HOME
Andrzej Franaszek

Trwoga u bram wieczności

1. Tom poetycki Król Popiel i inne wiersze został opublikowany w maju roku 1962, a więc w chwili, gdy Czesław Miłosz już od kilkunastu miesięcy był wykładowcą Uniwersytetu Kalifornijskiego oraz mieszkańcem Berkeley, spektakularnie położonego nad Zatoką San Francisco. Książka nie jest jednak efektem zachłyśnięcia się przez poetę nową rzeczywistością w jej przyrodniczym, kulturowym czy społecznym wymiarze. Przeciwnie, można ją uznać za rozpisane na wiele utworów, głosów, a nawet czasów – pożegnanie z Europą. Lub bardziej jeszcze: za pomost przerzucony między dwoma kontynentami. Między z jednej strony wspomnieniem nie tylko Francji, w której pisarz spędził ostatnie dziesięciolecie, ale również kresów dawnej Rzeczypospolitej; z drugiej zaś kresami innymi: Kalifornią, ostatnim, niemożliwym już do przekroczenia przystankiem wędrujących ze wschodu na zachód amerykańskich osadników. Utwór łączący obie te przestrzenie, zatytułowany właśnie Kresy, sam poeta określi przy tym jako „wiersz o odradzaniu się, o zmienianiu skóry i rozpoczęciu życia na nowo”.

 

2. Gdy jesienią roku 1960 pakował walizki na podróż do Berkeley – która mogła być krótką eskapadą „za chlebem”, w biografii poety epizodem „gościnnego wykładowcy”, stała się zaś przeprowadzką na lat czterdzieści – miał Miłosz za sobą pracowitą dekadę. Od lutego roku 1951, kiedy to pisarz-uciekinier z komunistycznej Polski, a dokładniej: z jej paryskiej ambasady, znalazł schronienie w domu emigracyjnego miesięcznika „Kultura” w Maisons-Laffitte, kolejnymi publikacjami zdołał zapełnić sporą część bibliotecznej półki. W roku 1953 do czytelników trafił zbiór Światło dzienne, cztery lata później ukazał się opublikowany jako osobny tom Traktat poetycki. Także w 1953 roku Miłosz zdobywa międzynarodową nagrodę literacką za powieść Zdobycie władzy, czy raczej: La prise du pouvoir, gdyż to w przekładzie na francuski, autorstwa szwajcarskiej filozofki Jeanne Hersch, książka ta ukazała się wcześniej niż w oryginale. Dzięki powieści Miłosz znalazł odbiorców w kilku krajach, ale później do książki – mającej charakter raczej szkicu niż epopei, a ukazującej okupacyjną rzeczywistość polskiej stolicy, powstanie warszawskie oraz tytułowe przejęcie rządów przez komunistów nadciągających z Armią Czerwoną – poeta wracać będzie niechętnie. Uzna ją bowiem za sprawnie wykonane pisarskie zadanie, które pomogło mu przetrwać we Francji, a nie za wyraz przemożnej osobistej potrzeby. Inaczej rzecz się ma z kolejną powieścią, piękną, na poły autobiograficzną Doliną Issy (1955), której Miłosz przyzna rolę wręcz zbawienną, wspominając: „wydobyła mnie spośród abstrakcji”. Innymi słowy: leczyła z zaczadzenia ideologią, przywracała kontakt z niezbędną poecie materią świata. Była przy tym Issa zanurzeniem się w litewską przyrodę oraz w pamięć pisarza, traktatem metafizycznym, który ukazywał sakralność świata, stawiał pytania o obecność w tym świecie dobra i zła, wraz ze swymi bohaterami wątpił, choć nie odbierał do końca nadziei na obecność Boga, natomiast miał pewność obecności diabła.

W roku 1953 pisarz wydał także książkę eseistyczną, swoje przez lata najsłynniejsze dzieło – Zniewolony umysł. Ta próba analizy przyczyn, dla których intelektualiści Europy Środkowej nie tylko gremialnie nie odrzucili komunizmu, ale wręcz mu zawierzyli – stała się dla Miłosza najpierw przepustką do świata zachodnich elit, zwłaszcza tej ich części, która łączyła lewicowość z krytyką stalinowskiej Rosji, natomiast później – tak sam uważał – kulą u nogi. Bo w epoce kalifornijskiej, gdy dla Miłosza egzystencjalnie kluczowe stanie się bycie dostrzeżonym jako poeta, jego nazwisko amerykańscy czytelnicy nadal będą kojarzyć z literaturą „sowietologiczną”, a nawet – tak wspominała Susan Sontag – z „klejnotem w koronie” dzieł antykomunistycznych. Tymczasem zaś, w roku 1958 ukazały się Kontynenty, książka licząca pół tysiąca stron, zawierająca poetyckie przekłady – między innymi z Miltona, Walta Whitmana i Oskara Miłosza, artykuły publicystyczne, szkice poświęcone Czechowiczowi i Gałczyńskiemu, polemikę z Gombrowiczem czy programowy esej, a więc zwrócony do Kazimierza Wyki List półprywatny o poezji. Rok później Miłosz publikuje Rodzinną Europę, intelektualną biografię tak własną, jak niejednego podobnego mu wschodniego Europejczyka. Książkę podkreślającą, że Europa nie kończy się na linii Łaby, diagnozującą polską formę społeczną i kulturową, a przy tym łączącą lekkość i barwność narracji, nieraz żartobliwą anegdotę z wyższym poziomem refleksji. Sztandarowym przykładem jest tu przywołanie gimnazjalnych nauczycieli – łacinnika oraz katechety, którzy pod piórem Miłosza stają się reprezentantami dwóch filozoficznych postaw: oświeceniowej wiary w przyrodzoną człowiekowi, opartą na rozumie zdolność tworzenia dobra oraz ortodoksyjnie katolickiego przekonania o skażeniu ludzkiej natury, które uchylić może jedynie Boża łaska i podporządkowanie się religijnemu autorytetowi.

