków, poszukiwań światopoglądowych i estetycznych, w niezwykle szerokim i różnorodnym kręgu znajomych i przyjaciół, a przede wszystkim czas szalonej pracowitości twórczej i płodności.
Wystawa w La Fleur wraz z towarzyszącym jej katalogiem daje temu wszystkiemu dobre świadectwo – poczynając od spraw technicznych. Bardzo dobre oświetlenie wszystkich prac ukośnym światłem od góry, które nie blikuje. Staranność w prezentacji wyjątkowo licznych u tej malarki, która często borykała się z niedostatkiem, obrazów podwójnych, malowanych po obu stronach blejtramu. Nie wszystkie rewersy udało się pokazać, ale zawsze są one odnotowane w opisie. Szczególny przypadek stanowi obraz podwójny, w którym jedno dzieło umieszczone jest w stosunku do drugiego „do góry nogami”. Na stronie recto: Matka z dziećmi, na stronie verso: Macierzyństwo na tle Awinionu. Pierwszy obraz datowany jest tentatywnie na lata 1957-1960, drugi na lata czterdzieste. Otóż przy drugim obrazie umieszczono lustro, które pokazuje, jak by wyglądał, gdyby całość obrócić. I co się okazuje? Malutka postać w geometrycznym centrum płótna, ów sięgający rączką do matczynej piersi osesek, odwrócony jest do widza tyłem i wygląda, jakby właśnie spadł z nieba, ku zdumieniu wyciągającego ku niemu ręce starszego chłopca. Rozpoznajemy w nich Dzieciątko i św. Jana Chrzciciela. Czyżby zatem nie chodziło tylko o oszczędność malarskiej materii, ale o świadomy zabieg artystyczny, eksperyment? Norwid pisał w Assuncie o „spojrzeniu ku Niebu”, ten obraz wygląda, jakby był malowany pod kątem „spojrzenia z Nieba”. Trzeba tu przypomnieć, że Mela Muter, uciekłszy przed Niemcami z Paryża, okres II wojny spędziła w Awinionie i okolicach. Od władz miasta, jak podaje katalog, „otrzymała niewielkie mieszkanie u stóp pałacu i ogrodów papieskich […]”. W tym czasie, od końca lat trzydziestych, powstaje wiele obrazów, wplatających motywy malarstwa religijnego w realia współczesne (dobry przykład to Ucieczka do Egiptu. Port rzeczny La Villette, 1938-1939, ze św. Józefem, który wygląda jak francuski robotnik, i z industrialnym tłem). Matki dzieciom zlewają się tu z Madonnami, zwykli obywatele w dwudziestowiecznych koszulach i bluzach uczestniczą w ceremonii Złożenia do Grobu, sacrum splata się z profanum.
*
Wyczytane w katalogu: „W latach 2006-2007, dzięki pośrednictwu Agaty Tuszyńskiej, która wówczas nosiła się z projektem napisania biografii Meli Muter i czytała archiwalia, zostały one uporządkowane i w takiej formie trafiły w roku 2007 do Archiwum Emigracji [w Toruniu] jako dar Liny i Bolesława Nawrockich” [5]. Ciekawe, że autorka Arytmii pamięci nic w tej książce na temat owego projektu biograficznego nie wspomina.
Wtorek, 6 października
Kolejne Seminarium Ovidianum w Krakowie, jego gwiazdą była Rebecca Menmuir (Oksford); wczoraj mówiła o średniowiecznych grach, w których wykorzystywano postać i legendę Owidiusza, a dziś o żywotach pośmiertnych wygnanego autora Metamorfoz, od średniowiecza po czasy nam współczesne. W dyskusji do listy polskich tekstów, zasługujących na włączenie do tej ostatniej konstelacji, Jacek Hajduk dorzucił wydaną w roku 2022 po angielsku książkę Nazo poeta Jacka Bocheńskiego (którego stulecie PEN Club będzie obchodził w najbliższy poniedziałek), a ja (online) wydaną w roku 2013 przez „Zeszyty Literackie”, wciąż czekającą na przekład, książkę poetycko-eseistyczną Tomasza Różyckiego Tomi. Notatki z miejsca postoju; rzecz złożona z 163 zapisków, spośród których przedostatni brzmi krótko, a buńczucznie: „Stolicą świata jest Tomi”. No, może nie Tomi, tylko Kożangródek – kto wie?
Czwartek, 8 października
Tzw. rękopis Wojnicza (Voynich manuscript) nadal pozostaje zagadką, ale artykuł w „Digital Medievalist” przynosi nowe, istotne ustalenia. Otóż po dokładnej analizie poszczególnych kart tekstu i ilustracji, a także drobnych śladów, jakie pigment zostawia na sąsiedniej stronie, Colin Layfield i Lisa Fagin Davis doszli do wniosku, że już w piętnastym wieku tekst został błędnie, w niewłaściwej kolejności zszyty i oprawiony. Ustalenie to ma pomóc chętnym we właściwym rozszyfrowaniu tego dokumentu.
*
Literackiego Nobla dostała kanadyjska poetka Anne Carlson. Z tej okazji „The New York Review of Books”, którego jest częstą autorką, przypomina jej wiersz Zoom, opublikowany w numerze z 20 sierpnia. Po wczorajszym szczepieniu (Covid) nie mam sił na porządny przekład, ale niech tu zostanie chociaż ta poetycka notatka:
Zoom
Czekając na rozmowę do której nie doszło
siedzę na tylnej werandzie z Frankiem
O’Harą (Zebrane) kiedy szczygieł
ląduje tuż koło mej głowy na poręczy werandy,
ląduje tak zgrabnie tak nagle i z wizgiem
w całej swej żółcącej się żółtości
naładowany po wręby
całą swą męskością
że powiew chłodu muska niespodziewanie mój lewy policzek,
chłód jak
słowo, na które nie mamy słowa
a może nawet mój lewy policzek jest przez chwilę
siny.
Piątek, 9 października
Rano na tarasie dywan kolorowych jesiennych liści. „Jackson Pollock”, mówi Maria. Oboje czujemy się świetnie, poszczepienne objawy minęły jak ręką odjął.

Taras
Wieczorem oglądamy, skądinąd całkiem niezły, film The Accountant (2015), w którym rolę istotnego rekwizytu odgrywa obraz Jacksona Pollocka. Czy to się nie nazywa synchronicity?

Kadr z filmu (fragment)
Sobota, 10 października
W Teatrze Narodowym premiera Orestei wedle (opartego na Ajschylosie) scenariusza Belga, Luka Percevala, i w jego reżyserii. Oszczędna, ale funkcjonalna i symboliczna scenografia Annelies Vanlaere:

szesnastostopniowa struktura, trochę mezopotamski ziggurat, trochę egipska piramida schodkowa, ale z drewna. Lekka i obrotowa, wystarczy dwóch ludzi, żeby ją wprawić w ruch. Metalowe pręty w narożnikach pozwalają się czasem aktorom zatrzymać, ale mają też w sobie element grozy, wszak ciągle tu mowa o rzeczach gwałtownych, jakie wyprawia się z ludzkim ciałem. Porywająca gra niewielkiego zespołu aktorskiego, z zapadającymi w pamięć rolami powściągliwej Hekuby (Danuta Stenka), tragicznej Kasandry (Karolina Staniec) i ekspresyjnej Elektry (Ewa Bukała) oraz masywnego Roberta Czerwińskiego, który wcielił się i w ojca (Agamemnona) i w syna (Orestesa). Kostiumy skromne, oszczędne: kobiety w cienkich sukienkach na ramiączkach, niemal półnagie, mężczyźni w grubych nieforemnych swetrach i, za przeproszeniem, gaciach. Wszyscy boso, nie na koturnach. Ale te bose stopy mocno wybijają hipnotyczny rytm.
Bogaty program, towarzyszący spektaklowi, obudowuje temat sztuki poetycką refleksją i uczonymi wywodami. Wśród autorów – samych profesorów i docentów (nawet Marguerite Yourcenar i Wisława Szymborska występują jako doctoressy honoris causa) – skromnie wypada magister praw Zbigniew Herbert, aczkolwiek to jego Hekabe otwiera program i przedostatnią strofą ustawia wysoki ton spektaklu: „Jej płeć starej kobiety zamknęła się na powrót i powróciła w zamierzchłe czasy dzieciństwa, ową epokę cudów, kiedy można było ożywiać każdy martwy przedmiot”.
Oresteja Luka Percevala została, jak się zdaje, pomyślna jako wezwanie do przerwania odwiecznego schematu dziedziczonej nienawiści i potrzeby zemsty. Problem w tym, że mimo najbardziej przekonujących uczonych wywodów nie ma łączności między opartymi na archaicznych przesądach tragicznymi nakazami, którymi kierowali się bohaterowie antycznych greckich sztuk, a tragediami współczesnego świata. Pozostaje wspólna podróż imaginacji w epokę cudów.
Poniedziałek, 12 października
Demolition (2015). Reżyserował Kanadyjczyk Jean-Marc Vallée, w roli głównej Jake Gyllenhaal (syn Żydówki i swedenborgianina). Dawno z taką przyjemnością nie oglądałem filmu fabularnego. Główny bohater mentalnie łączy w sobie Franza Kafkę i jego prozatorskie sobowtóry – z Bartlebym Melville’a. Dobry rytm, świetna ścieżka dźwiękowa. Totalna demolka.
JAN ZIELIŃSKI
[1] https://web.archive.org/web/20050114003527/http://www.swissrails.ch/portrait/bergbahnen/jb/jfb.htm
[2] Pisałem o tym w dzienniku 22 lipca 2024 roku, fragment ten ukazał się drukiem pt. „Wyspa” – możliwy przyczynek do genealogii tytułu pisma?, „Wyspa” 2024 nr 4.
[3] Marian Sworzeń, „Dezyderata”. Dzieje utworu, który stał się legendą. Poznań, Media Rodzina, 2004, s. 18.
[4] Por.: Marek Andrzejewski, Schweizer in Polen. Spuren der Geschichte eines Brückenschlages. Basel, Schwabe, 2002, s. 167-171.
[5] Mirosław A. Supruniuk, Archiwum Meli Muter. W: Mela Muter. Współodczuwanie świata. Katalog towarzyszący wystawie. Warszawa 2026, s. 122.