Poniekąd wbrew tytułowi, Natchnienie Mrożka, krótki tekst wspomnieniowy z Dziennika powrotu, okazuje się zdecydowanie racjonalną apologią sztuki pisarskiej. „Z przyczyn, które dla konkluzji tego opowiadania nie mają znaczenia, więc powiem tylko, że nie ideologicznych, odwiedziłem hippie farm, czyli fermę ustronną, pięknie położoną, gdzie kilkanaście czy kilkadziesiąt bardzo młodych osób szukało kontaktu z Istotą Kosmosu”. Autor nie zwodzi czytelnika, problem zamykający tę prozę jest ogólniejszy niż jakikolwiek powód, który przywiódł Mrożka do hipisowskiej komuny. Jako gościa czy obserwatora – skoro odwiedził – ale jednak tam. Chyba mamy tu również grę z odbiorcą, kierowanie jego uwagi także w mniej chwalebne kwestie poznawcze. Czy bowiem tylko wścibskiego czytelnika intryguje pytanie, co właściwie pisarz tam robił? Cherchez la femme? A może chciał przyjrzeć się z bliska jeszcze jednej dziwności życia społecznego? Rozgrzeszam się z ciekawości, gdyż doprawdy pojawienie się tego akurat pisarza wśród hipisów nie może nie wydać się szczególne. Przede wszystkim zaś nawet niezdrowa ciekawość ma tu swój rewers: myli się każdy, kto twierdzi, że Mrożka przejrzał, rozgryzł i podsumował.
Takich niespodziewanych sytuacji jest w jego dziele więcej. Dziennikowy zapis z 26 lipca 1985 rozpoczyna się wyosobnioną w akapit Danette V. Choi. Dzięki Maciejowi Urbanowskiemu, autorowi przypisów, wiadomo, iż pani owa jest „autorką broszury Social Buddhism wydanej nakładem Dharma Buddhist Temple of Hawaii”. Zapewne odnotował Mrożek lekturę z tamtego dnia, a czyta się rzeczy najróżniejsze. Czy książeczka spowodowała, że diarysta, nie po raz pierwszy przecież, przypomniał sobie kilka nieprzyjemnych epizodów z biografii? Po czym przymierzył którąś tezę do siebie, by zaraz powiedzieć o niedopasowaniu i podsumować Buddyzm społeczny: „Tyle Danette V. Choi, Ph.D. o Dharma Buddhist Temple of Hawaii”. Podanie naukowego stopnia autorki staje się jeszcze jednym sygnałem dystansu, podobnie jak przepisanie pełnej nazwy instytucji i jej miejsca.
Czy zatem sięgnięcie po broszurę zadziałało wspomnieniowo? W każdym razie prawdopodobnie nie bez związku z lekturą zapisał Mrożek listę niepowodzeń:
„Kiedy miałem siedem lat – zdrowie bardzo złe.
Kiedy dziewięć – koniec rodzinności. (Kryzys w rodzinie).
Kiedy szesnaście – duży potencjał intelektualny, spirytualny, donikąd nie skierowany, ponieważ brak przewodnictwa (guidance).
Kiedy osiemnaście – powziąłem niewłaściwą decyzję dotycząca zawodu? Źle wybrany zawód do tej pory”.
Tę niewłaściwą decyzję opatrzył Urbanowski komentarzem: „Od 1949 roku, po zdaniu matury, Mrożek studiował kolejno na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej, na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i na orientalistyce na Uniwersytecie Jagiellońskim; ostatecznie studiów tych nie ukończył i zaczął pracować jako dziennikarz”. Prawda, tyle że nie wiem, czy o porzucane kierunki tu chodzi. Osiemnaście lat skończył Mrożek rok wcześniej, w 1948, ale dobrze, może rzeczywiście wtedy zapragnął być architektem. Poza tym niewykluczone (bo stan teraźniejszy, skutki decyzji trwają), że właśnie zawód pisarza uznał diarysta za błędny wybór. Gdyby potrzebny był dowód na metafizyczność Mrożka, proszę bardzo: przebywał on zawsze gdzie indziej, o czym tak przekonująco i przejmująco świadczy Dziennik.
A studia, choć wszystkie przerwane, nie zaszkodziły. Wiedza i umiejętności nabyte na ASP przydały się rysownikowi. Na oddziaływanie orientalistyki nie mam w tej chwili argumentu pod ręką (chyba że uznać ten kierunek za zapowiedź późniejszego tomu korespondencji z orientalistą Wojciechem Skalmowskim), niemniej w dziennikarskich publikacjach Mrożka z wczesnych lat pięćdziesiątych znać, że napisał je ktoś co nieco o architekturze wiedzący. Stefan Szlachtycz, kolega z lat młodości, zapamiętał: „Hipek [czyli Mrożek] wygłosił ognistą filipikę o zbędnej przydatności studiów przy realizacji filmów, rozszerzył potem ten pogląd na wszelką twórczość. Miał, widać potrzebę wewnętrzną rozliczenia się ze swoich życiowych, antystudenckich wyborów, musiał ukonstytuować je w filozofię”. Ale Szlachtycz wspomina kąśliwie (odsyłam do pierwszego odcinka niniejszej rubryki), nie trzeba zatem brać za dobrą monetę przypisanego Mrożkowi mechanizmu kwaśnych winogron. Inna rzecz – bo doprawdy inna – że relacje pisarza z uczelniami wypadały raczej kontrastowo. Mrożkowa krytyka akademii warta jest poważnego namysłu.
„Wydawało mi się, że pustka. Okazuje się, że pustka może się rozrzedzać w nieskończoność. Niestety, obawiam się, że to teraz jest pełnią w porównaniu z tym, co może jeszcze nadejść”. Tak charakteryzował Mrożek swój stan wewnętrzny, a więc i zapatrywanie na świat, 4 grudnia 1973. To pierwszy z ciągu zapisów, w którym obok daty pojawia się też nazwa instytucji: State College. Tam przez kilka miesięcy Mrożek wykładał. 7 grudnia na Uniwersytecie Pensylwańskim skonstatował: „Całe życie goniłem za nieskończonym. Człowiek tak czy inaczej żyje w czymś skończonym”. Przy takiej duchowości socjologia uczelni nie mogła nie odsłonić swojej mizerii. I rzeczywiście. 4 lutego 1974 najpewniej patrzył Mrożek na campus przez okno z bardziej niż mniej wysokiego piętra: „Uniwersytet polega (z pewnego punktu widzenia) na ogromnej ilości małych figurek, szybko poruszających się między budynkami. Każda niesie jakieś książki i zeszyty”. Ktokolwiek miał do czynienia z uniwersytetem – ale, warunek konieczny, nie zatracił się w figurkowatości – ten nie przestanie podziwiać Mrożkowskiej metafory. Obraz zapisany został powściągliwie, z dystansem. Dwa miesiące później w Madison, Wisconsin potrzebny był już styl bardziej bezpośredni. Tamże na uniwersytecie Mrożek uczestniczył w konferencji, miał wykład.
„Wystąpiłem. Z wypowiedzią. Za tysiąc dolarów. Ale kosztowało mnie samego wiele – tyle lat, czyli doświadczenie.
Uniwersytety trwają, bo co mają robić. […]
Bezsens owych szkolarzy pasożytów, tych profesorów i znawców od kultury i sztuki. […] Na każdym kroku egzystencja wyje z niezgody z esencją, tylko studenci, niektórzy, są prawdziwi. I jacy brzydcy oni, ci profesorowie. Może się odechcieć wszelkiej wiedzy. Nie chodzi nawet o ciała, ale o dokładny brak ducha, brak stylu. […]
Ci kibice od kultury – typ szczególnie brzydki”
(zapis z 3 kwietna).
Jeśli ktoś chciałby utrzymywać, że autor pisze o fizycznej brzydocie najpewniej niemłodych profesorów, bo lęka się własnego starzenia, które z wolna się zbliża – ów ktoś może sobie tak po amatorsku psychologizować, jego strata. A wystarczy pofatygować się na pierwszą lepszą radę wydziału, aby zobaczyć, że Mrożek nic a nic nie przesadza. Nieustanny wewnętrzny niepokój, krytyka siebie aż do samoudręczenia – i takie „ja” styka się ze społecznością pewną swego i promieniejącą samozadowoleniem. Niedopasowanie nieuniknione.

W 2012 Mrożek został doktorem honoris causa Uniwersytetu Śląskiego. By tak rzec, wielość głosów musiała się złożyć także w dysonans: zbyt duże jest napięcie między Mrożkiem a instytucją w instytucji, którą stanowią procedury przyznawania honorowego doktoratu. Za pierwszym zresztą razem, na UJ-ocie, zazgrzytało przeraźliwie. Małgorzata Sugiera, autorka monografii dramatów pisarza oraz recenzentka jego przewodu doktorskiego na US-iu, przypomniała: „Dobre dwadzieścia lat temu spełzły na niczym wysiłki części Rady Instytutu Filologii Polskiej, żeby uroczysty Festiwal Mrożka w czerwcu 1990 roku uświetnić nadaniem Mu [majuskuła zapewne ze względu na uroczystość sytuacji – A. P.] wspomnianego tytułu krakowskiej Alma Mater. Co istotne, wniosek nie znalazł wymaganego poparcia nawet wśród polonistów. Tak przemożne okazały się argumenty tych, którzy między zaszczytnym tytułem naukowym a twórczością komediopisarską, nawet najwyższego lotu, uznaną w kraju i za granica, widzieli niemożliwą do pokonania przepaść”. Sugiera przedstawia sąd, którego oczywiście nie podziela, i usiłuje raczej wytłumaczyć niż usprawiedliwić sposób (powiedzmy) myślenia swojego akademickiego koleżeństwa. Powiada dalej recenzentka: „Dzisiaj sytuacja zmieniła się na tyle, że coraz częściej mówi się o twórczości artystycznej jako o uprawianiu nauki (art-as-research)”. Zamyka zaś swój tekst w ten deseń: „I z całą świadomością nie używam tu słowa «badanie» w sensie metaforycznym, lecz – zmierzając do konkluzji – w sensie jak najbardziej dosłownym, przyjętym w gronie Akademików. Sławomir Mrożek bowiem z całą pewnością zasłużył na to, żeby się w nim znaleźć”. Dwoje innych recenzentów, Stanisław Gębala i Barbara Gutkowska, pisze intrygujące i istotne rzeczy od siebie, wypowiedź Sugiery jawi się natomiast osobliwie. O „sztuce-jako-badaniu” była już mowa, poza tym badaczka przywołuje na pomoc zwrot performatywny, Paula Watzlawicka, „psychologa i filozofa amerykańskiego austriackiego pochodzenia”, formalistów rosyjskich, Bertolta Brechta i Michela Foucault. A wszystko nie po to, by tym więcej Mrożka skomplikować i tym wyżej wynieść, lecz raczej dla usprawiedliwienia go przed akademią; nie przesadzę, uszczegółowiając ten adres do akademickiego betonu. Autorka Dramaturgii Sławomira Mrożka tym razem zainkarnowała się w instytucję.
Mrożek zachował się wysoce kurtuazyjnie: przedzierzgnął się w regionalistę. „Szanowni Państwo, domyślam się, że uroczystość nadania tytułu doktora honoris causa wymaga ode mnie, abym wygłosił do zebranych tu osób przemówienie o Śląsku”. I opowiedział o swojej pierwszej żonie Marii Obrembie, urodzonej w Katowicach, w tym też mieście pisarz ją poślubił. Krótki wykład staje się trenem. Mrożek przedstawia żonę jako osobę, bez której nie zdecydowałby się na tak zasadnicze dlań i dla jego dzieła opuszczenie Polski w 1963.
Żarty, które padają w trakcie akademickich zebrań czy uroczystości, nie dorównują, rzecz jasna, poziomowi Mrożkowego komizmu. Jakieś tam granice by jednak istniały, gdyby nie „ten brak ducha dokładny, brak stylu” (patrz wyżej). Wygłaszający laudację Marian Kisiel pyta tedy i wyjaśnia: „Dlaczego przyznajemy doktorat honorowy Uniwersytetu Śląskiego Autorowi Vatzlava? Wiele jest po temu powodów. […] Ale także dlatego, że Sławomir Mrożek wyznał, iż z Katowicami połączyła go miłość”. A gdyby zakochał się i ożenił z krakowianką lub panną z Poznania?
ADAM POPRAWA