W kręgu kwestii zarówno filozoficznych, jak autobiograficznych sytuuje się także kolejna książka poety, poświęcony Stanisławowi Brzozowskiemu obszerny esej Człowiek wśród skorpionów, który co prawda został opublikowany w roku 1962, ale który Miłosz zaczął planować wcześniej. Przygotowywał się do pracy, o swoim bohaterze pisząc do Józefa Czapskiego, starszego od siebie przyjaciela, a zarazem „brzozowszczyka”: „Ani ja ani właściwie nikt z moich współczesnych […] nie zdawał sobie sprawy, że Polska wydała takiego pisarza. Gdyby Sartre go przeczytał, toby spalił się ze wstydu – Brzozowski jego problematykę przeżył o pół wieku wcześniej, tylko że uczciwiej i lepiej”. I dodając: „Nie wiedziałem o tym: a jednak byłem jakby synem duchowym Brzozowskiego”. Poetę do filozofa zbliżało to, że Brzozowski po oskarżeniu o współpracę z carską Ochraną stał się właśnie człowiekiem otoczonym przez skorpiony, ofiarą nagonki – podobnie jak Miłosz w pierwszych latach emigracyjnych. Podobieństwo intelektualnych wyborów, odmowa wpasowania się w jakikolwiek szablon, choćby łączenie lewicowości z wiarą religijną, co zdaniem pisarza musiało przynieść „życie tragiczne”. A wreszcie ukazanie przez autora Legendy Młodej Polski ludzkich jednostek na tle pozaludzkiego, niemego świata, przeciwko któremu człowiek wznosi gmach cywilizacji i kultury, co jest jednym z tematów także tomu Król Popiel…

Dodajmy do tego, że w latach pięćdziesiątych Miłosz systematycznie pisał pogadanki dla BBC oraz był tłumaczem. Z tej ostatniej perspektywy najważniejszą książką dziesięciolecia pozostaje opublikowany w 1958 roku Wybór pism Simone Weil, ale oprócz niego Miłosz przełożył także głośną książkę Raymonda Arona Opium intelektualistów (1956), co prawda nie zgadzając się z jej zasadniczą tezą, streszczoną przez polską wersję tytułu: Koniec wieku ideologii. Następnie zaś analizę alienacji człowieka w społeczeństwie przemysłowym, czyli publikację Daniela Bella Praca i jej gorycze (Kult wydajności w Ameryce) (1957) oraz zbiór szkiców wspomnianej już Jeanne Hersch Polityka i rzeczywistość (1957). Wybrał i przetłumaczył eseje składające się na antologię Kultura masowa, w roku 1959 proroczo przewidując, że gdyby Polska przestała być oddzielona od Zachodu komunistyczną cenzurą – „natychmiast zostałaby pochłonięta przez kulturę masową komercjalną”. Rok później, nieledwie w drodze na pokład transatlantyku, pisarz przygotuje jeszcze antologię Węgry, złożoną ze szkiców poświęconych tragedii roku 1956 oraz wierszy młodych poetów tego kraju.

Z takim dorobkiem Miłosz powinien stać się jedną z ważniejszych postaci rozgrywającego się w jego sąsiedztwie życia intelektualnego. Dla większości Francuzów pozostał jednak anonimowym emigrantem z nieznanych kresów kontynentu, a dla części elit tego kraju, zafascynowanych kolejnymi wcieleniami komunistycznej utopii – „reakcjonistą”. I chyba nawet dla najbliższego sobie zachodniego środowiska, a więc dla Kongresu Wolności Kultury, skupiającego antystalinowskich ludzi lewicy – powoli przestawał być tą najjaśniejszą gwiazdą, jaką został jako antyprawicowy uciekinier z sowietyzowanej Polski oraz autor Zniewolonego umysłu.

