Myślę nieraz o tym, jak wyglądał. Albo inaczej: jak powinienem wyobrażać sobie, że wyglądał – on konkretnie. Ta twarz…
Owidiusz, którego zna Europa Zachodnia, to poeta Rzymu – przystojniak i bawidamek, mistrz lekkości, ironii, kreacji. Ale istnieje też drugie jego oblicze, nie mniej prawdziwe: to profil strudzonego podróżnika, wygnańca, duchowego nędznika. Ten Owidiusz nie przemawia z kart monumentalnych, kunsztownie zdobionych edycji Metamorfoz i Sztuki kochania, lecz spomiędzy zniszczałych zwojów-listów słanych do bliskich znad Morza Czarnego; z głębi cierpienia. Zachód – Florencja, Paryż, Oksford – cytuje amanta i mitografa. Wschód – Kijów, Wilno, Kraków – podaje sobie z ust do ust frazy samotnika i potępieńca. I właśnie ten drugi profil mówi o nas, Europejczykach Wschodnich, naszą prawdę: poezja nie tyle tworzy świat, co próbuje go ocalić; nie tyle zmienia, co pomaga w walce o trwanie.
Stanisław Vincenz, Jerzy Stempowski, Czesław Miłosz, Jan Parandowski czy Zygmunt Kubiak, jak i inny nasi wielcy humaniści, zwracali słusznie uwagę, że Polak ukształtowany został tyleż przez zachodnią szkołę łacińską, co przez „domowe nauczanie” w rycie wschodnim. Ów „wiatr od Kolchidy” – jak w Rumunii, Ukrainie czy na Węgrzech – wieje u nas od tysiącleci, niosąc z sobą zapachy i brzmienia Morza Śródziemnego; to ten sam, choć nie taki sam, „świat antyczny”. Grecja i Macedonia, Tracja i Panonia, Olimp i Troja! – bliższe są nam geograficznie, ale i organicznie, aniżeli Rzymianom z Rzymu. Mroczne wieczory i mroźne poranki, surowe sarmackie zwyczaje i niezrozumiałe trackie słowa, moczary słowiańszczyzny i bałkańskie lasy – nic z tego nie należy do zachodniej tradycji literackiej, ale należy jednak przecież do poetyckiego świata Owidiusza.

Studiowali i naśladowali go – tego Owidiusza nieszczęsnego, osamotnionego, wyczekującego śmierci na odludziu – poeci naszego regionu od Klemensa Janickiego po Osipa Mandelsztama. A Norwid pisał:
Augusta wiek, tak zwany złotym, promienieje…
Wszelki pracownik słowa iści swe nadzieje.
Jakkolwiek do dziś jeszcze nie znamy przyczyny
Dla której Owid smętne nawiedził równiny
Bez zielonego lauru, lecz w burce tułackiej,
Ani gdzie zmarł ów pierwszy poeta sarmacki.
(Rzecz o wolności słowa)
Nasz Owidiusz to przybysz z Południa, ale i swojak. Światowiec, ale i outsider. A nade wszystko: poeta zbiorowej samotności.
Ilekroć opowiadam komuś z Europy Zachodniej lub Stanów Zjednoczonych o „naszym” Owidiuszu, ilekroć uświadamiam owidiologom i owidiomanom, że drugi profil poety jest również frapujący – widzę zdumienie w ich oczach. Poezję z okresu wygnańczego (Żale i Listy z Pontu), którą tradycja wyprowadzona w pole przez samego poetę z rozpędu uważa za „mniej dopracowaną”, rozpatruje się tam głównie pod kątem jej wiarygodności – to znaczy: czy poeta rzymski istotnie został (gdzieś „tam”) wygnany? Oczywiście, że mamy z tym kłopot: brak nam innych źródeł, niejeden szczegół budzi wątpliwość, a poeta pozostaje do końca tajemniczy. Tymczasem wiersze te nie mają składać się na zbiór reportaży, lecz żywy portret wewnętrzny egzula; i w tym, ani wcześniej, ani później – nikt Owidiuszowi nie dorównał.
Nieszczęśliwy w dzikim Tomi, takimi słowami prosi poeta o gościnę w dzikszej dalece Barbarii:
Królów potomku, królu, którego szlachectwo
Imienia Eumolpa aż sięga – Kotysie!
Czy już wieść gadatliwa dosięgła twych uszu,
Że los mnie porzucił u twojej granicy?
Głosu mego wysłuchaj, najmilszy z młodzieńców,
I pomóż (błagam cię!), pomóż wygnańcowi!
(Listy z Pontu II, 9)
Ale zostawmy teraz Owidiuszowe „życie po życiu”. Legenda jego pośmiertna to ogród o wielu ścieżkach, które rozwidlają się na wszystkie strony, po całym – dosłownie – Międzymorzu; a zatem i wielość wątków parabiobiograficznych i pseudo-tożsamościowych. Owidiusz najbardziej zresztą pociągający to Owidiusz-awatar literacki; postać. Interesuje mnie tu tego Owidiusza twarz; twarz, która – niczym księżyc – oświetlona jest zawsze tylko z jednej strony…
Więc – jak wyglądał? Czyż w twarzy nie odbija się życie, jego temperament i rytm, jego triumfy i upadki, jego lekkość i ciężar? Czyż nie ma w jej fizjonomii jawnych bądź ukrytych schematów-kluczy?
„Od kilku miesięcy mieszkam znów w Szwajcarii – pisał Jerzy Stempowski – w mieście, gdzie zamożność łączy się od kilku wieków z poczuciem porządku i umiaru. Jeżdżąc codziennie tą samą linią tramwajową, znam już z widzenia część pasażerów. W ubiegłym tygodniu uwagę moją zwrócił siedzący przede mną mężczyzna […]. Im dłużej nań patrzyłem, tym wyraźniej zarysowywały się różnice dzielące go od pozostałych pasażerów […]. Potomkowie dawnej ludności imperium są wciąż obecni w Europie. Zgodnie z prawem Mendla czyste ich typy pojawiają się znów mimo małżeństw mieszanych. Kto ma w pamięci rzymską rzeźbę portretową, poznaje wciąż w tłumie przechodniów żywe repliki głów z Museo Capitolino. Mój […] sąsiad z tramwaju np. przypominał mocno Gordiana III, którego portret z uszkodzonym nosem znajduje się w rzymskim Museo Nationale. Czy jednak u tych odległych potomków Rzymian zostało coś z typu zachowania się przodków? Jeden z moich przyjaciół ma uderzająco rzymskie rysy. Kiedy słyszę go dyskutującego kwestie prawne lub widzę pracującego w ogrodzie, wydaje mi się, że lada chwila odwróci się i zagadnie do mnie po łacinie. Jego behaviour odpowiada dokładnie jego rysom. Jest to jednak być może tylko przypadek. Często chciałbym zatrzymać na ulicy nosicieli rzymskich głów i zadać im kilka pytań. Myślę nawet chwilami o ułożeniu kwestionariusza pozwalającego łatwo zorientować się w ich trybie zachowania się”.
Znamy oczywiście trochę rzeźb i portretów, które – bardziej bądź mniej starannie – próbują dać wyobrażenie o nim. Nie sądźmy jednak, że pokazują nam one istotnie tego akurat człowieka. Owidiusz z puklami, Owidiusz łysiejący. Pogodny, melancholijny. Czasem dworzanin, kiedy indziej urzędnik. Raz utracjusz, raz nieszczęśnik. Każda epoka rzeźbiła go i malowała po swojemu – zgodnie z własnym stylem, własnym przekonaniem i własnym celem. A nawet i ów klasyczny wizerunek, który znamy z Sulmony i Tomi, jest zapewne idealizacją…
Ta twarz… myślę… należy nie do jednego człowieka, ale do wielu: wielu Rzymian, wielu mężczyzn, wielu poetów, wielu wygnańców. Ale nie dlatego, że jest pusta czy banalna, nazbyt typowa, lecz bo nosi ślady tak liczne i różne: cień ironii i grymas bólu, błysk dumy i blask geniuszu. Coś ulotnego i coś z wieczności… Ma to wszystko, lecz – co oczywiste – nie wszystko to widzimy naraz; gdy jeden z tonów zaczyna się wybijać, inne przygasają… I twarz się zmienia…
Więc – kogo widzę, gdy patrzę w Owidiusza?
JACEK HAJDUK