Dla Marty najważniejsza była przyjaźń. Ogromnie ciekawił ją świat, związana była z wieloma krajami, w których mieszkała, oddana pracy intelektualnej i uczeniu, ale jej główną zasadą postępowania była troska o przyjaciół i lojalność wobec nich. A przyjaciół miała wielu, choć nie od razu zostawało się jej przyjacielem czy przyjaciółką. Niektórzy obecni na tej sali, znaleźli się może na liście osób, do których Marta wysyłała życzenia na Święto Dziękczynienia. Listę tę nazywała „My Preferred Holiday” i w ten sposób obchodziła ten dzień. Na liście było 108 nazwisk. Ten sam zestaw adresów mailowych tworzył listę urodzinową, zatytułowaną „My Annual Birthday”. 25 kwietnia każdego roku Marta składała sobie życzenia, wysyłając maila do grupy przyjaciół. Miałam szczęście dostawać oba te listy, zawsze mnie cieszyły. I rozśmieszały. Teraz oczywiście myślę o nich ze wzruszeniem. Nawet na odległość Marta była z nami, była z każdym z nas, ale także z nami jako grupą. W najszerszym tego słowa znaczeniu, grupą jako społecznością. Gdziekolwiek była, skupiała wokół siebie małą lub większą społeczność.

Bo jej przyjaźń miała społeczną naturę. Widać to było w jej zaangażowaniu politycznym, w tym, jak odnosiła się do swoich studentów, do ludzi, z którymi pracowała. Uwaga i życzliwość charakteryzowały jej sposób nauczania, bo to było częścią jej misji. Tę samą misję widać w jej książkach. Jej Latyfundium przełamało stereotypy dotyczące „kwestii Południa”, wzięło w obronę tę część Włoch, która miała być odpowiedzialna za zapóźnienie i moralne kłopoty całego kraju. Znaczący jest tu podtytuł: Ekonomia moralna i życie materialne XIX-wiecznego peryferium. To jest studium działania ogromnej własności ziemskiej kalabryjskiej rodziny Barracco. Książka ukazuje ekonomiczną sensowność tego rozwiązania i jego zakorzenienie w moralnych i kulturowych normach społecznych. Pracę tę Marta zadedykowała swojemu nauczycielowi na Uniwersytecie Warszawskim, profesorowi Witoldowi Kuli.
Jej inna książka: Irlandzki sen. Życie Konstancji Markiewiczowej – komendantki IRA (1868–1927) – też dotyczy peryferium, tym razem irlandzkiego, i wyjątkowej kobiety, która usiłowała wcielić w życie wizję otwartego nacjonalizmu. Tę książkę z kolei zadedykowała Jackowi Kuroniowi, najważniejszemu chyba mistrzowi Marty. We wstępie Marta pisze, że Kuroń przypomina Konstancję Markiewiczową „nie tylko kolejami życia, ale przede wszystkim tym, że zawsze stoi po stronie najsłabszych”. W innych publikacjach, także w niezrealizowanym niestety projekcie wielkiej książki o peryferiach Europy, Marta stale pochylała się nad tym, co słabe, nad tym, co wymagało ochrony. Takie były jej przekonania.
Ale była to także kwestia temperamentu. Już w szkole podstawowej należała do tak zwanego czerwonego harcerstwa, czyli walterowców, prowadzonych przez Jacka Kuronia. Był to niewątpliwie formatywny okres jej życia, w którym nauczyła się stawać w obronie słabszych, być członkiem wspólnoty i dać upust spontaniczności. Na letnich obozach polubiła wspólne śpiewy: znała słowa międzynarodowych pieśni, choć nie opanowała ich melodii. Ze swoją doskonałą pamięcią, odśpiewywała je z entuzjazmem do ostatniej zwrotki. We wczesnej młodości brała czynny udział w dyskusjach zbuntowanej młodzieży szkolnej, na uniwersytecie ta działalność była już poważniejsza. W roku 1968 uczestniczyła w proteście przeciw zdjęciu z afisza Dziadów Mickiewicza. Została za to zatrzymana i skazana na grzywnę. Przed dalszymi szykanami uchroniło ją złamanie nogi i pobyt w szpitalu. Ale i tak, w wyniku tych wydarzeń, poczuła się zmuszona do opuszczenia Polski. Uniwersytet Warszawski został oczyszczony ze zbuntowanych profesorów i studentów, szczególnie tych, którzy mieli żydowskie korzenie. Po marcu, gdy czas ruchu młodzieżowego przeminął, uniwersytet był nie do poznania.
Po śmierci Marty wysłuchałam jej wypowiedzi skierowanej do mieszkańców Rende w Kalabrii: jako radna od spraw kultury wygłaszała krótkie wykłady, zawsze świetnie skonstruowane, żywe i ciekawe. A także osobiste: przedstawiała się w nich jako polska Żydówka. To była tradycja, w której się odnalazła, jej ulubioną postacią była Róża Luksemburg. Gdy wyjechała z Polski, miała 22 lata i choć w roku 1968 zderzyła się z antysemityzmem, własnego żydostwa nauczyła się, żyjąc wśród ludzi o rozmaitym pochodzeniu i historii. Żyła i pracowała we Włoszech, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i krócej w wielu innych krajach. W przedmowach do swoich publikacji zawsze na końcu zapisywała miejsce i datę ich powstania, jak gdyby zostawiając ślady swojej wędrówki. Mam u siebie jej książki powstałe w Arcavacata, Princeton, Inowrocławiu, Binghamton. Ta mobilność nie wynikała tylko z losu, ale także z ciekawości, żywotności, z przyjacielskiego i życzliwego zainteresowania światem. Marta była wielojęzyczna, wszędzie czuła się dobrze. Ale wśród dedykacji na książkach, które od niej dostałam, jedna, napisana 32 lata temu, na oryginalnym wydaniu Latifondo, brzmi dość dramatycznie: „Irenko kochana, w nadziei, że sobie w końcu znajdziemy jakieś latyfundium, żeby tam wszyscy zamieszkać”. Podkreślam słowo „wszyscy”. Taka była natura przyjaźni, którą żyła Marta.
IRENA GRUDZIŃSKA-GROSS
Mowa wygłoszona w Ambasadzie Polskiej w Rzymie, 20 II 2026, na spotkaniu „Rzym: Ambasada Naukowców”.