W planie osobistym lata pięćdziesiąte były dekadą rozłąki i połączenia. Po tym, jak Miłosz „wybrał wolność” we Francji, władze amerykańskie konsekwentnie odmawiały mu wizy, widząc w nim jedynie – nie bez podpowiedzi ze strony niektórych polskich emigrantów – byłego pracownika waszyngtońskiej ambasady Polski Ludowej, który ponownie wpuszczony do Stanów mógłby się stać komunistycznym propagandzistą. Tak więc poeta, chcący spełnić rolę dokładnie odwrotną, przez dwa i pół roku utrzymywał z żoną kontakt jedynie listowny, aż wreszcie to Janina Miłosz zdecydowała się na przyjazd do Europy. Mający dwóch synów Miłoszowie mieszkali w kolejnych francuskich miasteczkach, a konieczność utrzymania rodziny była jedną z przyczyn, choć zdecydowanie nie jedyną, pracowitości pisarza. Wraz z mijającymi latami czuł przecież autor Światła dziennego, że zarabianie na życie jest coraz trudniejsze, a Europa, Francja i Polska po przełomie „odwilży” z połowy lat pięćdziesiątych stają się jakby mniej ciekawe, zmierzając w stronę tego, co przyjęło się w polskiej kulturze nazywać „naszą małą stabilizacją” lat sześćdziesiątych. W tej perspektywie traciła na sile jego niechęć do Ameryki, gdy więc jeden z najlepszych uniwersytetów tego kraju zaproponował mu gościnne wykłady i pomógł w uzyskaniu wizy, Miłosz zdecydował się, by wraz z rodziną po raz drugi w życiu wyruszyć za ocean. Do swego bagażu włożył także wiersze, które złożą się na tom Król Popiel…

 

 

3. W przedmowie do wyboru pism swej przyjaciółki Jeanne Hersch przekonywał Miłosz, że „filozof nie jest dzisiaj samotnikiem w swoim gabinecie. Walki pomiędzy ludźmi obchodzą go i powinny obchodzić. To właśnie mówi każde zdanie autorki, a zwłaszcza rozdziały o konieczności naszego udziału w polityce”. On sam uważał dokładnie tak samo, już zresztą od lat trzydziestych, gdy pisał wiersz Siena i zabraniał sobie estetycznego eskapizmu. Do pasma utworów, będących konsekwencją takiej postawy, nowy tom dokładał jeszcze jeden „włoski” utwór, zatytułowany W Mediolanie, także napomykający o konieczności odrzucenia estetyki, jakiej wyrazicielem był niegdyś Jarosław Iwaszkiewicz, autor zaszyfrowanych w tekście Miłosza wierszy Wieczór późnej jesieni na polach pod Sieną oraz Świątynia w Segeście.

Zasadniczą osią utworu jest jednak rozmowa z jesieni roku 1955, jaką w cieniu mediolańskiej katedry odbył Miłosz, gość konferencji zorganizowanej przez Kongres Wolności Kultury, z innym spośród jej uczestników, Dwightem Macdonaldem, amerykańskim publicystą, założycielem pisma „politics”, które poeta czytywał jeszcze jako attaché kulturalny w Waszyngtonie. W tym dialogu, odpowiadając na zarzut zbytniego upolitycznienia, bohater wiersza, a raczej po prostu autor Traktatu moralnego wyznaje, że tak naprawdę, owszem, chciałby pozostać „poetą pięciu zmysłów”, ale świadomie odrzuca tę pokusę. Dalszy ciąg utworu, a więc ukazanie fabryki maszyn do pisania jako miejsca odbierającego godność ludzkiej jednostce, sprowadzającego ją do roli trybika w produkcyjnej maszynerii – grzeszy chyba pychą intelektualisty, przekonanego, iż dobrze wie, jak powinno wyglądać szczęśliwe życie innych ludzi. Na przykład robotników koncernu Olivetti, którzy w ubogich Włoszech zapewne bardziej cieszyli się ze stałej pracy, niż boleli nad tym, że wykonując na poły mechaniczne czynności przy taśmie montażowej, nie są spadkobiercami choćby artystów średniowiecznej Sieny. Niemniej jednak wiersz ten, podobnie jak setki linijek i stron zapisanych przez poetę, jest dowodem człowieczeństwa wysokiej próby, konsekwencją – jak to znacznie później nazwie Zbigniew Herbert – wzięcia „na chude barki spraw publicznych”, a więc „walki z tyranią kłamstwem”, oraz podporządkowania swej twórczości – „zapisom cierpienia”.

A przecież, gdy porównamy tom Król Popiel… ze Światłem dziennym – musimy zauważyć, że wierszy wprost „politycznych” w późniejszym z tych dwóch zbiorów prawie nie ma. Sam Miłosz mówił Renacie Gorczyńskiej: „Po napisaniu Traktatu poetyckiego zaczęło mi się coś otwierać. Wróciłem do poezji”, a dobrym przykładem tego stanu jest utwór o tytule Co było wielkie. Dedykacja dla poety Aleksandra Wata i jego żony Pauliny, zwanej Olą, a więc dla małżeństwa na różne, w tym skrajnie dramatyczne sposoby związanego z komunistyczną utopią oraz polsko-rosyjską, krwawą historią połowy XX wieku, podpowiada, że to, co odsłoniło swą małość, co już „więcej nie poraża” – to właśnie ideologia. Faustyczne pragnienie przemiany świata, będące przyczyną masowych zbrodni. We wczesnych latach pięćdziesiątych sam Miłosz był „porażony” tym, co zdało mu się skażone złem, ale jednak „wielkie” – teraz zapisuje chwilę wyzwolenia, wagarów, podczas których znów może „jak dawno, dawno” – „puszczać łódki z kory”. A robi to być może ze swymi synami, na pewno zaś „rozciągnięty w trawie”, „na brzegu rzeki”. Ta ostatnia fraza, która dziesięciolecia później zostanie nawet tytułem tomu wierszy, przypomina nie tylko o sielskim dzieciństwie, ale także o refleksji filozoficznej, której jednym z tematów jest oczywiście czas, płynący niczym rzeka.

 

4. Wiele spośród wierszy Króla Popiela… to utwory, które – z braku lepszej – można opatrzyć właśnie etykietą „filozoficznych”. Czy zatem istnieją uniwersalia, na przykład idea „sroczości”, czy tylko niezliczone pojedyncze sroki, a zarazem, czy istnieje ponadjednostkowa człowiecza „natura”? Tak pyta samego siebie bohater wiersza Sroczość, latami – „ten sam i nie ten sam” – spacerując po lesie, a właściwie, bądźmy precyzyjni, po nieodległym od Paryża – Forêt de Sénart. Czym lub też kim jest ptak – tak różny od nazw, jakimi próbują go pochwycić języki, on, ta wielobarwna cząstka kontinuum istnienia? Co mnie z nim łączy, czy jest to erotyczna ekstaza wspólna wszystkiemu, co żyje? Tak zastanawia się z kolei bohater Ody do ptaka, która mogłaby się dziś spodobać Małgorzacie Lebdzie, Urszuli Zajączkowskiej albo Stanisławowi Kalinie Jaglarzowi.

W jakim stopniu – to kwestia zawarta w utworze Nauki – stanowię byt pojedynczy, wolny, sam siebie kształtujący, w jakim zaś formują mnie niezliczone pokolenia przodków? Innymi słowy – gdyby raz jeszcze przywołać Herberta – „kto pisał nasze twarze”, „po kim mam podwójny podbródek”, „gdy cała moja dusza / wzdychała do ascezy”? Czy jestem nieuchronnie wprzęgnięty w ludzki łańcuch, co oznacza zresztą, że nie tylko ja, tu i teraz – jak by osądził Mircea Eliade – powtarzam to, co nazwano grzechem pierworodnym, ale i oni, pierwsi rodzice, nie tylko ze swoją, lecz i „z moją winą” – „depczą osę pod rajską jabłonią”? Albo: kim jest świetlik, robaczek świętojański, który zapewne „Nie wie że świeci / Nie wie że lata / Nie wie że jest tym a nie innym”, ale także: kim jestem ja, patrzący na niego, w tej chwili na progu pięćdziesiątki, gdy „coraz częściej z otwartymi ustami / Z gasnącym papierosem Gauloise / Nad szklanką czerwonego wina, / Myślę o tym co znaczy być tym a nie innym”. I wiem już teraz – mówi mężczyzna z wiersza Co znaczy – że nie spełnią się młodzieńcze rojenia, nie będę wszystkim i każdym, prędzej już pisane jest mi „miasteczko w którym urzędnik poczty upija się co dzień / Z żalu że jest tożsamy tylko ze sobą”. A przecież takie właśnie ograniczenie dławiło bohatera Doliny Issy, który – ambasador autora – wykrzykiwał: „Za mało! Żyć to za mało! […] Nie tak! Przeciwko temu, że ziemia jest ziemia, niebo jest niebo i nic więcej. Przeciwko granicom, jakie zakreśliła nam natura. Przeciwko konieczności, przez którą ja jest zawsze ja”.

Może zatem człowieka określa tęsknota do uczestnictwa w całości tego, co żyje, roztopienia się w Powszechnym, podczas gdy dar rozumu, spadek po pierwszych rodzicach, „poszczególne istnienie” – „odbiera nam światło”? Fraza pochodzi z wiersza poświęconego Heraklitowi, którego postać na tyle w owym czasie frapowała poetę, by poświęcił mu również esej i z pomocą Stanisława Vincenza tłumaczył zachowane ułomki jego pism, odnajdując w nich bliską sobie formułę: „suchy płomień to dusza najmądrzejsza i najlepsza”. Według Seneki, kiedy Heraklit „chodził po mieście i widział dokoła siebie tylu ludzi […] pędzących ku swojej zgubie, litował się nad wszystkimi”. Miłosz zaś do lamentu filozofa nad istotami poddanymi czasowi, „schwytanymi przez płynność”, której symbol stanowi niemające jednego kształtu morze, dopisuje cząstki tej płynności, obrazy zaczerpnięte z kolejnych stuleci – od strof poematu o Orlandzie szalonym aż do czerwonych ust radiotelegrafistki z sowieckiej łodzi podwodnej.

Rozmyślając dalej… Czy z nurtu przemian, jakim jest istnienie, zostanę w chwili śmierci uwolniony, zachowując jednostkowość? A zatem: czy posiadam duszę, to „ziarno bez rdzy”, do którego tęskniła niegdyś bohaterka Miłoszowej Pieśni? Pytanie stanowi sedno znakomitych Rozmów na Wielkanoc 1620 roku, w których polski szlachcic odpiera diabelskie, mające go zarazić zwątpieniem i rozpaczą ataki, ucieka się pod opiekę Maryi, zachowuje naiwną, ale zbawienną wiarę, iż mimo wszystkich jego grzechów Boża łaska sprawi, że zakończywszy ziemski żywot, raz jeszcze: „dzieckiem pobiegnę w świetle do ogrodu”. Jest ten wiersz jakby zapowiedzią Dzwonów w zimie, a więc ostatniej części poematu Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada, który powstanie w latach siedemdziesiątych. Do obu zaś utworów można odnieść komentarz Miłosza: „nie jestem autorem wierszy historycznych, odtwarzających pewną epokę. Poeta wyraźnie identyfikuje się z tym szlachcicem”.

O identyfikację autora i bohatera każe pytać jeszcze inny utwór z tomu Król Popiel…, wiersz zatytułowany Mistrz. Spowiedź kompozytora, który ma prawo powiedzieć, że jego utwory wywyższają człowieka ponad wszystkie ułomności, że ich słuchacze zostają na chwilę przywróceni niewinnym i olśniewającym „rankom dzieciństwa”. Ale z drugiej strony „nikt nie wie, jak płaciłem”, artystyczny dar okupiony jest – niczym w Doktorze Faustusie Tomasza Manna – wyrzeczeniem, samotnością, wreszcie – okrucieństwem. „Co z mego zła powstało, to tylko prawdziwe” – mówi bohater wiersza, poprzez linie którego zdaje się prześwitywać osobista historia Miłosza, porzucona miłość z lat studenckich, która okazała się mniej ważna od artystycznego powołania. Postać ówczesnej ukochanej z całą mocą nawiedzi poetę znacznie później, ale Mistrz podpowiada, że zbliżając się do pięćdziesiątki, pisarz zaczął wkraczać nie tylko w moment błogosławionego „zmieniania skóry”, ale także w czas rozliczeń z samym sobą. Jest to przecież wiek stosowny do rachunku sumienia. Także dla tych z nas, którzy nie są poetami.

O tym, co Miłosz niósł w sobie, zwykle nie odsłaniając, daje wyobrażenie Album snów, gdzie zresztą raz jeszcze pojawi się postać kogoś na zawsze odebranego, możliwego do spotkania jedynie we śnie: „Stała przede mną w sukni szafranowej / niezmienna, witająca mnie uśmiechem bez jednej łzy czasu”. Choć autor Ocalenia nie stał się poetą wojennej traumy, jakim był na przykład Tadeusz Różewicz, to cykl zapisów z Króla Popiela… ukazuje jednoznacznie bolesny ciąg scen: rozstanie, wygnanie, aresztowanie, przesiedlenia, dom podpalany przez żołnierzy, płacz kobiety daremnie błagającej o coś „oficera w kamiennym płaszczu”. Nie chcę powiedzieć, że odtwarza tu pisarz wydarzenia, których był świadkiem, wskazuję jedynie aurę snów, prawie zawsze będących koszmarami, niezależnie od tego, czy rozgrywają się w scenerii XX stulecia, czy przywołują obrazy dantejskiej wędrówki w mrok, czy wreszcie chwile baśniowe, także kończące się porażką i zniewoleniem. Wreszcie: śniącego nawiedzają duchy, są wśród nich może ci, których niegdyś gościł wiersz Spotkanie, na pewno zaś zmarły jesienią 1959 roku ojciec poety, pojawiający się taki, jaki był dla dziecka: „młody, piękny, ukochany”.

Jeśli w zbiorze Król Popiel… odnajdziemy zapis „szczęścia”, to w wierszu o tym właśnie tytule, który jednak powstał w roku 1948 i który jest nie dokumentem chwili, lecz opisem obrazu, być może Claude’a Lorraina, oglądanego przez Miłosza w którymś z nowojorskich czy waszyngtońskich muzeów. I dodam jeszcze, że do tych poetyckich śladów pasuje fragment listu pisarza, wysłanego latem roku 1960. Adresatowi, był nim zaś nie kto inny jak Aleksander Wat, zwierzał się wtedy autor Poematu o czasie zastygłym, że robiąc życiowy bilans, musi stwierdzić, iż nie znajduje „oparcia w tym, co się zrobiło”, a więc w swym dotychczasowym dziele, że jest „przerażony”, jak już „długo żyje”, że gdy budzi się nad ranem, czeka nań „trwoga u bram wieczności”.

 

5. W liście – napisanym podczas wakacji spędzanych z rodziną w miasteczku Pornic nad Atlantykiem – dodaje także Miłosz pełne zwątpienia słowa dotyczące poetyckiej twórczości: „i tak na darmo, i tak nic się nie wyrazi”. Z ich pomocą można by streścić kolejny temat zbioru Król Popiel…

Porusza go znany wiersz Nie więcej, skądinąd także odwołujący się do obrazu – tym razem Carpaccia. Inną zupełnie kwestią jest fakt, że płótno będące punktem wyjścia dla poetyckiej wizji nie przedstawia „weneckich kurtyzan”, raczej jedne z najbogatszych mieszkanek tego miasta. A w dodatku zostało niegdyś rozcięte na pół, tak więc do części dolnej, którą Miłosz zapamiętał ze swej jeszcze przedwojennej wizyty w Wenecji lub może raczej z jakiegoś albumu, już jako Kalifornijczyk poeta mógłby dopasować część górną, przedstawiającą polowanie na kormorany, w którym na weneckiej lagunie biorą udział mężowie znudzonych dam. Ta górna część znajduje się bowiem w muzeum w Los Angeles. To jednak temat do innego eseju, kwestią zasadniczą jest w tej chwili ułomność języka. Bo choć Miłosz, mówiąc o niemożności opisania wybranej sceny, zarazem ją opisuje, przesłanie utworu jest boleśnie ironiczne: „Z opornej materii / Co da się zebrać? Nic, najwyżej piękno”. Niepowtarzalny, całkowicie jedyny byt dotknięty słowem zamienia się w abstrakcję, ogólne pojęcie, Miłoszowi zaś nie wystarcza – tak lekceważąco potraktowane – „piękno”. Mówił o tym Gorczyńskiej, deklarując: „jestem z przekonań realistą. To znaczy prowadzę walkę o uchwycenie jakiegoś fragmentu rzeczywistości”. Nie chcę świata stworzonego melodią słów, produkującą metafory wyobraźnią, do którego dążyli Stéphane Mallarmé albo Julian Przyboś, pragnę „przygwoździć chwilę”, uchwycić coś, „co się rzeczywiście działo”. Potrzeba ta – wyjaśnia dalej Miłosz – wynika z czułości wobec ludzi, także już nieżyjących, którym chciałbym ofiarować takie przekroczenie śmierci, do jakiego zdolna jest sztuka. A zatem odrzucam ogólniki, od każdego wiersza żądam – ten wspaniały okrzyk pochodzi już z innej, powstałej w 1959 roku wypowiedzi Miłosza – „Ciała! Mięsa! Rzeczywistości!”.

Do konkretu potrafi nas nieco zbliżyć odpowiednie słowo, choćby wtedy, gdy zamiast „gruszki” przywołam „cukrówkę” lub „sapieżankę”, z nimi zaś „kąt ogrodu, / złuszczoną białą farbę drewnianych okiennic, / krzak dereniu i szelest przeminionych ludzi”. Czytając te linie, chce się przypomnieć podobne słowa innego artysty: „wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna i lilie wodne z Vivonne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty”. Ale polski poeta nie ma wiary Prousta w siłę artystycznej ewokacji, raczej odczuwa raz za razem, że poniósł klęskę, a od kosztowanej w dzieciństwie gruszki dzieli go niemożliwa do przekroczenia przepaść czasu i przestrzeni.

 

6. Choć zdecydowanie nie to było powodem, dla którego Miłoszowie latem 1960 roku wybrali się do Pornic, to jednak w podróży tej krył się symboliczny potencjał, gdyż prawie sto dwadzieścia lat wcześniej miasteczko, wtedy raczej rybacką wioskę – odwiedził Juliusz Słowacki. Po to, by morskimi kąpielami oraz powietrzem podreperować zdrowie, ale bodaj również dlatego, że skalisty skrawek lądu patrzący w bezmiar oceanu jawił się poecie jako świat pierwotny, taki, jaki – zgodnie z filozofią genezyjską romantycznego artysty – był u swego zarania. Właśnie w Pornic napisał Słowacki Genezis z Ducha, poemat prozą, który otwierają słowa:

 

Na skałach Oceanowych postawiłeś mię, Boże, abym przypomniał wiekowe dzieje ducha mojego […] duch mój przed początkiem stworzenia był w Słowie, a Słowo było w Tobie – a jam był w Słowie.

A my duchy słowa zażądaliśmy kształtów i natychmiast widzialnymi uczyniłeś nas, Panie, pozwoliwszy, iżeśmy sami z siebie z woli naszej i z miłości naszej wywiedli pierwsze kształty…

 

Tak więc każda cząstka rzeczywistości stworzona jest „przez Ducha i dla Ducha”, nic zaś „dla cielesnego celu nie istnieje”. Była to myślowa propozycja gruntownie obca Miłoszowi, który zresztą od Słowackiego zawsze stronił, wybierał dykcję Mickiewicza, teraz zaś – przyglądając się pracy rybaków w Pornic – ironizował: „Nie duch wieczny rewolucjonista, Lucifer, / Wije się w przebitym zębatą ością węgorzu”, nie ma bowiem reinkarnacji, „wcieleń”, a „martwy morski pająk / Jest tylko tym, czym jest”. My, ludzie, pozostajemy „samotni z naszymi dębowymi skrzyniami, / Luidorem i wstążką, i farbką do ust”, oddzieleni świadomością od pozaludzkiego świata.

A jednak wiersz zwrócony do Słowackiego kończył poeta gestem wziętym z Dziadów, czy może z własnego, litewskiego dzieciństwa, ofiarowaniem duchowi poety ziemskiego pokarmu: „masz, daję tobie tę szklankę koniaku”. I ta postawa, w której czułość równoważona jest delikatną ironią, określa bodaj wszystkie wiersze ze wspaniałego cyklu Kroniki miasteczka Pornic. Cyklu opowiadającego historie zaczerpnięte z poświęconych temu regionowi książek, a zarazem przekraczającego relację, by odsłonić bolesne czy tragiczne pasma ludzkich losów. Choćby losu polskiego oficera nazwiskiem Makowski, który niegdyś, nudząc się na lekcji poświęconej Genezis z Ducha, nie mógł przewidzieć, że ostatnią stacją jego krótkiego życia będzie cmentarz w Pornic.

Podobny ton możemy odnaleźć w wierszu Ballada, którego bohaterką jest – wyobrażona przez poetę – matka Tadeusza Gajcego, siedząca przy grobie i rozmawiająca z nieżyjącym synem, podczas gdy wokół niej huczy życie nowe, inni już młodzi biegną za tramwajem, który zawiezie ich do centrum odbudowanej Warszawy. Pospieszne i chutliwe nowe życie miało się zresztą dobrze także we Wrocławiu roku 1949, z tej bowiem chwili Miłosz zapamiętał hotelowy Pokój, w którym romans łączy ekspedientkę „z państwowych sklepów” i mężczyznę w delegacji, choć tak blisko nich leżą „strzaskane płyty”, może żydowskiego cmentarza.

 

7. W wierszach powstających pod koniec lat pięćdziesiątych zwracał się Miłosz także w głąb siebie, a dokładniej – swej na poły mitologicznej genealogii. Czy raczej, ostrożniej: genealogii polskiej. Tak zatem – niespodziewanie daleko wychodząc poza litewski matecznik – zmierza poeta w stronę Popiela, który co prawda nie jest w jego wierszu, jak u Słowackiego w rapsodzie Króla-Ducha: „w zamku cedrowym nad gopłową wodą” – „najpierwszym złotym wojewodą”. Ot, skromny władca, lokalny „królik”, „który miał w skarbcu trzy monety Gotów”, toczył zażarte walki o „czółna drążone w pniu lipy / I o bobrowe skórki”. A przecież staje się on archetypem powtarzanym w kolejnych stuleciach, które znaczą nazwiska Galileusza, Newtona i Einsteina. Popiel „odszedł, / Gdzie, nie wiadomo”, wkraczając w przestrzeń mitu, by tam istnieć już na zawsze.

Choć same w sobie nie należą do największych osiągnięć poety, wiersze Król Popiel, Powinien, nie powinien, Z chłopa królNa ścięcie damy dworu zagłębiają się w przestrzenie trudne do wyrażenia, ukryte w podświadomości, dla których nazwania należałoby mieć inwencję Wyki, piszącego o „młakach i wywierzyskach” twórczości Miłosza. Treści zaczerpnięte z podziemnych źródeł tworzą przecież wyrazisty gest, który sam poeta określi jako „antyzachodni”. Oto więc kulturze Francji, a potem kalifornijskiego kampusu autor Króla Popiela przeciwstawia słowiańską przaśność, sad pachnący gnijącymi jabłkami, bełkotliwość formy, kompleksy i resentymenty prostaka, który zrządzeniem losu przeniesiony został w niegdyś niedostępne mu rejony. Tego rodzaju postawa zwykle była Miłoszowi obca, inaczej niż Gombrowicza – nie fascynowała go ani niedojrzałość, ani sarmacka barokowość, może jednak do takich właśnie antenatów musiał się odwołać, by obronić siebie w konfrontacji z „marmurowymi schodami” biblioteki w Berkeley. Podobnie jak dekadę wcześniej, gdy wobec polskich emigrantów wykonywał na pozór samobójczy gest – nie prosząc ich o zrozumienie, lecz ostentacyjnie krytykując, prowokując do ataku.

 

8. I tak docieramy do Kalifornii, na drugi przyczółek poetyckiego mostu. Kresy – jak już wspominałem – ukazują punkt dojścia, miejsce, w którym wędrowiec przecinający amerykański kontynent ma przed oczyma tylko ocean, inny, choć na pewien sposób ten sam, który bije falami w nabrzeże miasteczka Pornic. Jeśli przybysz z dalekich krain jest poetą, a zaraz też – wykładowcą i autorem podręcznika do historii polskiej literatury, może mu brzęczeć w głowie fragment z sielanki Szymona Szymonowica, gdzie pasterz zwraca się do trzody słowami: „owieczki moje, lekko następujcie, / Śpi tu piękna Neera, spania jej nie psujcie!”. Bukoliczna wizja, i tak już obca mieszkańcowi XX wieku, musiała Miłosza – przywołującego ją w swym wierszu – uderzać szczególnie mocno właśnie w Kalifornii, o której pisał, że jest esencją świata obcego człowiekowi. Nie sposób w niej znaleźć przyrody z sielanek – współodczuwającej z ludzką istotą, są tylko drapieżne ptaki, skały i ocean, których piewcą był Robinson Jeffers, mający zostać w przyszłości bohaterem innego Miłoszowego wiersza.

Jeśli więc nawet polski pisarz powie: „Wdzięczny za wschody i zachody słońca / gdziekolwiek jesteś, nie zdołasz być obcy”, to jednak zarówno naturalny, jak betonowy, wytworzony ręką człowieka pejzaż amerykańskiego Zachodu jawi się mu jako drastycznie odmienny od lasów i domów jego wcześniejszego życia. Nie pozwalając się oswoić, może przynajmniej intensyfikować przyrodzone poecie zdumienie, w najszlachetniejszym sensie tego słowa: dziecięce, a będące fundamentem artystycznego gestu. Tak więc w początkach zamieszkania na Grizzly Peak w Berkeley zapisuje Miłosz słowa:

 

Gdybym miał przedstawić, czym jest dla mnie świat,

wziąłbym chomika albo jeża, albo kreta,

posadziłbym go na fotelu wieczorem w teatrze

i przytykając ucho do mokrego pyszczka,

słuchałbym, co mówi o świetle reflektorów,

o dźwiękach muzyki i ruchach baletu.

 

Zawierający tę strofę poemat o nieprzypadkowym tytule Po ziemi naszej zbiera wątki całego tomu. Co robię w tym miejscu świata, niespodziewanie ocknięty? W przestrzeni, w której towarzyszy mi – inaczej niż autorowi Króla-Ducha – tylko „materia bez początku ni celu”? Kiedy otacza mnie zniewalające cielesne piękno i czuję, że „tylko to godne jest opiewania”. A zarazem nie przestaję pytać o wyższą rzeczywistość i bólem napełnia mnie wyobrażenie Pascala, który przegrał swój „zakład”, bo „nie został zbawiony”, a krzyż włożony w ręce nie uchronił martwego myśliciela od przemiany w materię taką samą, jaką jest „nieżywa jaskółka”. Co więc z jego duszą, iskrą, która winna ocaleć? I co z nimi wszystkimi, moimi poprzednikami na tej, jedynej znanej nam, ziemi, czy naprawdę oni „klękający ze złożonymi dłońmi, / miliony ich, miliardy ich, tam kończyli się, gdzie ich złudzenie?”. Jeśli nawet tak jest – mówi Miłosz w jednym z najwspanialszych fragmentów zbioru – ja, poeta, „nie zgodzę się nigdy. Ja dam im koronę. / Umysł ludzki jest wspaniały, usta potężne / i wezwanie tak wielkie, że musi otworzyć się Raj”. Mimo wszystkich zastrzeżeń autoironii, można uznać, że taki właśnie cel przyświecał Miłoszowi przez większość poetyckiej drogi, dość przypomnieć bardzo już późny wiersz Sens. Ludzkie życie – powtórzmy zatem – nie może kończyć się ziemią grobu. Zapamiętana z Szetejń służąca Paulina – „umarła dawno, ale jest”, stwierdza pisarz, dodając z mocą: „nie tylko w mojej świadomości”.

A wreszcie historia Kalifornii przypomina o tym, jak cienka jest granica pomiędzy najszerzej rozumianą kulturą a siłą instynktów, których dziś nie nazwalibyśmy już może „zwierzęcymi”, instynktów każących człowiekowi nade wszystko pożądać jadła i seksu. „Cabeza, jeżeli ktoś wszystko wiedział o cywilizacji, to ty” – zwraca się Miłosz do hiszpańskiego kupca, który ocalał z morskiej katastrofy, by długie lata spędzić wśród indiańskich plemion, a później, po powrocie na łono owej cywilizacji, odkrywać raz za razem: „koronki mankietów / nie moje, stół z lwami nie mój”. Prawie bohater Jądra ciemności, przywołany przez poetę świadek w procesie wytoczonym chwiejnemu człowieczeństwu, woła więc: „Na czworaki! Na czworaki! / Farbą wojenną pomalować uda. / Ziemię lizać. Wha wha, hu hu”.

 

9. Poemat Po ziemi naszej zawiera w sobie jeszcze jedno, najbardziej osobiste pytanie. Czy usprawiedliwieniem mego, długiego już przecież istnienia, pełnego sprzecznych pożądań, dążeń, realizacji – może być „pragnienie, żeby raz wyrazić / jedno życie”? Zamknąć w linijce wiersza życie bynajmniej nie swoje, stać się czyimś głosem. Pauliny z Szetejń, Alżbiety z Wilna, która zmartwychwstanie dzięki wersom Dzwonów w zimie. Owo pytanie, nieraz udręczające, towarzyszyć będzie poecie do prawdziwego, już prawie niemego, końca jego ziemskiej egzystencji. Na razie zaś, w życia wędrówce, na połowie czasu, Miłosz zapisuje:

 

Prosiłem Boga, żeby zrobił ze mną, co zechce,

I mówiłem mu, że jestem wdzięczny

Nawet za bezsenność, kiedy huczy przypływ,

I rachunek życia.

 

Kraków, marzec 2026

ANDRZEJ FRANASZEK

Posłowie do tomu: Czesław Miłosz „Król Popiel i inne wiersze”, Kraków, Znak, 2026.

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek