HOME
Ewa Bieńkowska

Adam i Ania

Wśród moich książek panuje chaos. Bierze się przede wszystkim stąd, że regały nie są tych samych rozmiarów, są z zasady przeznaczone na książki o różnym formacie. Myśl ta nie była pozbawiona sensu. Na przykład książki wymiaru kieszonkowego stłoczone razem mogły być powieściami kryminalnymi albo podręcznikami szkolnymi. Razem stoją albumy, niezależnie od ich tematyki, te z reprodukcjami dzieł sztuki i dużego formatu tablice z danymi z trygonometrii lub z pomiarów silników spalinowych. Bo taki był zawód mojego męża. Jeśli znalazły się książki na ten sam temat, ale mniejszych rozmiarów, miały prawo do wąskich półeczek w zupełnie innym miejscu biblioteki. Za ten rodzaj porządkowania płaciłam drogo: godziny, czasami dni poszukiwania wedle tego, jak mi się zdawało. Najlepiej wychodziły na tym serie wydawnicze, ale należało pamiętać, w jakiej serii ukazał się poszukiwany tytuł. Przerzucanie całych hałd druków miało też działanie uboczne jak niektóre lekarstwa. Naraz wpadał w oko tytuł niemający nic wspólnego z moimi potrzebami i zaczynało się przeglądanie, które mogło zająć połowę dnia. Ile tłumionej złości kosztowały mnie te zajęcia, szczególnie gdy potrzeba znalezienia tej jednej książki była rzeczywiście pilna…

A poeci? Gdzie i jak ich ustawiać? Są wydawani dość fantazyjnie, nie mówiąc o tomach jubileuszowych, z zasady rozdętych. Zadanie było prawie beznadziejne. Przyznam, że taka była przyczyna (jedna z przyczyn), że nie napisałam pożegnania dla Adama Zagajewskiego. Byłam wtedy otoczona śmiercią, za dużo jej było… w krótkich odstępach. Kręciło mi się w głowie, nie nadążałam za pogrzebami i bałam się ich. Uważałam te „wyroki losu” za niedopuszczalne, obierając za punkt widzenia spojrzenie nie tyle przyjaciela, ile czytelnika. Bo przecinając egzystencję, śmierć przerywała pracę, projekt, w którym nikt autora nie zastąpi. Obie śmierci zdawały mi się niewiarygodne. Ból z powodu Wojtka Karpińskiego, ból z powodu Adama Zagajewskiego. Zapewne, są artyści wyczerpani pracą, chorobą, wiekiem, którzy nie buntują się, przeczuwając bliski koniec. Na ogół wiemy o tym i poza osłabieniem związanym z posuniętym wiekiem zakładamy okrucieństwo takiego przerwania nitki życia. Mitologia grecka jest pełna zdarzeń, gdzie matka, żona, przyjaciel przeciwstawiają się nieubłaganym nożycom, z wystawieniem własnego życia na szwank. A propozycja zamiany? Moje życie za jego, jej życie? Czy wielu się na to godziło?

Od dnia śmierci Adama nie czytałam jego wierszy ani esejów, bo były zbyt intymnie z nim związane. Były jak tabu. Wyobrażałam sobie cofnięcie się czasu w wierszach, które były wyjątkowo mi bliskie, oznaczały spotkania z tymi samymi miejscami, podobne reakcje jak kiedyś. Czy teraz, dzisiaj, coś się stało? Czy obudziła się tęsknota za jego poezją? Szukając w myślach, przypomniałam sobie, że niedawno doszła do mnie wiadomość, że Anna Arno zdecydowała się na pisanie biografii Zagajewskiego. To był dreszcz. Zastanawiałam się nad tym przez długą chwilę. Dreszcz – z jakiego powodu? Przecież nie było tak, że odbierała mi temat. Nic podobnego nie było na moim horyzoncie realne – czułam, że nie mam narzędzi na taką pracę. Ona wykazała już dużą wirtuozerię w tej dziedzinie – i to parokrotnie. Jej biografie, które na pierwszy rzut mogły się wydawać grzecznie uporządkowane, przy każdej nowej próbie, przy każdej nowej postaci pisarza, wydawały się pełniejsze, komunikowały czytelnikowi tę literacką głębię, jaką się uzyskuje czasem w czytaniu powieści.

Musiałam czytać te książki wielokrotnie. W drugim czytaniu czułam, jak rzecz się oczyszcza ze spowijającej ją mgły. Albo mgła, jak się okazywało, należała do samego przedmiotu opisu. Nie była to chmura otaczająca moją obawę, moją zazdrość nawet, lecz to, o co naprawdę chodziło, stosunek biografki do jej bohatera. To było szczególnie wyraźne w książce o Paulu Celanie, gdzie chłodny nurt języka to nie założony dystans i nie bezradność. Autorka umiała opleść swój przedmiot obfitością informacji, tym rodzajem zrozumienia, które przejawia się w niezwyczajnej delikatności, w tym, co nazywamy współodczuwającym rozumieniem. To również sprawa jej osobowości, w której jest duża wstrzemięźliwość, umiejętność milczenia w chwilach, gdy rozmówcy za bardzo podniecają się tematem.

Adam rozkwitał w rozmowie, gdy czuł, że drugi w jakiś sposób wierzy w niego, w jego szczególne miejsce wśród rzeczy świata. Wydaje mi się, że nie było to takie trudne. W każdym razie dużo zależało od rozmówcy. Poeta miał tę wzruszającą słabość, że szukał w drugim bliskiej duszy. Nie wiem, jak to było w spotkaniach tête-à-tête z innymi. Ja byłam łatwym łupem, topniałam wobec jego skarg na życie powszednie i trud zorganizowania miejsca i atmosfery do pracy. Ważne były chwile wymiany reakcji na utwory muzyczne, na powieści. Unikałam rozmowy o innych poetach, z wyjątkiem, od czasu do czasu, Miłosza. Do chwili, gdy mi powiedział, że są tacy, co go oskarżają o naśladownictwo. I zapytał, co ja myślę o tym zarzucie. Zdrętwiałam. Zaprzeczyłam gorąco. Czułam, że to może być prawdziwy temat – nie naśladowanie, lecz stanie pod potężnym nurtem żywiołu tamtej osobowości poetyckiej. Pomyślałam, że teraz, po tym pytaniu, dużo czasu upłynie, zanim zaryzykuję spytać, jaki jest jego sposób odczytywania starego poety. A może nigdy tego nie zrobię. I tak się stało, że moja wola, okazało się, nie mogła w tym mieć żadnego udziału. A potem wiadomość o śmierci Adama.

Te myśli towarzyszyły mi, gdy ręka, dotykając grzbietów książek, trafiła na jedną, dość cienką, której kształt i czarna okładka w pierwszej chwili nic mi nie powiedziały. Ale zaraz przyszło przypomnienie. Ten tytuł, wtedy, niezbyt mi się podobał: Niewidzialna ręka. Skojarzenia miałam upiorne. To nie „niewidzialna ręka rynku”, do której tęskniliśmy pod komunizmem. Coś z seansu spirytystycznego, kiedy naraz, w ciemnościach, jakiś przedmiot przesuwa się na stole, bez materialnej przyczyny, popchnięty nie-widzialną ręką. Czarna okładka i garść kości do gry rozsypanych, patrzących na mnie zagadkowymi czarnymi dziurkami. Pierwsza myśl: to nie jest on! Adam może nie jest niechętny takim seansom, zwłaszcza gdy kryją w sobie coś zabawnego. Ale ten żałobny kształt, biel kości, tytuł, który naraz przeraża, ma coś nieludzkiego. To był tomik, który nie przykuł mojej uwagi, gdy został mi ofiarowany z dedykacją. Ze strony obdarowanej takie zachowanie jest po prostu nieprzyzwoitością. Dlaczego? Obok groźnej oprawy były inne znaki. Może jego wersy były dłuższe od tych, do których Adam nas przyzwyczaił, zapowiadały coś masywnego, rytm inny niż zwykle. A przecież wierszy Adama nie pisał Ariel. Były akcenty tragiczne, nawet zaprzeczające nadziei. Reakcja na umieranie ojca, poczucie utraty. Świat, który dopuszczał – może nawet uprzywilejował – straszności…

 

 

Ale dla mojej wrażliwości jego wiersze nie tylko miały coś przyjaznego, były afirmacją, były czułością. Zdolnością dostrzegania tego, co pomijane, ale wnoszące w nasze istnienie zgodę z poczuciem nieskończonego obdarowania. Na przykład ptaki, krążące wokół katedr i starych budowli, drzewa, z góry z nami zaprzyjaźnione, zachody słońca, zawsze zaskakujące, uroda rzek… Są ludzie – w porównaniu z naturą nie są zbyt natrętni, robią wrażenie, że nieśmiało zamieszkują Ziemię. Są już starsi, mogli być nauczycielami i jakaś woń smutku, może przegranej, unosi się wokół nich. Autor ma dla nich coś z niedającego się opisać współczucia. Przez podobieństwo do ojca? A może za sprawą najbardziej powszechnego poczucia, od dzieciństwa, że to stoi również na naszej drodze, niesprawność, przytępienie receptorów, nierozumienie, dlaczego tak jest?

Ale to nie wszystko: jest mała dziewczynka, która, recytując Dantego, wypłasza śmierć, jakby ta była nietoperzem. Jest ton jego najsłynniejszego wiersza, który okazał się opowieścią o niespodziewanym zadaniu śmierci zwykłym ludziom w Nowym Jorku. Myślę sobie, że sformułowania tego wiersza, mocne jak słowny talizman, mogły zostać w pamięci poety i nie opuszczać go w najbardziej szczęśliwych momentach. Nie pisze się bezkarnie takiej linijki: „Będę opisywał okaleczony świat”.

Nie pamiętam, kto utworzył zbitkę słowną: ekstatyczny pesymista. Czyżby Miłosz? Czy pasuje ona do Adama? Jako do człowieka – nie mam pojęcia, za rzadko z nim przebywałam. Nie zadawałam najważniejszych pytań. Ktoś śmie je zadawać, przechadzając się z poetą? Ale Adam od wierszy? Obok szczęścia utworów, które od razu trafiały do serca, nie tylko przez nastrój, ale i przez ciekawe zestawienie słów, naprowadzenie czytelnika na nowe widzenie, są momenty zmęczenia: za dużo piękności, za dużo patosu, świat obdarza poetę samą śmietanką dni. Nie wiem, jak to jest u innych, mnie nigdy nie było za dużo metafor i przenośni, u Adama była to wysoka sztuka, nic z naciągania struny. Również zdolność chwytania się za język najprostszy: tak mówił jego ojciec, tak mówią czasami przedmioty. Zastanawiam się, jaka była u niego droga od poznania (krajobrazu, człowieka na ulicy, śpiewu ptaka) do formy językowej. Przez jaki dodatkowy zmysł były przepuszczane, dochodząc do postaci, gdzie ze spółgłosek i samogłosek układały się zdania odpowiadające jego głębokim przeżyciom. Więc świat mówi do Ciebie po polsku, pytałam w duchu? Tego pytania nie zadałam i do dziś tego żałuję. Byłoby tym bardziej interesujące, że Adam czytał wiersze w wielu językach. Porozumieliśmy się szybko co do tego, że oboje niezbyt lubimy poezję francuską – za dużo retoryki, za bardzo rozdęte „ja”. Co do mnie, uwielbiałam, jak mówił własne utwory, a robił to rzadko.

Stałam przed półkami, otworzywszy książkę z czarną okładką. Trafiło na Improwizację. Nie pamiętałam jej, może wydawała mi się za bardzo prosta, za bardzo dosłowna? Niemniej dwie pierwsze linie są dość zadziwiające:

 

Trzeba wziąć na siebie cały ciężar świata

i uczynić go lekkim, znośnym.

 

To nie jest zwykła linijka. Jest fałszywie prosta. Kto zadał poecie takie zadanie i dlaczego trzeba go słuchać? Przychodzi reakcja obronna:

 

Cały ciężar? Krew i brzydotę? To niemożliwe.

[…]

Dlaczego mamy kłamać? Przecież uniesienie

istnieje wyłącznie w wyobraźni i szybko znika.

Improwizacja – zawsze tylko improwizacja.

       

A następnie poeta rusza w drogę ze światem na plecach. Jest jego ulubiona pora: wiosenny wieczór, „spokojnie oddychają drzewa, / a noc zapowiada się pogodnie”. To sytuacja stworzona, uświęcona przez Gustava Mahlera, w jednej z jego pieśni na orkiestrę i głos. Adam bardzo ją lubił; powiedział mi kiedyś nieoczekiwanie, że jest do niej bardzo przywiązany. Jest to pieśń romantyczna, gdzie ziemia jest cudowna i zarazem tragiczna. Obraz płaczącej starej kobiety, którą widział w tramwaju; a teraz, w czasie realnym, zgrzyt: telefon, propozycja kupienia nowego modelu samochodu. To niszczy całe skupienie. Rzeczy ukrywają się przed nami, ale wrócą:

 

Zostaje szarość i monotonia; żałoba,

której nie uleczy najwspanialsza elegia.

A może są rzeczy ukryte przed nami

i w nich melancholia miesza się z entuzjazmem,

zawsze, codziennie, jak narodziny świtu

nad brzegiem morza, albo nie, poczekaj,

jak radosny śmiech tych dwóch małych ministrantów

w białych komeżkach, na rogu Jana i Marka,

pamiętasz?

 

To jedna z twarzy tej poezji. Po namyśle i zajrzeniu do wierszy, zmieniam zdanie.

Właściwie nie jest tak, że są utwory smutne i obok nich są radosne. Swoistość wierszy Zagajewskiego nie polega na tym, że jedne są przepełnione szczęściem, a inne smutkiem. Ani na tym, że oba nastroje („i w nich melancholia miesza się z entuzjazmem”) tworzą przeciwieństwo po to, by poprawić samopoczucie czytającego: najpierw nastrój przygnębienia, ciemna powierzchnia ziemi, z problemami, które wpychają w głębokie przygnębienie – a zaraz potem przychodzi zadośćuczynienie. Piękno, nawet małych rzeczy, jest tak silne i ogromne, że odmienia istotę życia. Rozciąga się ono poza granicę widnokręgu, tam, gdzie dla obserwatora znikają chmury i chowają się rzeki. Wszystko w nim uczestniczy – są istoty bardziej do tego przygotowane, jak ptaki. W jego świetle upadają różnice między tworami kultury, a wytworami natury – w ogóle rzeczami ludzkimi, z których niektóre są dramatyczne, jak umierający stopniowo ojciec, a inne słoneczne i świąteczne. Czy ciężkimi przeżyciami zasługujemy na nagrodę? W żadnym przypadku. Piękno jest jakby starsze od tragedii i wyprzedza ją. Może jest źródłem dobra i prawdy, jak u niektórych Greków? Tłumaczyłoby to jego żywotność i wszechobecność; wydaje się nam, że póki jest człowiek na świecie, jest ono niezniszczalne. A zło, nieszczęście? Zagajewski nie jest zawodowym filozofem. Nie musi złu nadawać formy czy pytać o genezę. Piękno ogarnia rzeczy, zaczynając od najmniejszych. Ogarnia moralność: czy nie mówimy o pięknym czynie i pięknym człowieku?

Ta podwójna obecność w świecie – piękna i zła – ukryta jest niemal w każdym wierszu. I dla tej poezji szczególnie charakterystyczne jest ich silne zaplątanie. Poeta nie może wspomnieć o jednym, nie przywołując drugiego. Jaskółki kołujące nad dachem każą od razu myśleć o nieszczęściach pojedynczych albo o złu tak ogromnym jak to, co się dzieje podczas wojny. I jest wtedy obecne, jakby materialnie, obok nas czy w nas – i tak jak śmierć, nie pozwala o sobie zapominać. Chcę przypomnieć końcowy fragment wiersza Opus pośmiertne z tomu Pragnienie, gdzie zbiegają się wszystkie najważniejsze u Zagajewskiego tonacje.

 

Kiedy indziej słuchaliśmy pośmiertnego kwintetu

Schuberta, w którym rozpacz deklaruje się

wielokrotnie, namiętnie, nieomal natrętnie,

ponawiając swój atak na obojętność

wytwornej Sali koncertowej, dam w futrach

i recenzentów, małych wysłanników wielkich pism.

 

A kiedyś na spacerze, o północy, na wsi, w lecie,

zatrzymał nas niezwykły dźwięk: parskanie i rżenie

niewidocznych koni na pastwisku. To było tak,

Jakby noc się śmiała, sama dla siebie, szczęśliwa.

Czym jest poezja, skoro tak mało widzimy?

 

Często wiersze Zagajewskiego są małymi fragmentami biografii, opowieściami, które, chociaż cząstkowe, są pełne, odbijają wielką autobiografię. Autor wie, tak jak Brzozowski, że poza autobiografią nie ma w pisaniu (wierszy) nic prawdziwego. Nie wiem, czy to ułatwia czy utrudnia pracę biografa, to zależy od tego jaką przyjmie poetykę. Z drugiej strony nie przesadzajmy. Bo jeśli biograf jest również poetą – a tak jest w przypadku Anny Arno – poezja biografii jest z założenia inna, wyrzeka się własnych dróg, po to, by na czas pisania odszukać (wedle daru zbliżenia, dzięki literackiej kulturze) odszukać puls poety; to, co uważa on za najbardziej własne, i to, co wyrasta z tradycji, której nie wolno odepchnąć, bo wchodzi się wtedy na pole minowe dowolności. Zagajewski przychodzi po bogatej procesji wielkich poetów w naszym języku, jest w sumie ich następcą. Ale takiego tonu, jak jego ton, takiego widzenia świata nie usłyszymy nigdzie. Może u niektórych francuskich poetów pierwszej połowy XX wieku. To on ich podniósł w moich oczach, w moim uchu. Ale i zaprzeczył im swoją prostotą.

Zadanie, które postawiła sobie Anna Arno, jest trudne i z tradycji, i z nowoczesności. Dysponuje ona narzędziami współczesnymi, których ja nie mam. Zna Adama, pewno długo z nim rozmawiała. Wbrew pozorom to dobry punkt wyjścia. Z pewnością pokochała jego ptaki i drzewa, jego miasta o zachodzie słońca, jego smutek, który ona najczęściej ukrywa. W tym wierszu jest oczekiwanie, jedno z tych małych i dużych oczekiwań życia, niecierpliwych, nawet w późnym wieku.

 

Czym może być ocalenie, jeśli nic nam nie zagraża?

Pośmiertny kwintet! Tylko muzyka rośnie

jeszcze po śmierci, muzyka i włosy drzew.

Gdyby rzeki dały nam miód i mleko zachwytu,

gdyby tancerki znowu zaczęły tańczyć w obłąkaniu….

A jednak nie jesteśmy sami. Staroświecka gitara

któregoś dnia zacznie śpiewać, sama dla siebie.

I pociąg ruszy wreszcie, ziemia zakołysze się

pod jego majestatycznym ciężarem i powoli

zacznie się przybliżać Paryż, z jego złotą aurą,

z jego szarym wątpieniem.

 

Nie muszę ukrywać, jak bardzo czekam na tę książkę. I powtarzam jeszcze raz fragment z tomu Pragnienie: Opus pośmiertne. Nie jest on wesoły, dotyczy zresztą kompozytora zmarłego młodo.

 

Kiedy indziej słuchaliśmy pośmiertnego kwintetu

Schuberta, […]

 

Śmierć jest wszędzie. Piękno jest wszędzie.

To bardzo Zagajewskie wyznanie.

EWA BIEŃKOWSKA

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek