HOME
Tomasz Kubikowski

Dolina

Na początku doliny jej dno fałdami wypiętrza się ku zboczom w łagodny, niezbyt regularny kocioł. Potok spływa tu niewidoczny pod drzewami, gulgocząc w bystrzynach, droga też niknie i gdzieś tam zakosami wspina się na zamykający kotlinę grzbiet, obrosły tak gęsto i miękko, że pod zielenią można tylko domyślać się konturów nawet najstromszych skał. Zza grzbietu napływają chmury, niosące krótkie rzęsiste deszcze, po których co chwilę ucieka w bok podwójna-potrójna tęcza: czasem dalej ze stoku, czasem o krok, z pobliskiej kępy drzew, błyszczących w wodnej mgiełce, w przywróconym oślepiającym słońcu. Noc jest za to bardzo ciemna, ptaszki ziębołuszcze kląskają wszędzie mechanicznym, śmiesznym głosem sklepowego alarmu, w światłach lamp kłębią się chmary owocożernych nietoperzy – ale te światła sięgają niedaleko, deszczowego lasu już nie widać, słychać go tylko i wokół czuje się jego intensywne życie. W fotelu na werandzie ostatniego domu poczucie bezpieczeństwa ogarnia tak przemożne, że świadomość gaśnie i zaczyna rozpadać się w poczuciu własnej niepotrzebności. Całe jej kawały obrywają się i zapadają w przedmyślną magmę przeżyć, wczuć, wrażeń, obolałości własnych, cudzych; przestrzeń wewnętrzna stapia się z otaczającą tak, jak gdyby wszystko rozpuszczało się w wodzie szumiącego przy domu potoku i z nią spływało gdzieś potylicą, płynem rdzeniowym w głąb doliny do morza – i może w tym odpoczynku zniosłaby się jaźń do szczętu, do reszty wypłukała się i zmyła, ale to utopia, bo na dnie odkrywają się nieusuwalnie sterczące, z gruntu nieludzkie grudy. W ciemności uwierają, na pożywce niesionych prądem szczątków rosną pokątnie i nowotworowo. Sto dwadzieścia trzy lata temu zaczął nagle tak wzbierać i kłócić się sam potok, swojsko zwany Roksolaną, a jeszcze bardziej jego dalsze równoległe – rzeki Jasna, Sucha, Biała, źródła zdrowej wody z dnia na dzień stały się ciemne, mętne, wzburzone, niosły gałęzie, truchła ptaków, grudy błota i popiołu, więc we wsiach nad morzem nie było czego pić. Popiół padał także z nieba. Góra, od której wszystkie rzeki biorą tu początek, już raz coś podobnego zrobiła wcześniej przed półwiekiem, najstarsi pamiętali; wiedziano, że to niegroźne i wulkan, chociaż czynny, jest łagodny; nie wyrzuca strasznej lawy, czasem musi się wyszumieć, a od popiołu pola są żyzne i las rośnie tak bujny niebywale. Jednak tym razem robiło się uciążliwiej, więc z dóbr na północnych krańcach wyspy zaczęto zjeżdżać do oddalonego od góry, położonego u ujścia Roksolany miasta, regionalnej dumy, stolicy szyku, perły archipelagu, gdzie były drogie sklepy i nawet zbudowano teatr (choć od dwóch lat nieczynny) i nowoczesne więzienie, a na redzie osłoniętej tak, że żaden sztorm na nią w dziejach nie zajrzał i nie było potrzeby budować urządzeń portowych, kotwiczyły statki, przez które szedł cały handel wyspy; zyski z tego handlu także tu gromadzono. Bogactwo okolicy było zaiste bajeczne. A miasto było bezpieczne.

 

Fot. T. Kubikowski

 

Uczyniono zatem z niego azyl i jednocześnie punkt obserwacyjny. Ze stolicy administracyjnej, odległej o dwie godziny przybrzeżnej żeglugi (górskie drogi strome, kręte, uciążliwe) przybywali na inspekcję urzędnicy; obawiano się trzęsienia ziemi. Trzeba też było opanować sprawę uchodźców, bo z wiosek na zboczach ściągał tłum przerażonej biedoty, której popiół zasypywał pola, ziemia drżała pod stopami, powietrze śmierdziało siarką i narowiła się żywizna. Sytuacja z uciążliwej stawała się na północy niebezpieczna; rzeki były już potokami błota i nie płynęły, ale ślizgały się, jak pisała świeżo zamężna Emilia, niosąc ze sobą olbrzymie kamienie podobne do martwych płodów. Poziom morza na przemian wznosił się i opadał, pod wodą musiały rwać się kable, bo łączność z sąsiednią wyspą ustała, a w niebo szedł nieprzerwany masywny słup popiołu, gromadząc chmury, pomiędzy którymi skakały wyładowania elektryczne. Ciemniało, wierzchołek góry, niegdyś cel niedzielnych wycieczek i miejsce pikników nad stawem w starym kraterze, zniknął niedostępny i czasem z dala było widać, że jego konfiguracja się zmienia; północne osady musiano formalnie ewakuować, jakoś to wszystko ułożyć, włączając w akcję prywatnych przewoźników i obecny przy wyspie krążownik marynarki; szalupami zabierano z brzegu struchlałych wieśniaków, po czym ryzykownie przewożono ich na pokład po stale teraz wzburzonej, kotłującej się przy brzegu wodzie, walcząc z prądami, których nigdy wcześniej tutaj nie było. Bogaci mieli własne jachty; właściciel wielkiej gorzelni Guérin trzymał łódź pod parą w przystani, podczas gdy kończył w rezydencji śniadanie ze swym synem–dyrektorem i synową, a kiedy poszli spacerem w dół, cofnął się jeszcze po kapelusz i właśnie wtedy staw w kraterze rozpadł się, więc zboczem poszła błotna lawina dziesięć metrów wysoka, sto pięćdziesiąt rozległa, minęła starca też o jakie dziesięć metrów, na jego oczach zepchnęła do morza budynki i maszyny, grzebiąc pracowników, załogę, obydwoje jego następców, topiąc jacht i jeszcze drugi, dalej zakotwiczony, zwalając do wody tysiące ton skał, wzbudzając falę, która zalała wybrzeże aż po miejską zatokę. Nie było więcej żartów, poszły w świat wieści o ofiarach, a w mieście u ujścia Roksolany rosło poczucie oblężenia. Natura dokoła wynaturzała się coraz bardziej. Z morza dobiegały dziwne basowe dźwięki, gdyż, o czym nie wiedziano, na sąsiedniej wyspie też właśnie wybuchł wulkan. Barometr skakał w dół i w górę, siarką było czuć już na ulicach, popiół osadzał się na meblach; kiedy Emilia, która z mężem także tutaj się schroniła, grała rankiem na pianinie, jej młodszy brat napisał na nim palcem: mene, tekel, upharsin i bardzo się zaśmiewał, że zabrakło jej poczucia humoru. Połączenia ze światem rwały się coraz częściej. Krążyły pogłoski – że to jednak lawa zalała Guérinów i że z ogrodu botanicznego uciekł wąż dusiciel – ludzie zastępowali niejasną grozę czegoś, co wzbierało na horyzoncie, grozami wyobrażonymi, nazwanymi i przez to jakoś swojskimi. Bo i zaiste żaden wulkan w obrębie cywilizacji tak się do tej pory nie zachował, a w ogóle mało o wulkanach wiedziano – na nic zatem szły wszelkie prognozy dotyczące końca popielnej erupcji. Gubernator powołał wreszcie komitet naukowy, żeby ją zbadać: tymczasem z sił miejscowych ze znacznym udziałem nauczyciela przyrody w liceum, ale z Europy ruszyli już statkami także uznani geolodzy. Gubernator miał zresztą pełne ręce roboty, co chwilę przypływał tu ze stolicy: zbliżały się wybory, a przepełnione bezdomnymi uchodźcami ulice nie łagodziły napięcia; trzeba zresztą dodać, że miasto było bogate, więc białe, biedni wieśniacy zaś – czarni i dopiero w drugim pokoleniu wyzwoleni, więc zgromadzona masa krytyczna mogła wezbrać i do społecznego wybuchu.

Zbliżało się jednoczące wszystkie stany święto Wniebowstąpienia; z nim chwila oddechu w interesach, sposobność, by z zatłoczonego centrum wyjechać na wzgórza albo i jeszcze dalej, do stolicy. Ruszano całymi rodzinami, może zostawiając ojca na kupieckim czy fabrykanckim posterunku, albo też jednak mimo namów wiejskich kuzynostwa solidarnie z patris familias zostawano; naradzano się wciąż, w tych dniach rozdrażnione białe miasto wysyłało niespotykane ilości listów i telegramów o zdarzeniach, rozterkach, decyzjach, lękach a wreszcie zachwytach przedziwnym ziemsko–niebieskim widowiskiem, kiedy ciemny popiół wtapia się w czerń chmur a ogromne płonące wytryski z krateru w nocy, w strumieniach deszczu łączą się z błyskami piorunów: gorączkowe, zbiorowe, z setek jednostkowych relacji składające się świadectwo czegoś, czego nigdy wcześniej nie doświadczono i chociaż ułamek próbowano pojąć, nazwać, przekazać zewnętrznemu światu. Aż wzeszło oczekiwane święto i dwie minuty po godzinie ósmej rano urzędnik poczty łączący się na początku dyżuru telefonicznie ze swym stołecznym kolegą krzyknął nagle i strasznie i ponoć jakby zaskomlał, i ucichło.

Szczyt góry pękł: zboczami, dolinami rzek od Jasnej po Roksolanę z prędkością pięciuset kilometrów na godzinę zeszła chmura płonących gazów ogarnęła bezpieczne miasto i stało się coś, o czym nie wiedziano, że w ogóle stać się może: w cztery minuty umarło dwadzieścia osiem tysięcy ludzi a miasto znikło i nikt tego nie pojął, bo nie potrafił czegoś takiego pomyśleć. Supernowa rozsyłanych informacji zapadła się w czarną dziurę, wyrwę, po obrzeżach której bezradnie ślizgała się świadomość; próbując dotrzeć w głąb, więzła w fantasmagorii: przybywający teraz morzem lawirowali wśród płonących wraków kilkunastu dużych okrętów, dziesiątek mniejszych i setek zatopionych łodzi, nie rozumiejąc: czemu ci marynarze pomalowali się na czerwono i nago tańczą na pokładzie? Wiatr zasłonił kadłub dymem, a kiedy przeszedł, opalonych z ubrań i ze skóry, miotających się w agonii już nie było. Dalej także znikło wszystko: domy, drzewa, rejestry portowe, place, ulice, gubernator, teatr i więzienie; z liceum został kamienny portal, z katedry sterta gruzu. Biła tylko na środku fontanna. I poznikało filuternie, bo żar przeszedł chwilowy, turbulentny, więc czasem spalone zwłoki siedziały w ruinach domu nad nienaruszonym śniadaniem; rozum także wyparował. Szabrownicy, którzy ruszyli do miasta za ratownikami, znajdowali kolczaste grudy stopionych w jedno widelców, nożyczek, zwęglonego makaronu; agregaty zgrzanych popiołem dzbanów, sflaczałe meduzy szklanych abażurów; na czarnym rynku za morzem to wszystko osiągało potem cenę – zwłaszcza surrealiści na nie polowali. Leżące wszędzie trupy dopalano w wielkich stosach, żeby nie wybuchła zaraza, więc przez szereg wieczorów miasto z daleka jarzyło się światłami jak dawniej. A czwartego dnia przetrząsający ruiny więzienia usłyszeli słabe krzyki. Był to miejscowy osiłek, którego nazwisko zapisywano na sześć różnych sposobów, co nie sprawiało mu różnicy, jako że sam był niepiśmienny, a i tak ze względu na krzepę wołano go Samsonem. Poturbował kogoś w gospodzie, zatem na miesiąc posadzono go w reżymie półotwartym, kiedy zaś raz nie wrócił na noc do zakładu, bo poszedł na wesele i karnie stawił się następnego dnia, naczelnik nasrożył się: wpakował go na kolejną noc do karceru. Tam, jedyny z miasta, Samson przeżył.

Tak – i na większość życia znalazł pracę w cyrku Barnuma, gdzie w dioramie karceru pokazywano ocalałego z „karaibskiej Sodomy”; już wtedy szeptano, że był skazany na śmierć za morderstwo, że w celi śmierci znalazł ratunek. Absurd jego szczęśliwej winy (ostatni będą pierwszymi) wybujał najwyżej spośród dziko krzaczących się w wyrwie po mieście opowiadań. Owszem, przybyli wreszcie na miejsce geolodzy zrozumieli, co stało się w Herkulanum i że lawa nie jest najgorszym, co może wyjść z wulkanu. Rzeczowo opisano siłę i prędkość spływów piroklastycznych, a przed nimi – nagłych lawin błotnych, w jakiś czas później nazwanych z malajska laharami. Zrozumiano kataklizm chmury gorejącej (za czterdzieści lat ludzkość nauczy się wywoływać go sama). Wokół tych rzeczowych ustaleń kłębiło się narracyjne dzikie mięso, dawny grzech i bogactwo Saint-Pierre rosły w legendach pod niebiosa; upadły z braku zainteresowanych teatr w opowieściach otworzył się znowu i wypełnił najwyuzdańszymi popisami. Solvet saeclum in favilla. W Paryżu Georges Méliès wybudował w studio wulkan z tektury i pośród dymów zalał z jego szczytu papierowe miasto lawą rozwodnionej skrobi z popiołem, kredą i czymś tam jeszcze: dwuminutowy, pierwszy w dziejach filmowy paradokument katastroficzny cieszył się powodzeniem. Ocalonych zebrała się już tymczasem trójca – prócz czarnego łotra jeszcze zacny szewc Compère (który, owszem, przeżył, ale jak wielu – na odległych obrzeżach) i dotąd ni odtąd nieznana dzieweczka Havivra de Ifrile, wyprawiona z koszyczkiem do cioci: widząc, co się święci, zdążyła zwiać (w tempie odrzutowca) do wody. Jeszcze po II wojnie światowej, przybyły na wyspę w swojej inicjacyjnej pisarskiej podróży Patrick Leigh Fermor zapisze legendę o trędowatych, którzy w krytycznych dniach zbiegli z pobliskiego leprozorium i ukryli się w zalegających ulice skazanego grodu tłumach.

Fermor był autorem rzeczowym. Dał obraz Martyniki treściwy, kolorowy, zwięzły. Mieszczą się w nim tradycje dumnej kreolskiej „plantokracji” i dumna nowa czarna inteligencja, i typy jak przybyły z Europy inżynier, przeklinający drzewa chlebowe za to, że dają bez wysiłku żywić się murzyńskim leniom. Jest pamięć rządów Vichy, ale też i rzadko spotykana integracja i stopienie ras, ideologia négritude i nabierające rozpędu rządy Aimé Césaire’a. Jest wypierająca z rynku rum, trzeźwa jankeska Coca-Cola. Zarosłe ślady Józefiny z jej cesarską karierą i niewolnikami. Choć najwidoczniej zajmuje go społeczeństwo, Fermor chłonie też i opisuje przyrodę: rytm pasatów, nagłe orzeźwiające deszcze, nocne połowy homarów na płyciznach – czarny strup miasta Saint-Pierre wspomni mimochodem, jak coś niewygodnego na obrzeżu, które przecież wyludniło się po katastrofie. Życie wyspy przeniosło się na jej południe, mnoży się tam i kwitnie do dzisiaj.

 

 

Jednak ciekawe – w kilka lat później rzeczowość Fermora nagle pęknie. Raz w życiu napisze on powieść. Akcja Skrzypiec z Saint-Jacques toczy się w retrospekcji, której ramę stanowi spotkanie żyjącego w Grecji autora z enigmatyczną starą mademoiselle Berthe, mieszkającą obok w towarzystwie greckiej służki. Kiedy dama nabierze zaufania, zaprasza go na kolację, po której opowie mu historię swojego życia, odkąd młoda i uboga przybyła w charakterze guwernantki na antylską wyspę. I czego tam nie będzie! Wulkan, miasteczko i plantacje, i feudałowie jak z dawnych epok wyjęci, naprzeciw republikańskich parweniuszów na urzędach, i na plantacjach rzesza półczarnych famulusów, przez feudałów w trybie droit de seigneur napłodzona; i bezbrzeżne a niewyznane zakochanie lesbijskie w pannie Sosthéne, którą Berthe ma pod opieką, i potajemne uwiedzenie tejże panny przez cynicznego syna gubernatora – bigamistę, i nareszcie wielki bal, którym kulminuje kolonialna dekadencja, pełen pieczonych iguan i tańców ze żmijami, a wśród karnawałowych masek wmieszali się w tłum trędowaci, z nieba zaś sypie popiół coraz gęstszy i naraz okazuje się, że Sosthéne właśnie uciekła z lubym, więc na ratunek rusza jej brat i Bertha, i paru zaufanych mylnymi tropami przez dżunglę pełną nie wiedzieć przed czym uciekających zwierząt aż nad morze, gdzie guwernantka widzi z pokładu najpierw erupcję wulkanu, potem ognisty spływ, grzebiący miasto i plantację, wreszcie wyspa pęka i cała zapada w otchłań jak u Jules’a Verne’a nieledwie.

Jak skądinąd wie narrator i co natychmiast mówi Bercie – bo zna Antyle – sąsiedni wyspiarze wciąż opowiadają, że w miejscu po Saint-Jacques do dziś w karnawale słychać spod wody dźwięk skrzypiec wielkiego balu. I jeżeli dotąd można było się zastanawiać, czy kamp nie jest tu świadomie stosowanym medium i czy Fermor rzuca się w fantasmagorię głową naprzód po to, by przedrzeć się pod nią i dojść zaginionego saint-pierre’skiego doświadczenia, niemiłosierny kicz konkluzji upewnia, że jednak uwikłał się i utonął. Berthe rozpromienia się na wieści narratora – bo właśnie to, że świat wyspy wszystek umarł, najmocniej ją trapiło. Powieść wkrótce przerobiono na operę; nie miała powodzenia. Fermor zaś po rzeczonej własnej erupcji, jak wiemy, do końca życia trzymał się już ściśle faktów.

 

 

Saint-Pierre formalnie nie istniało przez jakie dziesięć lat. Klecono coś tam jednak, odbudowywano, władze przywróciły więc jednostkę administracyjną i z biegiem czasu odżył ogryzek miasteczka – z ułamkiem dawnej ludności – wzdłuż dwóch idących obok siebie przy samym brzegu morza ulic. Nanizały się tu krzywe domki przetykane czarnymi ścianami dawnych ruin, same czarne od wszechobecnej karaibskiej pleśni. Donikąd prowadzą w poprzek błotniste zaułki o nazwach jak Rue de Petit-Versailles. Na uboczu, pozbawiona drzwi, obrosła mchem, trwa nikomu niepotrzebna cela Samsona, kawałek dalej posadzka teatru. Za kamiennym mostem na Roksolanie wrosło w ziemię rumowisko po kościele, obok z palet i płótna sklecona sąsiedzka altana, gdzie na drewnianej skrzynce stoi jeszcze butelka po wczorajszej libacji. Na końcu drogi zaś, wyżej, jedyna tu śmiała budowla: obserwatorium, skąd dniem i nocą śledzi się obłożony teraz siecią czujników wulkan. Trochę drży, od pięciu lat poziom czujności podniesiono znów na żółty, ale tego nie widać: miasteczko pozostaje nieobecne i senne. W małym muzeum katastrofy, przy starej fontannie, zgromadzono trochę nierozkradzionych objets trouvées; strzałki pokazują miejsca zatopienia najważniejszych wraków w leniwej zatoce. Fotografie pokazują poskręcane zwłoki. Widać, jaka masa ich tu była, ale popiół z nich dawno się wymył, zbrylił, wymieszał, w końcu cały grunt tutaj z zestalonego popiołu; katastrofa przeszła do dziejów naturalnych i choć nie brakuje wokół rzeźb, instalacji, tablic i pomników na lądzie i pod wodą, starających się coś oddać, sformułować, zatrzymać w pamięci – pozostałe po niej grudy nie są już ludzkie i do niczego co świadome nie mogą należeć; o zmierzchu na ulicach nie ma żywego ducha, tylko w domach widać światełka i co wieczór z któregoś z nich dobiegają nieporadnie i uporczywie ćwiczone gamy na saksofonie.

TOMASZ KUBIKOWSKI

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek