HOME
Agnieszka Kania

O malarstwie należy pisać z paletą w ręce

 

Eric Karpeles przez pięć lat śledził pisarza, malarza, żołnierza, detektywa, korespondenta wojennego, dyplomatę, kochanka i dziedzica pałacu, gnieżdżącego się w pokoiku ze skosami. Tropiąc Józefa Czapskiego poruszał się zygzakiem między Polską i Francją, Anglią i Rosją, Szwajcarią i Belgią. Był w Warszawie i Kurozwękach, Paryżu i Maison-Laffitte, Waszyngtonie i Londynie, wędrował od obrazu do obrazu, odwiedzał rozmaite domy i zaglądał do miejsc przesiąkniętych Czapskim. Wszystko zaczęło się od niewielkiej książeczki wykładów proustowskich. To one zaważyły na losie Karpelesa, który tłumaczył w prologu: „Jeszcze poprzedniego dnia nic o nim nie słyszałem. Następnego dnia całkowicie mną zawładnął”.

Czapski nie tylko patrzył (i to tak wnikliwie, że wydał Patrząc), nie tylko czytał (aż ogłosił Czytając), ale też słuchał i współodczuwał, kochał i cierpiał, tęsknił i zwodził, przyciągał do siebie lub zapominał o ludziach. I malował. Krytykowany przez kapistów, socrealistów, abstrakcjonistów, ekspresjonistów, idealistów, naturalistów, futurystów etc., po swojemu kadrował codzienność. I na każdym kroku potykał się o samotność. Swoją i cudzą. Tylko z pozoru Karpeles samotnie podążał śladem Czapskiego. Miał jego dzienniki, eseje, listy, szkice, wspomnienia, wycinki z gazet, wywiady, katalogi wystaw i obrazy, które pokazywały codzienność. Choćby ten obraz z okładki Prawie nic: przydymiona ściana, z brudnego sufitu zwisa goła żarówka. W kadrze wystarczyło miejsca na postrzępiony rant płótna i głowę Czapskiego. Jeśli zmrużyć oczy, ta podłużna głowa z posiwiałą, wystrzępioną szczeciną przypomina zwiędły bukiet kwiatów kolebiący się na długiej łodydze.

 

 

Opowieść o innym człowieku wymaga zbliżenia. Karpeles musiał się z Czapskim zaprzyjaźnić. „Przywracanie pamięci”, jeśli się posłużyć słowami Adama Wiercińskiego, wymaga zespolenia, uwikłania się w czyjeś jestestwo, życia życiem podwójnym. Amerykanin piszący o Polaku musiał się ponadto zarazić polskością (można mu wybaczyć długie opowieści o dziejach naszego kraju), wgryźć się w obcą mu krainę, wyczulić na jej historię, ze stosów świadectw wydestylować najbliższe prawdzie.

Prawie sto lat hrabiego Józefa Marii Franciszka Hutten-Czapskiego herbu Leliwa (1896-1993) przypada na czasy harmonii i szaleństwa, ładu i nieładu, miary i bezmiaru, czasy przykute do muru, zimne i gorące, ckliwe i cierpkie. Jak żyć w takim stuleciu? Wymościć sobie gniazdko przy ognisku czy odnaleźć się na uboczu? Dbać o względy publiczności czy tworzyć do szuflady? Czapski, jak przystało na człowieka dużego formatu, również w znaczeniu dosłownym, oswoił poboczność. Skoro Polska zabarykadowała przed nim drzwi, pukał do drzwi we Francji, Ameryce, Szwajcarii, Brazylii czy Belgii, gdzie też wystawiano jego obrazy. Teksty ogłaszał w „Kulturze”, korespondował z Anną Achmatową, Aleksandrem Watem, Jerzym Stempowskim, Witoldem Gombrowiczem, Konstantym A. Jeleńskim, Zbigniewem Herbertem, Jeanem Colinem, Ludwikiem Heringiem, Jarosławem Iwaszkiewiczem, Czesławem Miłoszem, Melchiorem Wańkowiczem…. Kto by ich tam zresztą zliczył.

Gdyby Czapski miał wymarzyć dla siebie biografa, byłby nim pewnie Eric Karpeles. „O malarstwie należy pisać z paletą w ręce” – powtarzał, a Karpeles jest malarzem. Dlatego w książce można się natknąć na zdania: „Proste słowo «czerwień» sugeruje jednolitą barwę, ale ta ściana składa się z maźnięć szkarłatem, czerwienią alizarynową, cynobrem, kolorem wiśni, fuksji oraz całą gamą różów”. Gdzie indziej: „Na tle dworcowej monochromii sześć wózków pomalowanych na kolor jarmarcznej żółci i jeden na jasnopomarańczowo przynoszą oczom ulgę. Jak intensywny oranż śpiewa z takim uczuciem, dlaczego wywołuje taką przyjemność?”.

Karpeles to nie tylko wrażliwy odbiorca, ale też gawędziarz i reporter. Przenosi się z miejsca na miejsce, przepytuje Adama Michnika, Wojciecha Karpińskiego, Adama Zagajewskiego, notuje, kreśli, wątpi, sprawdza i docieka. Czasem choruje na samotność, czasem się gubi. Jednak po chwili wydarzenia znów się zazębiają, sztuka splata się z życiem. Pewnego dnia błąkał się nad Sekwaną. Zagadywał bukinistów, rzucał drobne paryskim grajkom i nagle stanął przed kamienicą o fikuśnej fasadzie. Zajrzał do środka: zdobienia, witraże, mozaika na podłodze. Zamyślił się: „dotarło do mnie – napisał – że przecież muszę stać na parterze budynku 39, który niegdyś był domem rodzinnym Daniela Halevy’ego. […] Moje myśli znów zaczęły krążyć… i zaświtało mi w głowie, że tak, oczywiście, to ten sam Daniel Halevy był obiektem pożądania oszalałego na jego punkcie przyjaciela z liceum, który zalecał się do niego i pisał skandaliczne listy. Szkolny przyjaciel zadedykował młodemu Danielowi swoje pierwsze wiersze: «…ogień subtelny i wyborny / ożywia tę duszę i ponętne ciało / w cudowny magiczny sposób». Siedemnastoletni poeta, który słał miłosne listy do szesnastoletniego Daniela na adres domu, w którym stałem, to Marcel Proust”.

 

Wojciech Karpiński i Eric Karpeles

 

Z obrazów Czapskiego najbardziej lubię Schody. Pochodzą z innej paryskiej kamienicy, jednej z tych, gdzie rzeźbione drzwi otwierają się do środka. Czapski wdrapał się na piętro, przechylił się przez barierkę i namalował klatkę schodową: balustrady pozwijane w ślimaki, czerwoną poręcz wyślizganą palcami, granatowe kafle w czarne ciapki i brudnozielone ściany obramowane złotymi ramami. Na parterze stoi sofa. W kącie sofy kobieta. Skrzyżowała nogi, dłonie położyła na torebce i usztywniła się jak pancernik. Biała sukienka z kreponu odsłania kolana. Nie widzimy głowy, bo Czapski ją uciął. Zrobił to umyślnie. Fragment postaci dopowiada całość.

Na końcu Prawie nic znajdują się reprodukcje obrazów. Na Alejce w parku terier z rudą łatą na mordce. Może to bezpański piesek? Jeśli nawet, to i tak ma więcej szczęścia niż woły z innego obrazu. Ich rozpłatane tusze zwisają pod sufitem. Podłoga jest zawalona wiklinowymi koszami pełnymi kości i zdartej skóry. O jeden z nich opiera się rower. Może należeć do rzeźnika, chudego, przygarbionego mężczyzny w czarnym fartuchu do kolan, który coś tam rachuje na palcach. Kilka stron dalej Café de la Concorde, obraz z 1954 roku. Uszaki obite fioletowym welurem zlepiły się bok do boku jak fotele w przedziale pierwszej klasy. Nad oparciami brudne pejzaże w złoconych ramach. Przed każdym fotelem stolik – okrągły, nieduży, na filiżankę i talerzyk deserowy. W kawiarni pusto jak w pudełku po butach. Prawie nic tam nie ma, ale nie można oderwać wzroku.

AGNIESZKA KANIA

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek