HOME
Jan Zieliński

Spod powieki (Y)

Poniedziałek, 17 sierpnia

Epika Piotra Matywieckiego. Cytowałem już w tym dzienniku (25 maja) krótki wiersz bez tytułu z okazji odznaczenia tego tomu nagrodą Silesiusa. Dziś chętnie go powtórzę („Bóg, żeby istnieć, / skupił się na mnie, / żebym istniał. // Ale ja Go rozpraszam”), bo po przeczytaniu całości myślę, że jest w Epice najlepszy. Choć wcale nie typowy.

W wierszach tego tomu, w duchu jego tytułu, pojawiają się odwołania do Troi i do Itaki, do Kawafisa i Herberta. Tytułowy cykl także rozpoczyna się od przywołania Iliady i Odysei. Z tego cyklu chciałbym się zatrzymać przy wierszu Zaczytany, który nawiązuje do Wergiliusza, do Śmierci Wergilego Brocha, ale jako całość jest elegijnym przywołaniem przyjaciela autora z młodości, emigracyjnego pisarza Chrystiana Skrzyposzka. Zacytuję końcową strofę: „Po latach / nie ułożył się w czasie naprzód ani wstecz. / Źle mu się układało. / Nie miał świadomości, która by układała klepsydrę. / Jego zaczytanie: samobójstwo”.

Drugi cykl epicki w tomie nosi tytuł Czynsz i opowiada historie ludzi poprzez ich mieszkania. W pewnym sensie jego przedłużeniem jest autobiograficzny Adres, w którym Piotr Matywiecki, autor świetnej monografii Twarz Tuwima, zdaje sprawę ze szczególnego doświadczenia, jakim było (czy mogło być?) życie, a nawet samo przebywanie, w mieszkaniu po autorze Skrzydlatego złoczyńcy.

 

Wtorek, 18 sierpnia

Dzieł Józefa Mackiewicza tom trzydziesty ósmy to korespondencja pisarza i jego żony z lat 1955-1984 z kuzynem autora Kontry, Romanem Brykczyńskim. Brykczyński urodził się w roku 1899 w miasteczku Bachmacz w guberni czernichowskiej (Słownik geograficzny Królestwa Polskiego sufluje: „Tu hetman Mazepa miał swój zamek”). Uczył się w Warszawie, był w P.O.W., od roku 1918 w wojsku, potem studiował na politechnice, w Warszawie i w Grenoble. Pracował jako inżynier, przed wojną w Warszawie, po wojnie w Anglii, w Południowej Afryce, w Stanach i znów w Anglii. Wiele lat mieszkał i w roku 1986 zmarł w hrabstwie Kent. Żonę miał Australijkę. Listy nie są przesadnie długie, dotyczą przeważnie spraw konkretnych oraz zachodzących na świecie przemian, którym tak Brykczyński jak Mackiewiczowie przyglądają się na ogół z zatroskaniem i niepokojem. W roku 1969 w liście Mackiewicza pojawia się intrygująca postać enigmatycznego aktora, autora scenariuszy i producenta filmowego Roberta Azderballa (działającego w Polsce, potem w Niemczech i we Włoszech), który chciał zrobić ekranizację powieści Sprawa pułkownika Miasojedowa, ale jak się pojawia tak i znika.

Tym wszakże, co różni ten tom od innych zbiorów korespondencji Mackiewicza są obszerne Aneksy, zawierające szczęśliwie zachowane materiały, dotyczące dziejów rodziny Brykczyńskich od pierwszych dekad wieku XIX – listy, domowe kroniki. Życie codzienne, zsyłki, pierwsza wojna, druga. Wszystko opatrzone czujnymi przypisami Niny Karsov. Niektóre z obecnych tam wątków przedostały się też do korespondencji Mackiewiczowie – Brykczyński.

Na przykład w PS do listu z 9 marca 1974 roku Roman Brykczyński pisze do swego kuzyna: „Przypomniałem sobie à propos de rien jak kiedyś w piękny słoneczny dzień zdaje się zimowy, siedzieliśmy w gabinecie ojca Twego i wycinaliśmy różne rysunki z ogłoszeń w «Oficjalnyj Ukazatel Żeleznodorożnych i Parochodnych Soobszczenij». Doskonale pamiętam ten «Ukazatel» w czerwonej okładce. Po co nam te rysunki były potrzebne nie mogę sobie przypomnieć.

Pamiętam, że staraliśmy się ubrać nasze niedźwiedzie w zbroje z blachy, ale skończyło się na tym, że pokrajaliśmy sobie ręce do krwi. Notabene widziałem u znajomych w Ameryce zabawkę w postaci rycerza wysokości mniej więcej 30 cm prześlicznie i solidnie wykonanego ze stalowej grubej blachy, w pełnej zbroi, z podnoszoną przyłbicą, ruchomymi rękami i nogami i który za pociągnięciem sznurka wyciągał miecz z pochwy i rąbał nim z góry na dół. Skąd się taka zabawka wzięła w małym amerykańskim miasteczku? To robiło wrażenie bardzo dawnego wykonania, pewnie ze sto lub więcej lat. Jaka szkoda że my nie mieliśmy czegoś podobnego w latach czytania Potopu. To byłby pierwszorzędny Skrzetuski lub Kmicic, chociaż oni już nie nosili pełnej zbroi” [1].

Dziewięć lat później bratankowie Brykczyńskiemu przywieźli domowe Silva Rerum i dzięki temu możemy precyzyjnie zakotwiczyć to zimowe wspomnienie w czasie. W PS do listu z 14 marca 1974 roku Brykczyński pisze: „Znalazłem w Silva Rerum taki ustęp: «1-go grudnia, 1910 roku wyjechał naprzód Staś z paszportem do wizy do Warszawy, a nazajutrz ciocia Marylcia z Iną i Józiem. Romaś płakał, że razem nie jedzie, bo bardzo dobrze z Józiem się bawili. Mieli dwa straszne niedźwiedzie, które ubierali to za rycerzy, to za szewczyków (tego nie pamiętam). Jeden Misio, drugi Bunio – określali wszystko dwoma stworzonymi przez siebie wyrazami: guńdziuluńdziu i dzindzilińdzi». (Pamiętasz to?)” [2].

Trzeba wyjaśnić, że Staś to Stanisław „Cat”, późniejszy dziennikarz, pisarz, emigracyjny polityk, starszy brat i antagonista Józefa; ciocia Marylcia to ich matka, Maria z Pietraszkiewiczów; Ina to ich siostra Seweryna, zamężna potem Orłosiowa, matka prozaika Kazimierza Orłosia. Dopiski w nawiasach, o pamiętaniu, pochodzą od Brykczyńskiego.

Mija kolejne dziewięć lat i Roman w liście do Józefa relacjonuje swą listowną wymianę wspomnień z dzieciństwa, jaką prowadził podówczas z jego siostrą Iną. Wymienia z imienia kolejne psy Mackiewiczów, po czym dodaje: „Miś i Bunio. Gundziolundzio i dzindzilińdzi: nie bardzo pamiętam do kogo to się stosowało?” [3] Mackiewicz odpisuje: „Miś i Bunio, naturalnie. Czy pamiętasz, jak wykrajaliśmy im pancerze z blaszanych pudełek (od tytoniu)? – Natomiast: «Gundziolundzio» doprawdy nie pamiętam. Straszna rzecz jest starość, bo coś w uszach jakby pamiętam. Za to młotki krokietowe, jako strzelby w puszczy, któr[ą] był ogród. Chciałem kiedyś to wszystko opisać. Nagle zdrowie mi nie dopisuje. Zwłaszcza oczy” [4].

Tak historia dwóch pluszowych niedźwiedzi, którzy w zabawach chłopców mieli być rycerzami, rozpływa się w słabnącej z wiekiem pamięci – na szczęście zachowała się rodzinna kronika i listy, dzięki czemu możemy ją rekonstruować. Ale nie koniec na tym. W lutym 1981 roku Mackiewiczowie wysłali Brykczyńskiemu życzenia imieninowe na kartce z reprodukcją obrazu Michała Byliny Król Stefan Batory.

 

 

Dopisek do standardowych życzeń brzmiał: „Obyś na białym koniu pognębiał swych wrogów i triumfował jeszcze sto lat!” [5]. Obdarowany zareagował żartobliwie: „Bardzo dziękuję Wam za życzenia imieninowe i za piękną pocztówkę z królem Batorym i jakimś prawdopodobnie hetmanem obok niego. Chodkiewicz? Żółkiewski? Zamoyski? (szwagier króla). Wstydzę się za moją ignorancję. W każdym razie obydwaj «dobrze odżywieni». Widocznie nie zachowywali obecnych przepisów dietetycznych. Konie też potężne żeby nosić takich grubasów” [6]. A w tym samym liście powracał do wątku wspomnień z dzieciństwa: „Czasy krokietu, porzeczek, agrestu, strzelania z młotków zamiast ze strzelb… Zawdzięczając Tobie: znajomość wszystkich lokomotyw świata. Konne dorożki i konne tramwaje. I że też Pan Bóg zniszczył taki raj na świecie i zabrał gorodowych z rogów ulic… Nigdy bym tego na Jego miejscu nie uczynił” [7]. Autor obrazu, urodzony w roku 1904 na Kijowszczyźnie, malarz i szwoleżer, po wojnie profesor warszawskiej ASP i kierownik artystyczny „Naszej Księgarni”, specjalizował się w obrazach historycznych batalistycznych. Pocztówka, wysłana przez Mackiewicza, niewątpliwie nawiązywała do prowadzonej przez kuzynów ewokacji Misia i Bunia, dwóch niedźwiedzi-rycerzy z zabaw ich wspólnego dzieciństwa.

Tajemniczy Azderball, żydowski gawędziarz i mitoman, o którym Mackiewicz pisał do Brykczyńskiego, też, jak się zdaje, miał z tymi wspomnieniami coś wspólnego, a mianowicie film o człowieku-misiu.

Rzecz całą zbadała Joanna Preizner. Otóż w roku 1952 tłumacz Waldemar Kiwilszo w noweli Świat przez skórę niedźwiedzia opisał krążącą po Zakopanem historię młodego Żyda, który w czasie okupacji ukrywał się w niedźwiedziej skórze, pozując do zdjęć z niemieckimi oficerami. Tekstu nie opublikował, ale go pokazywał, m. in. Azderballowi. Ten napisał na tej podstawie opowiadanie Biały niedźwiedź, które ukazało się w roku 1957 w „Dookoła Świata”. Potem napisał też scenariusz, którym zainteresował się Jerzy Zarzycki. Rzecz poprawiano i przerabiano (na „liście płac” mamy pięciu współautorów scenariusza, jest wśród nich Jerzy Broszkiewicz, ale Azderball na pierwszym miejscu). Po długich przepychankach w roku 1959 powstał film Biały niedźwiedź, z Gustawem Holoubkiem w roli głównej – bardzo od pierwowzoru odległy.

Tadeusz Lubelski w swej Historii filmu polskiego pomija ten film milczeniem. Natomiast Preizner, która poświęciła mu osobny rozdział w swej książce Kamienie na macewie. Holokaust w polskim kinie, dotarła do materiałów archiwalnych, jak opowiadanie Azderballa czy jego scenariusz, przeczytała też artykuły i recenzje, dotyczące rozprawy sądowej o plagiat. Z jej ustaleń wynika, rzecz ciekawa, że na posiedzeniu Komisji Ocen Scenariuszy 1 sierpnia 1958 roku Azderball mówił: „[…] na podstawie tej noweli dwukrotnie było nadawane słuchowisko w Izraelu. Już sama forma ubrania człowieka w skórę na coś zasługuje. Mówię to po to, żeby uwidocznić, jak została ta nowela przyjęta w państwie, które chciałoby o tych rzeczach zapomnieć” [8].

Zdaniem Joanny Preizner nowela Azderballa jest „tekstem przejmującym, napisanym z wyraźnym talentem. Azderball – sam żydowskiego pochodzenia, za które w 1968 zapłacił wygnaniem – rozumiał dramat, który opisywał, był on bowiem jego własnym. On także był w czasie wojny nastolatkiem, zmuszonym ukrywać swą semicką twarz” [9]. Jego opowiadanie podejmowało takie tematy, jak degradacja Szymka (to imię owego żydowskiego chłopca) ze świata ludzi do świata zwierząt, czy wreszcie, wraz z nadchodzeniem frontu, jego absurdalna śmierć („Nigdy już nie zdejmie zwierzęcej skóry. Zginie następnego dnia, zastrzelony przez sowieckich żołnierzy, przekonanych, że w Tatrach żyją niedźwiedzie polarne” [10]).

Fakt, że niedźwiedzie młodych kuzynów były wciskane w zbroje, wykrawane z blaszanych pudełek po tytoniu, nęcił mnie do poszukania takich pudełek z przełomu wieków z motywem rycerza. Znalazłem jedynie blaszane portcygarnice z wizerunkiem pędzącego rycerza (jak w herbie Pogoń) i napisem „Полоцк / 862”. Ta data, to rok, pod którym w Powieści minionych lat pojawia się wzmianka o Połocku. Problem w tym, że takie portcygarnice, dostępne na rynku, są bodaj radzieckimi pamiątkami z okazji tysiąclecia Połocka. Ale może były podobne pudełka na tytoń i w carskiej Rosji? To byłaby ładna puenta zawartej w korespondencji Mackiewiczów z Brykczyńskim opowieści o guńdziuluńdziu i dzindzilińdzi.

 

Środa, 19 sierpnia

W trzy wieczory obejrzeliśmy z przyjemnością australijski miniserial My Brilliant Carrier. Zacząłem grzebać, okazało się, że wcześniej była adaptacja musicalowa w Melbourne (2024) i teatralna w Sydney (2020), przedtem film australijski (1979), najwcześniej zaś powieść pod tym samym tytułem (1901), debiut australijskiej pisarki (1879-1954), publikującej pod męsko brzmiącym podwójnym nazwiskiem Miles Franklin (w rzeczywistości poprzedzały je trzy kobiece imiona: Stella Maria Sarah). Debiut cieszył się wielkim powodzeniem, ale z czasem zaczęto krytykować książkę za zbyt ostentacyjny autobiografizm; wyszła z czyśćca dopiero w latach sześćdziesiątych. Tryumfalna historia młodej dziewczyny, która wbrew wszelkim przeciwnościom losu niezmiennie wierzy w swój talent pisarski i w możliwość zrobienia kariery literackiej może budzić niedowierzanie. Ale wtedy przychodzi na myśl zaledwie o kilka lat od niej młodsza, urodzona na Nowej Zelandii, stokroć bardziej niekonwencjonalna, przedwcześnie zmarła niezapomniana autorka wspaniałych opowiadań, dziennika i listów – Katherine Mansfield. Czy to specyfika południowej półkuli? Duch czasu? Czy przypadek?

 

Piątek, 21 sierpnia

W grodziskim kinie „Wolność” na kameralnym filmie niemieckim Was Marielle weiß (2025). Skoro film niemiecki, to zacznę poważnie: opiera się on na koncepcie „als ob”, najpełniej rozwiniętym w filozofii przez Ernsta Blocha. W zastosowaniu do tej konkretnej fabuły: jeśli założymy, że silny wstrząs, wywołany mocnym uderzeniem w twarz, może zadziałać „tak jakby” u młodej dziewczyny pojawiła się zdolność słyszenia i widzenia wszystkiego, co akurat robią jej rodzice, nawet gdy są daleko i nawet kiedy ona śpi, to oglądamy tu tak właśnie funkcjonujący świat. Rodzice, skonfrontowani z niewygodną sytuacją, w której córka zna natychmiast wszystkie ich słowa i uczynki, wszelkie zdrady i matactwa, podejrzewają, że dziecko ma dostęp do jakiegoś wyszukanego systemu inwigilacyjnego. Ale nie, skąd mogłaby wiedzieć, co się dzieje równocześnie w domu, i w jednej i drugiej pracy, a potem w nocy, kiedy przecież widać, że śpi. Zdesperowani rodzice, nie wiedząc, jak mogliby uciec przed wszechwiedzą córki, zaczynają rozmawiać po francusku. Mąż, składający żonie w tym języku pikantne propozycje erotyczne, tym samym zdradza jej, że córka powtórzyła mu, co jej matka proponowała poprzedniego dnia koledze z pracy. Itd.

Koncept „als ob” można też przenieść na plan teologiczny. Marielle staje się wówczas zapowiedzią Sądu Ostatecznego, uchem i okiem Opatrzności, przed której wszechwiedzą nie będzie ucieczki.

Tytuł filmu (w wersji angielskiej: What Marielle knows) brzmi znajomo. What Maisie Knew – tak się nazywa powieść Henry’ego Jamesa z roku 1897. Fabuła też podobna: jest to opowiedziana z perspektywy dziewczynki jej historia: rozpad małżeństwa rodziców, którzy wkrótce wchodzą w nowe związki (ojciec z piastunką córki), przydzielenie przez sąd opieki na przemian co pół roku obu stronom itd. Może zresztą sięgam za głęboko: przypuszczalnie inspiracją dla niemieckiego reżysera była przede wszystkim filmowa adaptacja tej powieści Jamesa z roku 2012, zachowująca ten sam tytuł, ale przenosząca akcję w realia współczesne. Nie widziałem tamtego filmu, ale czytając recenzję w „Guardianie” (25 VIII 2013) dostrzegam nawet dosłowne aluzje. W filmie amerykańskim matka oznajmia córce: „Your dad’s an asshole”. W filmie niemieckim dziewczynka pyta opiekującą się nią często (oboje rodzice pracują zawodowo) babkę, dlaczego ta rozeszła się z mężem – i słyszy, że był „Arschloch”.

 

Sobota, 22 sierpnia

Karol pisze ze Szwajcarii: „Ostatnio czekając na falafel słyszałem, jak młodzi chłopcy rozmawiali o «marnowaniu czasu» i uważali, że jeżeli jeden z nich czyta książki po szkole, zwłaszcza takie, z których się nie uczy praktycznych faktów/rzeczy, to strata czasu. Byłem w szoku”.

Wiele lat temu jego starszy brat miał podobną rozmowę w pociągu. Jechał z grupą młodych ludzi na jakiś festiwal, starszy Szwajcar zaczął ich wypytywać, co robią i jakie mają plany. Kiedy przyszła jego kolej, Miłosz odpowiedział, że chodzi do liceum i zamierza studiować. Tamten, zdegustowany: „A, nie chce się panu pracować!”…

 

Wtorek, 25 sierpnia

„NZZ” zwraca uwagę na znamienny zwrot w ikonografii wojny i pokoju. Siły, określane mianem prawicowo-populistycznych przejmują stosowane dotąd przez komunistów i ogólnie rzecz biorąc lewicę symbole. I tak gołąbek pokoju pojawił się na plakatach SVP w kampanii, której przesłanie gazeta streszcza słowami: „Tylko ciągła, zbrojna i ścisła neutralność gwarantuje Szwajcarii pokój”. Wiceprzewodniczący SVP Christoph Blocher i inicjator kampanii „jest przekonany, że jego gołąb zapewni pokój. Prześlizguje się nad tym, że zarazem oznacza to pokój na warunkach Putina. Od roku 2022 także niemiecka AfD przedstawia się jako partia miłująca pokój. Stworzyła ona slogan «Brońmy pokoju» i wykorzystywała białego gołąbka pokoju jako temat kampanii wyborczej w roku 2024. A gołąb nie umie się bronić”.

 

*

Carl Larsson, szwedzki malarz pogodnych dzieci i przytulnych wnętrz, stworzył w roku 1915 dla muzeum narodowego w Sztokholmie obraz, przedstawiający baśniowy motyw ofiary przesilenia zimowego: historię mitycznego władcy Wikingów, który miał się sam złożyć w ofierze dla przełamania kilkuletniej klęski nieurodzaju. Obraz budził przez dziesiątki lat rozmaite kontrowersje i dopiero od roku 1997 wisi na stałe w Nationalmuseum, zresztą jako pendant do obrazu tegoż Larssona, przedstawiającego wjazd Gustawa Wazy do Sztokholmu w noc świętojańską roku 1523. W ostatnich dniach obejrzeliśmy krótki szwedzki serial (Blood Sacrifice), w którym oba te obrazy odgrywają istotną rolę w pełnej napięcia akcji – ten mityczny jawnie, a ten historyczny chyba aluzyjnie, w aranżacji makabrycznej scenerii. Osobliwy sposób upowszechniania kultury, ale jeśli skłoni kogoś z widzów do odwiedzenia muzeum narodowego, to może warto?

 

Środa, 26 sierpnia

Pisałem już o tym? Mieszkając ponad ćwierć wieku w Bernie zawsze w połowie lipca lubiłem słuchać wieczorami, jak całą nieckę, w której leży to miasto, wypełnia dudnienie basów, generowane przez doroczny festiwal na górze Gurten. Słyszałem je znów dziś, budząc się rano. Ale tym razem źródłem dźwięku nie były potężne głośniki, tylko nierejsowe samoloty…

 

Piątek, 28 sierpnia

A „NZZ”, jak na zamówienie (patrz zapis z zeszłej soboty), pisze, w oparciu o dane statystyczne, o zachodzących obecnie w szwajcarskiej edukacji zmianach. W latach 2000-2020 podwoiła się tu liczba studentów. Zarazem spadła liczba młodych ludzi podejmujących naukę zawodu. Jednakże dla absolwentów uczelni z roku na rok pogarszają się szanse na zatrudnienie. Wiele zależy od typu studiów. Najwięcej bezrobotnych jest wśród absolwentów kierunków artystycznych oraz studiów interdyscyplinarnych. Natomiast ci, co kończą medycynę lub farmację mogą się nie martwić o pracę.

W ostatnich latach wzrosło bezrobocie wśród absolwentów kierunków ekonomicznych, a także informatyki. Zmienia się też charakter zatrudnienia: połowa absolwentów studiów humanistycznych dostaje pracę na okres próbny albo w charakterze praktykantów. 60% pracuje na niepełnym etacie. Znaczne obniżyły się również płace dla świeżych absolwentów uniwersytetów. Spodziewane jest dalsze pogarszanie się sytuacji wraz z przejmowaniem kolejnych prac przez sztuczną inteligencję. Pytanie, jakie zawody pozostaną na rynku.

 

Sobota, 29 sierpnia

Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Roman Brykczyński, Listy. Londyn, Kontra, 2026.

Korespondencja z kuzynem Mackiewicza, wzbogacona przeciekawymi wypisami z rodzinnych kronik oraz wspomnień kilku matron, sięgających głęboko w wiek XIX.

 

Kinga Skwira, Zacznijcie beze mnie. Ilustrowała Basia Ślusarczyk. Warszawa, Girls and Queers to the Front, 2026.

Oryginalne. Ożywcze. Odlotowe. A przy tym ciepłe.

 

(Odpowiedź w ankiecie o wakacyjnych lekturach, rozpisanej przez Izabelę Barry na potrzeby jej blogu Czwarte Miejsce).

*

W południe spacer lasami do sąsiedniej wsi, Kazimierówki, gdzie w Ogrodzie Rzeźb Juana Soriano wystawa malarstwa meksykańskiego artysty Rolanda Rojasa (rocznik 1970). Bardzo konsekwentne malarstwo, budujące własny świat przy pomocy kilku, może kilkunastu znaków graficznych.

 

 

Najbardziej podobał mi się obraz Locos por mi, który to tytuł można chyba interpretować jako słowa Luny, skierowane do wariujących z jej powodu dni księżycowego cyklu.

A wieczorem w Jankach Amarga Navidad, nowy film Almodovara. Osnuty wokół takich tematów, jak writer’s block, przeplatanie się życia z fikcją w sztuce, depresja. Pewnie słabszy od jego najważniejszych filmów, ale na swój sposób ujmujący. Zapamiętam rozmowę na temat różnicy między takimi pojęciami, jak „film kultowy”, „kultowy reżyser”, a przynależnością do sekty. I osobliwe winnice na Lanzarote, jak kępy siwych włosów w małżowinach uszu. Oraz spostrzeżenie, że zawód strażaka i zajęcie striptizera mają coś wspólnego: jeden i drugi muszą być gotowi rozebrać się na zawołanie, tylko pierwszy zaraz się przebiera w kombinezon i rusza do akcji, a drugi jak najdłużej przeciąga czynność zdejmowania odzieży. Co w sztuce pisania scenariuszy określa się mianem retardacji.

 

Sobota, 6 września

The Sixth Sense (1999), film amerykańskiego reżysera hinduskiego pochodzenia (M. Night Shyamalan); w roli głównej Bruce Willis jako empatyczny psycholog dziecięcy; świetna rola chłopięca (Haley Joel Osment, który wszakże na razie wielkiej kariery jako aktor dorosły nie zrobił). Na pozór: dreszczowiec. Nie lubię dreszczowców, więc starałem się patrzeć inaczej, brać te elementy w nawias. Okazało, że jest to także film o obecności zmarłych w naszym życiu, o starych przedmiotach, przechowujących coś z ludzi, do których należały. Czyli klimaty Rilkego, a zwłaszcza jego powieści Malte.

Sprawdzam. Reżyser w jednej z rozmów, pytany o nieprzychylne opinie krytyków o jego filmach, mówi: „Jest takie miejsce u Rilkego. Z grubsza brzmi to jakoś tak: Wszelkie formy krytyki są bezużyteczne; tylko miłością można dotknąć sztuki. Dlatego, że trzeba ujrzeć stojący za nią zamysł, jego piękno, żeby mogła wywrzeć wrażenie” [11]. (To lekko sparafrazowany fragment pierwszego z Listów do młodego poety).

Inna jego wypowiedź, zatytułowana Sadness, trafiła do antologii Kate Couric, The Best Advice I Ever Got. Lessons From Extraordinary Lives (Random House, 2012). Shyamalan zaczyna od wyznania: „Jest książka, która we mnie została, bo wyraża te uczucia, jakich nie umiem sam wyrazić słowami”. Znów chodzi o Listy do młodego poety, z których reżyser wynotował sobie dziewiętnaście fragmentów. Z tych dziewiętnastu wyróżnia jeden, który porusza go nieodmiennie przy każdej lekturze. To fragment z listu ósmego o tym, że w chwilach smutku wchodzi w nas coś nowego, nieznanego, a nasze uczucia stają nieme w zakłopotaniu, panuje cisza, a nowe doznanie, nikomu nieznane, wzbiera pośród tego wszystkiego i nic nie mówi. Shyamalan: „Smutek, to dusza, która rozpoznaje zmianę”.

 

Niedziela, 6 września

The Last Thing He Wanted (2020), film według powieści Joan Didion pod tym samym tytułem. Mimo sensacyjnej akcji z pogranicza dziennikarstwa, polityki zagranicznej, dyplomacji, szpiegostwa, handlu bronią i narkotykami, mimo pięknej Anne Hathaway, na którą zawsze przyjemnie popatrzeć – nudny. A już zupełnie nie wiadomo, czemu główna bohaterka, która wśród swych życiowych osiągnięć wymienia udaną operację mastektomii, zaś w jedynej scenie łóżkowej dumnie pokazuje dużą bliznę po lewej piersi, pod koniec filmu wpycha sobie pończochy do prawej miseczki biustonosza.

 

Czwartek, 10 września

W ostatnich dniach na rowerku stacjonarnym (książki Kontry świetnie się do tego nadają, bo są grube, ale nie bardzo ciężkie i dobrze leżą w dłoni) przeczytałem Wielkie tabu i drobne fałszerstwa Józefa Mackiewicza. Jest to poprawione wydanie tomu, wydanego w roku 2015 jako Dzieł tom dwudziesty czwarty. Zbiór artykułów, często mających charakter polemiczny, z lat 1968-1985, poświęconych rozmaitym sprawom literackim i politycznym. Teksty pisane ze swadą, często dowcipne, zawsze zmuszające do myślenia. Drobnym przykładem może być zakończenie odpowiedzi na rozpisaną pod koniec roku 1973 ankietę londyńskich „Wiadomości” o przedwojennych „Wiadomościach Literackich”: „Załączam – na prośbę – obecną moją fotografię. Fotografii z czasów przedwojennych nie mam. Ale można by ją wyciąć z «Wiadomości Literackich» nr 9 (748) z 27 lutego 1938 roku, z recenzji Ksawerego Pruszyńskiego o mojej książce Bunt rojstów. Prosiłbym tylko o niejaką uwagę, by nie pomylić przy wycinaniu. Gdyż tuż obok, prawie że w parze ze mną na tej samej stronicy, fotografia Wandy Wasilewskiej z okazji jej Ziemi w jarzmie” [12]. Doprawdy, trudno o lepszą ilustrację trzech najważniejszych zalet „Wiadomości Literackich”, którymi, zdaniem Mackiewicza, były: poziom, liberalizm i tolerancja.

 

 

W innym miejscu, czytając O człowieku radzieckim Jerzego Andrzejewskiego (Warszawa 1951), Mackiewicz powiada: „Przeciwstawiając radosne życie pod bolszewikami nędzy intelektualnej świata kapitalistycznego, Andrzejewski porównuje pustkę sal Luwru, czy pustkę w galeriach Wenecji do tłumów, które w nabożnym skupieniu wypełniają sale Ermitrażu, czy: «moskiewską wystawę podarunków urodzinowych dla Józefa Stalina» […]” [13]. Komentarz zbędny.

Trudno pisać o siedemdziesięciu artykułach na kilkadziesiąt różnych tematów, zebranych w tomie, liczącym prawe sześćset stron. Dlatego jako zachętę do lektury przywołam tylko jeden artykuł: wspomnienie o dziennikarzu Włodzimierzu Popławskim, który zginął w tajemniczych okolicznościach pod kołami samochodu w Algierze w początkach roku 1969. Mackiewicz znał go z czasów przedwojennych, łączyły ich poglądy niezmiennie i zdecydowanie antykomunistyczne. Po wojnie spotykali się w Londynie. „Mam go w oczach, jak stoi z lekka pochylony, w szarym garniturze o dyskretnym wzorze jasnych prążków, błękitnym krawacie w białe groszki, chusteczka w kieszonce, ostatni guzik kamizelki staroświecko rozpięty, oczy spod nawisłych brwi nabrzmiałe żartem, ręce w kieszeni, włosy szpakowate, ledwo dostrzegalny uśmiech sceptyka” [14]. I jeszcze, z drugiej ręki, opis ostatniej drogi Popławskiego. „Zawieziono go do szpitala Moustafy, raczej już tylko do lodowej kostnicy. Pieczołowite ręce zaopiekowały się nim po raz ostatni” [15]. Potem kaplica cmentarna z widokiem na Morze Śródziemne. „Mówią: pięknie tam było. Dzień już upalny.  Ja bym go tam zostawił, gdyby to ode mnie zależało” [16]. Pogrzeb w Londynie, na który Mackiewicz przyjechał. „Obok kilka polskich grobów. Parę kroków dalej Kozak znad Donu, napis na płycie po rosyjsku. Losy klasyczne emigrantów. […] Przyjaciel przybyły z Brukseli płakał” [17]. I potem koda rasowego pisarza – łapanie się na chęci powiedzenia czegoś zmarłemu, napisania o czymś do niego: „Zdawało mi się, że oto wkręcę papier listowy do maszyny… Przychodzi sekunda ocknienia. Miną dnie. Któregoś z nich, przeglądając notatnik, sięga się raptem po pióro i wykreśla adres” [18].

Józef Mackiewicz, poeta.

 

Piątek, 11 września

W Etiopii, która ma odrębny czas i własny kalendarz, dziś Enkutatasz, święto, upamiętniające powrót królowej Saby z Jerozolimy, z brzemiennych w skutki odwiedzin u króla Salomona. Dziś zaczyna się tam nowy rok dwa tysiące dziewiętnasty. መልካም አዲስ ዓመት! – Melkam Addis Amet! – Szczęśliwego Nowego Roku.

A tymczasem jutro lecę do Szwajcarii, na posiedzenie jury Nagrody Kościelskich. Ciekaw jestem, kto ją w tym roku dostanie…

JAN ZIELIŃSKI

 

[1] Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Roman Brykczyński, Listy. Londyn, Kontra, 2026, s. 62-63.

[2] Tamże, s. 154.

[3] Tamże, s. 262.

[4] Tamże, s. 265.

[5] Tamże, s. 249.

[6] Tamże, s. 252.

[7] Tamże, s. 255.

[8] Joanna Preizner, Kamienie na macewie. Holokaust w polskim kinie. Kraków, Austeria, 2012, s. 56.

[9] Tamże, s. 46-47.

[10] Tamże, s. 49.

[11] Duane Swierczynski, Night Terrors, „Philadelphia”, wrzesień 2015.

[12] Józef Mackiewicz, Wielkie tabu i drobne fałszerstwa, Londyn, Kontra, 2026, s. 338.

[13] Tamże, s. 495.

[14] Tamże, s. 98-99.

[15] Tamże, s. 101.

[16] Tamże, s. 101-102.

[17] Tamże, s. 102.

[18] Tamże.

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek