Na początku doliny jej dno fałdami wypiętrza się ku zboczom w łagodny, niezbyt regularny kocioł. Potok spływa tu niewidoczny pod drzewami, gulgocząc w bystrzynach, droga też niknie i gdzieś tam zakosami wspina się na zamykający kotlinę grzbiet, obrosły tak gęsto i miękko, że pod zielenią można tylko domyślać się konturów nawet najstromszych skał. Zza grzbietu napływają chmury, niosące krótkie rzęsiste deszcze, po których co chwilę ucieka w bok podwójna-potrójna tęcza: czasem dalej ze stoku, czasem o krok, z pobliskiej kępy drzew, błyszczących w wodnej mgiełce, w przywróconym oślepiającym słońcu. Noc jest za to bardzo ciemna, ptaszki ziębołuszcze kląskają wszędzie mechanicznym, śmiesznym głosem sklepowego alarmu, w światłach lamp kłębią się chmary owocożernych nietoperzy – ale te światła sięgają niedaleko, deszczowego lasu już nie widać, słychać go tylko i wokół czuje się jego intensywne życie. W fotelu na werandzie ostatniego domu poczucie bezpieczeństwa ogarnia tak przemożne, że świadomość gaśnie i zaczyna rozpadać się w poczuciu własnej niepotrzebności. Całe jej kawały obrywają się i zapadają w przedmyślną magmę przeżyć, wczuć, wrażeń, obolałości własnych, cudzych; przestrzeń wewnętrzna stapia się z otaczającą tak, jak gdyby wszystko rozpuszczało się w wodzie szumiącego przy domu potoku i z nią spływało gdzieś potylicą, płynem rdzeniowym w głąb doliny do morza – i może w tym odpoczynku zniosłaby się jaźń do szczętu, do reszty wypłukała się i zmyła, ale to utopia, bo na dnie odkrywają się nieusuwalnie sterczące, z gruntu nieludzkie grudy. W ciemności uwierają, na pożywce niesionych prądem szczątków rosną pokątnie i nowotworowo. Sto dwadzieścia trzy lata temu zaczął nagle tak wzbierać i kłócić się sam potok, swojsko zwany Roksolaną, a jeszcze bardziej jego dalsze równoległe – rzeki Jasna, Sucha, Biała, źródła zdrowej wody z dnia na dzień stały się ciemne, mętne, wzburzone, niosły gałęzie, truchła ptaków, grudy błota i popiołu, więc we wsiach nad morzem nie było czego pić. Popiół padał także z nieba. Góra, od której wszystkie rzeki biorą tu początek, już raz coś podobnego zrobiła wcześniej przed półwiekiem, najstarsi pamiętali; wiedziano, że to niegroźne i wulkan, chociaż czynny, jest łagodny; nie wyrzuca strasznej lawy, czasem musi się wyszumieć, a od popiołu pola są żyzne i las rośnie tak bujny niebywale. Jednak tym razem robiło się uciążliwiej, więc z dóbr na północnych krańcach wyspy zaczęto zjeżdżać do oddalonego od góry, położonego u ujścia Roksolany miasta, regionalnej dumy, stolicy szyku, perły archipelagu, gdzie były drogie sklepy i nawet zbudowano teatr (choć od dwóch lat nieczynny) i nowoczesne więzienie, a na redzie osłoniętej tak, że żaden sztorm na nią w dziejach nie zajrzał i nie było potrzeby budować urządzeń portowych, kotwiczyły statki, przez które szedł cały handel wyspy; zyski z tego handlu także tu gromadzono. Bogactwo okolicy było zaiste bajeczne. A miasto było bezpieczne.

Fot. T. Kubikowski
Uczyniono zatem z niego azyl i jednocześnie punkt obserwacyjny. Ze stolicy administracyjnej, odległej o dwie godziny przybrzeżnej żeglugi (górskie drogi strome, kręte, uciążliwe) przybywali na inspekcję urzędnicy; obawiano się trzęsienia ziemi. Trzeba też było opanować sprawę uchodźców, bo z wiosek na zboczach ściągał tłum przerażonej biedoty, której popiół zasypywał pola, ziemia drżała pod stopami, powietrze śmierdziało siarką i narowiła się żywizna. Sytuacja z uciążliwej stawała się na północy niebezpieczna; rzeki były już potokami błota i nie płynęły, ale ślizgały się, jak pisała świeżo zamężna Emilia, niosąc ze sobą olbrzymie kamienie podobne do martwych płodów. Poziom morza na przemian wznosił się i opadał, pod wodą musiały rwać się kable, bo łączność z sąsiednią wyspą ustała, a w niebo szedł nieprzerwany masywny słup popiołu, gromadząc chmury, pomiędzy którymi skakały wyładowania elektryczne. Ciemniało, wierzchołek góry, niegdyś cel niedzielnych wycieczek i miejsce pikników nad stawem w starym kraterze, zniknął niedostępny i czasem z dala było widać, że jego konfiguracja się zmienia; północne osady musiano formalnie ewakuować, jakoś to wszystko ułożyć, włączając w akcję prywatnych przewoźników i obecny przy wyspie krążownik marynarki; szalupami zabierano z brzegu struchlałych wieśniaków, po czym ryzykownie przewożono ich na pokład po stale teraz wzburzonej, kotłującej się przy brzegu wodzie, walcząc z prądami, których nigdy wcześniej tutaj nie było. Bogaci mieli własne jachty; właściciel wielkiej gorzelni Guérin trzymał łódź pod parą w przystani, podczas gdy kończył w rezydencji śniadanie ze swym synem–dyrektorem i synową, a kiedy poszli spacerem w dół, cofnął się jeszcze po kapelusz i właśnie wtedy staw w kraterze rozpadł się, więc zboczem poszła błotna lawina dziesięć metrów wysoka, sto pięćdziesiąt rozległa, minęła starca też o jakie dziesięć metrów, na jego oczach zepchnęła do morza budynki i maszyny, grzebiąc pracowników, załogę, obydwoje jego następców, topiąc jacht i jeszcze drugi, dalej zakotwiczony, zwalając do wody tysiące ton skał, wzbudzając falę, która zalała wybrzeże aż po miejską zatokę. Nie było więcej żartów, poszły w świat wieści o ofiarach, a w mieście u ujścia Roksolany rosło poczucie oblężenia. Natura dokoła wynaturzała się coraz bardziej. Z morza dobiegały dziwne basowe dźwięki, gdyż, o czym nie wiedziano, na sąsiedniej wyspie też właśnie wybuchł wulkan. Barometr skakał w dół i w górę, siarką było czuć już na ulicach, popiół osadzał się na meblach; kiedy Emilia, która z mężem także tutaj się schroniła, grała rankiem na pianinie, jej młodszy brat napisał na nim palcem: mene, tekel, upharsin i bardzo się zaśmiewał, że zabrakło jej poczucia humoru. Połączenia ze światem rwały się coraz częściej. Krążyły pogłoski – że to jednak lawa zalała Guérinów i że z ogrodu botanicznego uciekł wąż dusiciel – ludzie zastępowali niejasną grozę czegoś, co wzbierało na horyzoncie, grozami wyobrażonymi, nazwanymi i przez to jakoś swojskimi. Bo i zaiste żaden wulkan w obrębie cywilizacji tak się do tej pory nie zachował, a w ogóle mało o wulkanach wiedziano – na nic zatem szły wszelkie prognozy dotyczące końca popielnej erupcji. Gubernator powołał wreszcie komitet naukowy, żeby ją zbadać: tymczasem z sił miejscowych ze znacznym udziałem nauczyciela przyrody w liceum, ale z Europy ruszyli już statkami także uznani geolodzy. Gubernator miał zresztą pełne ręce roboty, co chwilę przypływał tu ze stolicy: zbliżały się wybory, a przepełnione bezdomnymi uchodźcami ulice nie łagodziły napięcia; trzeba zresztą dodać, że miasto było bogate, więc białe, biedni wieśniacy zaś – czarni i dopiero w drugim pokoleniu wyzwoleni, więc zgromadzona masa krytyczna mogła wezbrać i do społecznego wybuchu.
Zbliżało się jednoczące wszystkie stany święto Wniebowstąpienia; z nim chwila oddechu w interesach, sposobność, by z zatłoczonego centrum wyjechać na wzgórza albo i jeszcze dalej, do stolicy. Ruszano całymi rodzinami, może zostawiając ojca na kupieckim czy fabrykanckim posterunku, albo też jednak mimo namów wiejskich kuzynostwa solidarnie z patris familias zostawano; naradzano się wciąż, w tych dniach rozdrażnione białe miasto wysyłało niespotykane ilości listów i telegramów o zdarzeniach, rozterkach, decyzjach, lękach a wreszcie zachwytach przedziwnym ziemsko–niebieskim widowiskiem, kiedy ciemny popiół wtapia się w czerń chmur a ogromne płonące wytryski z krateru w nocy, w strumieniach deszczu łączą się z błyskami piorunów: gorączkowe, zbiorowe, z setek jednostkowych relacji składające się świadectwo czegoś, czego nigdy wcześniej nie doświadczono i chociaż ułamek próbowano pojąć, nazwać, przekazać zewnętrznemu światu. Aż wzeszło oczekiwane święto i dwie minuty po godzinie ósmej rano urzędnik poczty łączący się na początku dyżuru telefonicznie ze swym stołecznym kolegą krzyknął nagle i strasznie i ponoć jakby zaskomlał, i ucichło.
Szczyt góry pękł: zboczami, dolinami rzek od Jasnej po Roksolanę z prędkością pięciuset kilometrów na godzinę zeszła chmura płonących gazów ogarnęła bezpieczne miasto i stało się coś, o czym nie wiedziano, że w ogóle stać się może: w cztery minuty umarło dwadzieścia osiem tysięcy ludzi a miasto znikło i nikt tego nie pojął, bo nie potrafił czegoś takiego pomyśleć. Supernowa rozsyłanych informacji zapadła się w czarną dziurę, wyrwę, po obrzeżach której bezradnie ślizgała się świadomość; próbując dotrzeć w głąb, więzła w fantasmagorii: przybywający teraz morzem lawirowali wśród płonących wraków kilkunastu dużych okrętów, dziesiątek mniejszych i setek zatopionych łodzi, nie rozumiejąc: czemu ci marynarze pomalowali się na czerwono i nago tańczą na pokładzie? Wiatr zasłonił kadłub dymem, a kiedy przeszedł, opalonych z ubrań i ze skóry, miotających się w agonii już nie było. Dalej także znikło wszystko: domy, drzewa, rejestry portowe, place, ulice, gubernator, teatr i więzienie; z liceum został kamienny portal, z katedry sterta gruzu. Biła tylko na środku fontanna. I poznikało filuternie, bo żar przeszedł chwilowy, turbulentny, więc czasem spalone zwłoki siedziały w ruinach domu nad nienaruszonym śniadaniem; rozum także wyparował. Szabrownicy, którzy ruszyli do miasta za ratownikami, znajdowali kolczaste grudy stopionych w jedno widelców, nożyczek, zwęglonego makaronu; agregaty zgrzanych popiołem dzbanów, sflaczałe meduzy szklanych abażurów; na czarnym rynku za morzem to wszystko osiągało potem cenę – zwłaszcza surrealiści na nie polowali. Leżące wszędzie trupy dopalano w wielkich stosach, żeby nie wybuchła zaraza, więc przez szereg wieczorów miasto z daleka jarzyło się światłami jak dawniej. A czwartego dnia przetrząsający ruiny więzienia usłyszeli słabe krzyki. Był to miejscowy osiłek, którego nazwisko zapisywano na sześć różnych sposobów, co nie sprawiało mu różnicy, jako że sam był niepiśmienny, a i tak ze względu na krzepę wołano go Samsonem. Poturbował kogoś w gospodzie, zatem na miesiąc posadzono go w reżymie półotwartym, kiedy zaś raz nie wrócił na noc do zakładu, bo poszedł na wesele i karnie stawił się następnego dnia, naczelnik nasrożył się: wpakował go na kolejną noc do karceru. Tam, jedyny z miasta, Samson przeżył.
Tak – i na większość życia znalazł pracę w cyrku Barnuma, gdzie w dioramie karceru pokazywano ocalałego z „karaibskiej Sodomy”; już wtedy szeptano, że był skazany na śmierć za morderstwo, że w celi śmierci znalazł ratunek. Absurd jego szczęśliwej winy (ostatni będą pierwszymi) wybujał najwyżej spośród dziko krzaczących się w wyrwie po mieście opowiadań. Owszem, przybyli wreszcie na miejsce geolodzy zrozumieli, co stało się w Herkulanum i że lawa nie jest najgorszym, co może wyjść z wulkanu. Rzeczowo opisano siłę i prędkość spływów piroklastycznych, a przed nimi – nagłych lawin błotnych, w jakiś czas później nazwanych z malajska laharami. Zrozumiano kataklizm chmury gorejącej (za czterdzieści lat ludzkość nauczy się wywoływać go sama). Wokół tych rzeczowych ustaleń kłębiło się narracyjne dzikie mięso, dawny grzech i bogactwo Saint-Pierre rosły w legendach pod niebiosa; upadły z braku zainteresowanych teatr w opowieściach otworzył się znowu i wypełnił najwyuzdańszymi popisami. Solvet saeclum in favilla. W Paryżu Georges Méliès wybudował w studio wulkan z tektury i pośród dymów zalał z jego szczytu papierowe miasto lawą rozwodnionej skrobi z popiołem, kredą i czymś tam jeszcze: dwuminutowy, pierwszy w dziejach filmowy paradokument katastroficzny cieszył się powodzeniem. Ocalonych zebrała się już tymczasem trójca – prócz czarnego łotra jeszcze zacny szewc Compère (który, owszem, przeżył, ale jak wielu – na odległych obrzeżach) i dotąd ni odtąd nieznana dzieweczka Havivra de Ifrile, wyprawiona z koszyczkiem do cioci: widząc, co się święci, zdążyła zwiać (w tempie odrzutowca) do wody. Jeszcze po II wojnie światowej, przybyły na wyspę w swojej inicjacyjnej pisarskiej podróży Patrick Leigh Fermor zapisze legendę o trędowatych, którzy w krytycznych dniach zbiegli z pobliskiego leprozorium i ukryli się w zalegających ulice skazanego grodu tłumach.
Fermor był autorem rzeczowym. Dał obraz Martyniki treściwy, kolorowy, zwięzły. Mieszczą się w nim tradycje dumnej kreolskiej „plantokracji” i dumna nowa czarna inteligencja, i typy jak przybyły z Europy inżynier, przeklinający drzewa chlebowe za to, że dają bez wysiłku żywić się murzyńskim leniom. Jest pamięć rządów Vichy, ale też i rzadko spotykana integracja i stopienie ras, ideologia négritude i nabierające rozpędu rządy Aimé Césaire’a. Jest wypierająca z rynku rum, trzeźwa jankeska Coca-Cola. Zarosłe ślady Józefiny z jej cesarską karierą i niewolnikami. Choć najwidoczniej zajmuje go społeczeństwo, Fermor chłonie też i opisuje przyrodę: rytm pasatów, nagłe orzeźwiające deszcze, nocne połowy homarów na płyciznach – czarny strup miasta Saint-Pierre wspomni mimochodem, jak coś niewygodnego na obrzeżu, które przecież wyludniło się po katastrofie. Życie wyspy przeniosło się na jej południe, mnoży się tam i kwitnie do dzisiaj.

Jednak ciekawe – w kilka lat później rzeczowość Fermora nagle pęknie. Raz w życiu napisze on powieść. Akcja Skrzypiec z Saint-Jacques toczy się w retrospekcji, której ramę stanowi spotkanie żyjącego w Grecji autora z enigmatyczną starą mademoiselle Berthe, mieszkającą obok w towarzystwie greckiej służki. Kiedy dama nabierze zaufania, zaprasza go na kolację, po której opowie mu historię swojego życia, odkąd młoda i uboga przybyła w charakterze guwernantki na antylską wyspę. I czego tam nie będzie! Wulkan, miasteczko i plantacje, i feudałowie jak z dawnych epok wyjęci, naprzeciw republikańskich parweniuszów na urzędach, i na plantacjach rzesza półczarnych famulusów, przez feudałów w trybie droit de seigneur napłodzona; i bezbrzeżne a niewyznane zakochanie lesbijskie w pannie Sosthéne, którą Berthe ma pod opieką, i potajemne uwiedzenie tejże panny przez cynicznego syna gubernatora – bigamistę, i nareszcie wielki bal, którym kulminuje kolonialna dekadencja, pełen pieczonych iguan i tańców ze żmijami, a wśród karnawałowych masek wmieszali się w tłum trędowaci, z nieba zaś sypie popiół coraz gęstszy i naraz okazuje się, że Sosthéne właśnie uciekła z lubym, więc na ratunek rusza jej brat i Bertha, i paru zaufanych mylnymi tropami przez dżunglę pełną nie wiedzieć przed czym uciekających zwierząt aż nad morze, gdzie guwernantka widzi z pokładu najpierw erupcję wulkanu, potem ognisty spływ, grzebiący miasto i plantację, wreszcie wyspa pęka i cała zapada w otchłań jak u Jules’a Verne’a nieledwie.
Jak skądinąd wie narrator i co natychmiast mówi Bercie – bo zna Antyle – sąsiedni wyspiarze wciąż opowiadają, że w miejscu po Saint-Jacques do dziś w karnawale słychać spod wody dźwięk skrzypiec wielkiego balu. I jeżeli dotąd można było się zastanawiać, czy kamp nie jest tu świadomie stosowanym medium i czy Fermor rzuca się w fantasmagorię głową naprzód po to, by przedrzeć się pod nią i dojść zaginionego saint-pierre’skiego doświadczenia, niemiłosierny kicz konkluzji upewnia, że jednak uwikłał się i utonął. Berthe rozpromienia się na wieści narratora – bo właśnie to, że świat wyspy wszystek umarł, najmocniej ją trapiło. Powieść wkrótce przerobiono na operę; nie miała powodzenia. Fermor zaś po rzeczonej własnej erupcji, jak wiemy, do końca życia trzymał się już ściśle faktów.

Saint-Pierre formalnie nie istniało przez jakie dziesięć lat. Klecono coś tam jednak, odbudowywano, władze przywróciły więc jednostkę administracyjną i z biegiem czasu odżył ogryzek miasteczka – z ułamkiem dawnej ludności – wzdłuż dwóch idących obok siebie przy samym brzegu morza ulic. Nanizały się tu krzywe domki przetykane czarnymi ścianami dawnych ruin, same czarne od wszechobecnej karaibskiej pleśni. Donikąd prowadzą w poprzek błotniste zaułki o nazwach jak Rue de Petit-Versailles. Na uboczu, pozbawiona drzwi, obrosła mchem, trwa nikomu niepotrzebna cela Samsona, kawałek dalej posadzka teatru. Za kamiennym mostem na Roksolanie wrosło w ziemię rumowisko po kościele, obok z palet i płótna sklecona sąsiedzka altana, gdzie na drewnianej skrzynce stoi jeszcze butelka po wczorajszej libacji. Na końcu drogi zaś, wyżej, jedyna tu śmiała budowla: obserwatorium, skąd dniem i nocą śledzi się obłożony teraz siecią czujników wulkan. Trochę drży, od pięciu lat poziom czujności podniesiono znów na żółty, ale tego nie widać: miasteczko pozostaje nieobecne i senne. W małym muzeum katastrofy, przy starej fontannie, zgromadzono trochę nierozkradzionych objets trouvées; strzałki pokazują miejsca zatopienia najważniejszych wraków w leniwej zatoce. Fotografie pokazują poskręcane zwłoki. Widać, jaka masa ich tu była, ale popiół z nich dawno się wymył, zbrylił, wymieszał, w końcu cały grunt tutaj z zestalonego popiołu; katastrofa przeszła do dziejów naturalnych i choć nie brakuje wokół rzeźb, instalacji, tablic i pomników na lądzie i pod wodą, starających się coś oddać, sformułować, zatrzymać w pamięci – pozostałe po niej grudy nie są już ludzkie i do niczego co świadome nie mogą należeć; o zmierzchu na ulicach nie ma żywego ducha, tylko w domach widać światełka i co wieczór z któregoś z nich dobiegają nieporadnie i uporczywie ćwiczone gamy na saksofonie.
TOMASZ KUBIKOWSKI