Niedziela, 14 grudnia

W Lesie Młochowskim kolejna wycinka drzew. Zatrzymujemy się przy pięknych, na pierwszy rzut oka zdrowych pniach, ułożonych w sągi. Wdychamy żywiczne zapachy. Na przekroju pnia jakby zarys rakiety. Przypomina mi wiersz Adama Zagajewskiego Jerzyki szturmujące kościół św. Katarzyny, w którym wymienione w tytule ptaki do takiego śladu rakiety zostały porównane: „Jerzyki […] nie umieją / poruszać się po ziemi, znają tylko jedno – lot, / tylko wieczne podniebne szybowanie, / potrzebują obserwatora, który byłby trochę trzeźwy / i trochę szalony, potrzeba im oka i serca; oko musi śledzić trajektorie ciemnych pocisków, / ślad rakiety kosmicznej rozbitej / na małe odłamki czarnej, nerwowej materii, / a serce powinno je wesprzeć tym, czego mu nigdy / nie może zabraknąć, entuzjazmem / i tak wspomożone, jerzyk i serce obserwatora łączą się na krótką chwilę / w nieprawdopodobnym sojuszu, w podziwie / dla świata, który w późnoczerwcowy wieczór postanowił, / zdawałoby się nonszalancko, odsłonić przed nami / jedną ze swoich gorliwie strzeżonych tajemnic […]” (podkr. JZ).
*
Pamiętam z dzieciństwa, że kilka razy w roku liturgicznym pojawiało się czytanie ewangelicznej przypowieści o talentach. Trudny to tekst, wymagający umiejętnej egzegezy. Zwłaszcza w niekapitalistycznej Polsce lat sześćdziesiątych księża musieli uważać, żeby pochwała przedsiębiorczości nie stała się wychwalaniem kapitalizmu (nie mówiąc już o takim grozę budzącym słowie jak lichwa). Dlatego chętnie sięgnąłem po tom, zawierający oryginał oraz komentowany przekład łacińskiej księgi XVI-wiecznego autora, Stanisława Grzepskiego, której polski tytuł brzmi O różnych rodzajach syklów i talentów hebrajskich. Sykl hebrajski był rodzajem monety i jednostką wagi o wartości 2 drachm, talent natomiast odpowiadał trzem tysiącom syklów, czyli 6 000 drachm (podaję tu najprostszy przelicznik, nie wchodząc w subtelności różnych odmian, które omawia Grzepski, żeby pokazać, jak wielką wartość miał ten biblijny talent).
O. Waldemar Linke, pasjonat (w podwójnym tego słowa znaczeniu), przypomina w przedmowie życiorys autora, cytując pochwalne słowa Kochanowskiego („[…] znane jest dzieło jego wybornie ułożone o monecie hebrajskiej. I wiele innych, ważniejszych i doskonalszych, wypracowałby, gdyby go, w połowie zmierzającego do celu, czarna melancholia nie przyprawiła o śmierć przedwczesną” [1]) oraz wskazując na udział ich obu – Grzebskiego i Kochanowskiego – w buncie krakowskich studentów w roku 1549, zakończonym opuszczeniem uczelni i przeniesieniem się do Wrocławia.
Sprawa, przypomnę, zaczęła się od konfliktu rozdokazywanych studentów z krakowskimi kobietami lekkich obyczajów, który to konflikt eskalował i doprowadził do zabicia jednego ze studentów. „Pogrzeb młodzieńca poprzedzony był pochodem uczniów przez miasto ze zwłokami ofiary. […] W dniu następnym uczniowie udali się na dziedziniec Zamku Wawelskiego i chcieli złożyć skargę królowi Zygmuntowi Augustowi […]” [2].
Podejrzewam, że te zdarzenia, w których jedną ze stron sporu był biskup krakowski Samuel Maciejowski (jego nieplanowane wystąpienie „spowodowało gniew studentów i decyzję o porzuceniu Krakowa […]”), mogły być jakby matrycą tego, do czego doszło w tym samym miejscu w roku 1574, ćwierć wieku później, kiedy to Katarzyna z Maciejowskich Wapowska (krewna biskupa) dostarczyła zwłoki swego męża, zamordowanego przez Zborowskiego, na Wawel, przed oblicze króla Henryka Walezego, domagając się sprawiedliwości.
Fascynujący jest sposób łączenia w świecie starotestamentowym poszczególnych miar i wartości. Oparł na nim swój system francuski poprzednik Grzepskiego, Budé, głoszący koncepcję humanizmu chrześcijańskiego. Uważał on filozofię za siostrę religii, przywiązywał dużą wagę do filologii. „Starał się wykazać, że Chrystusa możemy odkryć w postaci Merkurego czy jako bliźniaka Janusa. Zdaje się, że formułą kluczową jest jego stwierdzenie: Christus verus fuit Hercules” [3], pisze O. Linke, co przywodzi na myśl religioznawcze koncepcje Tadeusza Zielińskiego z lat dwudziestych XX wieku (Hellenizm i judaizm). Grzepski natomiast, przejmując najważniejsze ustalenia Budeusa, proponował poszerzenie obszaru porównawczego miar o barbarica, zarówno dawne, jak (sobie) współczesne. W tym duchu wprowadzał przeliczenia na jednostki monetarne, używane na ziemiach polskich, w tym nawet kolokwialne, jak słowo „piorunki”, którym określano półgroszówki. Nawiązywał też do dysput na tematy numizmatyczne, prowadzonych na dworach XVI-wiecznych magnatów (np. Jana Krzysztofa Tarnowskiego, starosty wojnickiego).
Najbardziej oryginalną częścią dzieła Grzepskiego są ponoć rozważania na temat powiązań między dużymi jednostkami objętości (jak corus, czyli korzec) i miarami czasu (rok) wraz z ich podziałem na części/miesiące. W ten sposób powracamy poniekąd do biblijnego rozumienia miar jako pewnego systemu wymiennego. Mówiąc najkrócej: skoro talent z przypowieści odpowiadał określonej (bardzo wysokiej) liczbie dniówek pracy zwykłego robotnika, a zarazem można go było przeliczyć na określoną liczbę jednostek srebra, mierzonych wagą, świat stawał się systemem, w którym wszystko się łączy w harmonijny sposób, a przejście od wartości materialnych do duchowych staje się naturalne. Zwraca w tym systemie uwagę wysoka cena talentu. Przesadziłem? Tylko trochę, gwoli dobitności.
O. Linke w zakończeniu swej przedmowy wskazuje, że Grzepski pokazał, „jak mądrze korzystać z tradycji i być w elicie intelektualnej swoich czasów, nie poświęcać prawdy, by być wśród najbardziej znaczących umysłów swej epoki” [4]. Cytuje też znamienną formułę filozofa Dariusza Karłowicza z jego książki Polska jako Jason Bourne (2017): „Żywa kultura […] to stałe wzywanie umarłych, rozmowa z umarłymi – z naszymi umarłymi. Człowiek kultury to guślarz, pośrednik […], który pośredniczy w tych rozmowach jako tłumacz, podwójny ambasador, a może podwójny agent. Guślarz nie zajmuje się naukowym badaniem duchów […], ale rozmową z duchami – i to rozmową dotyczącą spraw najważniejszych. A po co? Mówiąc najkrócej – by się dowiedzieć, «jak żyć, żeby się zbawić?». Jak żyć, by się nie pogubić? Jak żyć, żeby trafić do domu?” [5]. Z Grzepskim warto rozmawiać.
*
Wzmianka o kompozycji Zygmunta Mycielskiego z roku 1938 do wiersza Rilkego, zawarta w opublikowanym w „Księdze Przyjaciół” wyciągu z programu do płytowego wydania kompletu pieśni tego kompozytora zachęca do dalszych poszukiwań. Przede wszystkim sięgam po nagranie Joanny Freszel, od kilku dni obecne w sieci. (Stimme eines jungen Bruders na sopran i fortepian). Przejmujące. Potem od autorki, Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej, otrzymuję fragment jej biografii Mycielskiego [6]. Oto kilka wyimków:
„W końcu, 11 kwietnia 1938 roku pisał do matki już z Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie wynajął dom. Rok później skomponował tam swoją ostatnią przedwojenną pieśń, Stimme eines jungen Bruders na sopran i fortepian do słów Rainera Marii Rilkego. Pieśń zachowała się w rękopisie. Po latach, 2 grudnia 1954 roku, Mycielski pisał do Jarosława Iwaszkiewicza: «A może przetłumaczysz mi bardzo pięknie ten wiersz Rilkego, który mnie od 25 lat prześladuje: Ich verrinne, ich verrinne / wie Sand, der durch Finger rinnt. / Ich habe auf einmal so viele Sinne, // die alle anders durstig sind. / Ich fühle mich an hundert Stellen / schwellen und schmerzen. / Aber am meisten mitten im Herzen. // Ich möchte sterben. Lass mich allein. / Ich glaube, es wird mir gelingen, / so bange zu sein, / dass mir die Pulse zerspringen. Jaki to tytuł? Z czego to? Stunden-Buch – czy coś takiego? Nie mam Rilkego, tylko to odnalazłem przepisane. Czy dokładnie? W 1938 roku, gdy już wiedziałem – że to leci wszystko «do końca» – napisałem do tego pieśń, źle zrobioną, ale z dobrym rytmem (Larghetto – – «idące»), chciałbym to skończyć – dać może na kwintet, z Twoją Brzeziną»”.
Przekład Iwaszkiewicza w końcu nie powstał, czemu trudno się dziwić, tak wymagający jest od tłumacza ten wiersz o rozpadaniu się, rozsypywaniu, jak piasek, co się między palcami sypie, i o tym, że można mieć naraz mnóstwo zmysłów, z których każdy łaknie czego innego, aż człowiek w stu miejscach naraz puchnie i czuje ból, chciałby umrzeć, sam, i wierzy, że mu się uda tak się przestraszyć, że mu pękną żyły. Nie sposób tego „bardzo pięknie” przełożyć.
*
W ramach powtórek klasyki naszej młodości oglądamy film Easy Rider (1969). Reakcja M.: chyba niewiele się zmieniło społeczeństwo amerykańskie przez te lata, takie wrogie reakcje na odmienność łatwo sobie i dzisiaj wyobrazić. Mnie uderzyło podobieństwo głównej dwójki bohaterów, przemierzających na motocyklach południowo-zachodnią Amerykę, jednego bardziej uduchowionego, myślącego i rozmarzonego, drugiego bardziej przyziemnego, konkretnego i rubasznego do Don Kichota i Sancho Pansy. Oczywiście zaraz się zastrzegłem, że na pewno już ktoś o tym pisał, i rzeczywiście: na przykład David R. Castillo w artykule The Literary Classics in Today’s Classroom: „Don Quixotte” and Road Movies, będącym próbą uzasadnienia potrzeby sięgania w kształceniu do tekstów klasycznych – przez zestawianie ich z żywym utworami kultury współczesnej.
Poniedziałek, 15 grudnia
W południe angiografia oczu z kontrastem.
Wieczorem online w Rzeszowie na dwóch świetnych referatach o krytyce literackiej, Doroty Samborskej-Kukuć (o pierwszych recenzjach Ziemi obiecanej) i Christiana Zehndera (o lakonizmie w krytyce niemieckiej i szwajcarskiej około roku 2000, z pięknym ekskursem na temat Stempowskiego). W dyskusji mówię o bezosobowym traktowaniu krytyki literackiej jako pewnej ponadindywidualnej całości, o lakonizmie w odach Pindara i o pewnym liście Czapskiego do Pawła Hertza z roku 1974, by na koniec podzielić się wspomnieniem: „Przez wiele lat mieszkałem w Bernie. Jeździłem do miasta tramwajem linii 3 (potem 8), ruszałem od pętli Saali i po paru przystankach dojeżdżałem do rogu Thunstrasse i Brunnadernstrasse, gdzie na wysokości przystanku był warsztat stolarstwa artystycznego, którego właściciel co tydzień czy dwa, już nie pamiętam, zmieniał ekspozycję, ale jeden element był stały: krótki komunikat, przeważnie jedno słowo, które było zagadkowe i odnosiło się do bieżącej sytuacji – politycznej, społecznej, obyczajowej. Zawsze się nad tym lakonicznym przesłaniem zastanawiałem w drodze do dworca. Na tym samym przystanku stawał też tramwaj linii 5 (potem 7), którym od strony Ostringu dojeżdżał Christian Zehnder. Ale nie koniec na tym. Ulica Brunnadernstrasse prowadzi od ambasady polskiej, wcześniej poselstwa, w którym w czasie wojny, jak wiadomo, działał Stempowski. Otóż od tego budynku można do tamtego sklepu meblowego dojść ulicą Kalcheggweg, przy której w ostatnich latach życia, do samej śmierci, mieszkał Stempowski. Warto by sprawdzić, czy mógł takie wystawy widzieć”.
Sprawdziliśmy, Stempowski raczej nie. Ale myśmy te reklamy intensywnie kontemplowali. Claudio Caviezel założył swą firmę w roku 1980, przy Thunstrasse 103 istnieje ona od roku 1985 (Stempowski zmarł w 1969). Na stronie firmy jest rozdział, zatytułowany Nasza filozofia i historia, z którego wyjmuję zdanie o stosunku firmy do klienta: „Doradzamy Państwu fachowo, stawiając sobie za zadanie realizację Państwa żądań, nie lękając się przed urzeczywistnianiem najbardziej ekstrawaganckich, niekonwencjonalnych, a nawet nieco szalonych idei”. Takie właśnie były te lakoniczne hasła: ekstrawaganckie, niekonwencjonalne, nawet nieco szalone.
Wtorek, 16 grudnia
W Teatrze Polskim Rękopis znaleziony z Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów wedle Potockiego w reżyserii Grzegorza Jarzyny (premiera 26 września). Wbrew obawom, wywołanym niektórymi recenzjami i generalnej ostrożności wobec scenicznych adaptacji powieści, oglądało się świetnie. Rozmach, swoboda, fantazja. Zręczne wykorzystanie możliwości technicznych tej stosunkowo niewielkiej, ale dobrze wyposażonej sceny. Aktorzy, łącznie z postaciami pierwszoplanowymi, występują na przemian w kilku rolach. Fabuła powieści Potockiego stała się pożywką gry komputerowej, w której bohater musi raz po raz podejmować decyzje, zmieniające jego dalsze losy.
Ja jednak bardziej niż z kawalerem van Wordenem identyfikuję się, zwłaszcza w obecnej sytuacji, z ojcem Hervasem, uczonym, który dokonał swego kompilatorskiego dzieła i teraz jest świadkiem, jak bezceremonialnie traktują je nowi (czy staro-nowi?) barbarzyńcy. Co zostaje po pracy badacza ksiąg? Przypis w kolejnej księdze? Cytat? Nazwisko? Najczęściej nic zgoła.
Uderzył mnie również powracający motyw sypiącego się przez palce piasku, jak w wierszu Rilkego.
Nie zabrakło też u Jarzyny biblijnej przypowieści o talentach; komentarz, że to wykładnia współczesnego kapitalizmu budzi entuzjazm widowni.
Ważny spektakl.
Czwartek, 18 grudnia
Opłatek na UKSW, podczas którego oficjalnie otrzymałem z rąk rektora status profesora emerytowanego. Na sali były dwie moje doctoressy, kilkoro byłych studentów, dawno niewidziani koledzy. Nowy tytuł ma też stronę praktyczną: nie muszę obawiać się utraty dostępu do poczty uniwersyteckiej po zakończeniu grantu, którym kieruję, mam możliwość dalszego korzystania z biblioteki.
A wieczorem w Filharmonii Concerti grossi na Boże Narodzenie, specjalny koncert muzyki dawnej w wykonaniu międzynarodowego (z silną komponentą panslawistyczną) zespołu Il Pomo d’Oro – nazwa zapożyczona od tytułu opery Antonia Cestiego, wykonanej po raz pierwszy w Wiedniu w roku 1668 z okazji siedemnastych urodzin cesarzowej Małgorzaty Teresy. W programie Corelli, Muffat, Avison, Händel, Alessandro Scarlatti, Locatelli i Sammartini. Precyzja, dynamika i radość (profesjonalnego) muzykowania.
Sobota, 20 grudnia 2025
Film Alice Troughton The Lesson (2023). Dobra kameralna obsada (Julie Delpy, Daryl McCormack, Richard E. Grant), mroczna akcja, osnuta wokół pisania, autorstwa, plagiatu. Inspiracje sięgające Henry’ego Jamesa, Philipa Rotha, z naszego podwórka przypomina się Kazimierz Brandys. Główni bohaterowie poboczni: bobry i rododendrony (te ostatnie awansują do tytułu powstającej na naszych oczach powieści). Delpy swym emploi w tej roli (ale nie charakterem bezwzględnej manipulatorki, którą gra) przypomina zmarłą parę dni temu Magdę Umer.
Poniedziałek, 22 grudnia
W południe tomografia komputerowa – angiografia głowy. Opis za 14 dni roboczych, co z powodu rozlicznych świąt przełomu roku przekłada się niestety na 19 stycznia, czyli równo cztery tygodnie. Dopiero wtedy będę mógł pokazać wynik neurologowi.
A wieczorem prywatna konsultacja u renomowanego profesora okulistyki. Wiązałem z nią wielkie nadzieje, tym większe rozczarowanie. Jedyne zalecenie: kapsulotomia, drobny zabieg laserowy, który „może trochę poprawi jakość widzenia”, ale który nie rozwiązuje sprawy tajemniczej niemożności czytania. Ponura perspektywa.
Czwartek, 25 grudnia
Artykułowi w świątecznym „Dwutygodniku” zawdzięczam przyjemność obejrzenia pełnometrażowego filmu – chciałoby się powiedzieć: fabularnego – który powstał przez umieszczenie kamery na froncie pociągu kolei retyckiej, przemierzającego zimą odcinek z Samedan do Chur w moim ulubionym kantonie: Gryzonii. Amatorom sytuacji granicznych polecam zwłaszcza przejazd przez pierwszy, długi a nieoświetlony, tunel alpejski. Ileż tam się dzieje! A jaka ulga dla zmęczonych oczu… Pociąg zatrzymuje się w Filisur, Tiefencasten, Thusis, Reichenau-Tamins, Chur. Cudne nazwy! Największe wrażenie robią: białe kozackie czapy na poprzecznych wysięgnikach słupów trakcyjnych, efekt rozmywania się torów, gdy mokre smugi gromadzą się na szybie, polana w kształcie białego serca za Thusis, pojawiająca się raz po prawej, raz po lewej stronie krętych torów, przejazd przez widmowe Cazis i dalsza jazda we mgle, aż do Rodels-Realta, następnie odcinkiem wzdłuż cudownie turkusowego Tylnego Renu.
*
Pisząc o zwiedzaniu (14 listopada) Muzeum Regionalnego w Łowiczu zapomniałem napisać o jego zbiorach, co niniejszym, przynajmniej częściowo, nadrabiam. Zatrzymałem się przed anonimowym Tryumfem Śmierci z przełomu XVII/XVII wieku, wpisującym się w kontekst ikonograficzny wiersza Karpińskiego, o którym pisałem obszernie w Magicznym Oświeceniu. Bardzo wiele ciekawych eksponatów pochodzi ze zbiorów XIX-wiecznego kolekcjonera Władysława Tarczyńskiego. Na wystawie, poświęconej osobie związanego z ziemią łowicką ministra skarbu i premiera Władysława Grabskiego warto zwrócić uwagę na obligacje Banku Gospodarstwa Krajowego, projektowane przez Zofię Stryjeńską, z charakterystycznymi dla niej motywami w ornamencie.
Najbardziej jednak zainteresował mnie kącik szwajcarski w jednej z dużych sal ekspozycji stałej. Jest tam na przykład „Goniec Obozowy”, wydawany w szwajcarskim Baden dla internowanych żołnierzy polskich, z jakże pasującym do tego kontekstu świetnym opowiadaniem Pruszyńskiego Człowiek z rokokowego kościoła, które nasuwa skojarzenia z Kornetem Rilkego i opowiadaniem Zygmunta Haupta o kornecie. Jest artykuł o polskiej szopce kukiełkowej, wędrującej po Szwajcarii w roku 1943 (inicjatywa Haliny Kenarowej). Jest kolosalny ołtarz polowy z napisem „Polska – to Wielka Rzecz”, wykonany przez artystę-samouka Józefa Flaka. Jest duży model statku „Batory”. Jest drewniana figura żołnierza, pijącego z menażki. Jest anonimowa karta pocztowa zuryskiego wydawnictwa Orell Füssli z ekspresjonistycznie namalowaną bryłą Muzeum Polskiego, z romantyczną parą, wychodzącą z bocznej bramy zamku.
Tu dygresja. Tydzień później Agnieszka Bielak przysłała mi zdjęcie plakatu, wykorzystującego tę samą grafikę, a pokazanego na wystawie Monachijczycy, otwartej w Muzeum Narodowym w Lublinie. W podpisie: „autor nieznany”. Tymczasem według katalogu szwajcarskich plakatów autorem tej oryginalnej grafiki jest Traugott Willi.
Skąd tyle szwajcarsko-polskich wątków? Otóż w roku 1953 łowickie muzeum otrzymało ponad 1000 obiektów z Rapperswilu (m.in.: „monety, grafiki, malarstwo, archiwalia, eksponaty etnograficzne, pamiątki po internowanych”). Może jest to materiał na osobną wystawę?
Piątek, 26 grudnia
Niestety, wygląda na to, że wzrok się stopniowo pogarsza. Nie mogę czytać podpisów na bardzo dużym ekranie telewizora.
Od rana słucham Buxtehudego. Koi. A wieczorem zaczynam szukać (trochę spod powieki) polskich wykonań wierszy Rilkego na YouTube.
Jest Organek, Rilke. Wiersz z Księgi godzin w przekładzie Hulewicza. A tam słowa: „Zgaś moje oczy”… Mocne. Jest Pieśń Abelone z Maltego, w recytacji Krzysztofa Kamińskiego. Słabe. Jest Sanah i wiersz Jacka Cygana Rozwijając Rilkego, a w nim słowa: „I zachwyt na siatkówce oka, Nietrwały w końcu zapis. Mój hymn dla twego dzieła, Panie”. Jest dawny dwugłos o samotności ze słowami Rilkego i Leśmiana, który w Piwnicy Pod Baranami śpiewali Demarczyk i Miki Obłoński (w sieci nagranie późniejsze, Kaliny Jędrusik). Mocne. Tę samą Samotność w przekładzie Jastruna śpiewa malarka Aneta Chruścińska. Nie wiem. Może? A w przekładzie Janiny Brzostowskiej – Marek Burski. Słabe. Jest Rilke w serii „Męskie Granie” (!) w wykonaniu Voo Voo i Leszka Możdżera. Mocne, ale słowa napisał Wojciech Waglewski. Pewnie coś przeoczyłem. Ale w sumie: mało. Tym bardziej warto słuchać tamtej pieśni Mycielskiego.
Sobota, 27 grudnia
Dziś już nawet wielkie cyfry na kafelkach naszego ulubionego Rumikuba są rozmazane. Coraz częściej przegrywam.
*
Wieczorem Doubt (2008), mądry amerykański film z Meryl Streep i Amy Adams w rolach zakonnic oraz Philipem Seymourem Hoffmanem w roli kapłana. Aktorski pojedynek pierwszej (w roli przełożonej przykościelnej szkoły) i trzeciego przyćmiewa cicha mimika rzekomej naiwności młodziutkiej siostry James. Perełka. Chętnie zobaczyłbym jeszcze raz Big Eyes z tą aktorką w roli malarki, której mąż chce odebrać jej dorobek (była podobna historia w otoczeniu Brunona Schulza, do dziś bodaj ostatecznie niewyjaśniona).
Niedziela, 28 grudnia
Po południu M. czyta mi wiersze z antologii Opowiedz zwierzę [7], ilustrowanej rysunkami zwierząt z albumów Norwida. Pierwszy wiersz – Wół wiosnowaty Leśmiana – o wole, który zemdlał na wiosnę i padł na ziemię – przypomina mi wiersz Jane Hirshfield, ogłoszony w „The New York Review of Books” z 9 października: Cows Lying Down. Wół Leśmana „Nigdy dotąd nie tracił ziemi pod kopytem…”. Krowy Hirshfield leżąc na ziemi budzą zadziwienie, czy uda się przywrócić tak dziwny kształt do pozycji stojącej („A Holstein cow lying down – / it would seem impossible / for such an awkward shape to return to standing”).
Podczas lektury onomatopeicznej Mowy ptaków Tuwima słyszymy jakiś piskliwy głos za oknem: to Tina chce, żeby ją wpuścić. Weszła, wskoczyła na mój fotel i po długich deliberacjach umościła się na mnie. Zdążyłem zapytać, czy nie ma tam jakiegoś wiersza o kocie, kiedy M. przeczytała tytuł skierowanego do Marii Podrazy-Kwiatkowskiej wiersza Miłosza Do Pani Profesor w obronie honoru kota i nie tylko…
Spod powieki usłyszałem w wierszu Pawlikowskiej Najbiedniejsza z matek słowa, skierowane do cielątka: „Wiedz, że gdy pod nożem łzą zapłaczesz krwawą, / że twoja matka o ciężkich powiekach / bezradna była jak / Matka Człowieka…”. A w Żółwiu Miłosza: „Jego oczy przykryte wypukłą powieką / Patrzą tylko ku ziemi albo ku taflom posadzki […]” (podkr. JZ).
Poniedziałek, 29 grudnia
I znów M. czyta mi wiersze o zwierzętach. Spod powieki odnotowuję: „Masz jeszcze oczy – dwa szepty do nikogo” (Erna Rosenstein, Pies łańcuchowy) oraz „Otwierają się spokojne oczy / Coraz bardziej w nich obłoki nieba” (Uśpiłam cię, tejże, dedykowane „Mojej suczce Wronie”). Po kilku wierszach Juliana Kawalca zza szyby odzywa się Tina, żeby ją wpuścić. Siada u mojej nogi i słuchamy następnego wiersza: Krzysztofa Kamila Baczyńskiego Kot…
Wtorek, 30 grudnia
Mózg i palec. Ciekawe, czy diagnoza rozmiękczenia pierwszego, a następnie niezbędne procedury formalne, zdążą się sfinalizować, nim drugi pochopnie naciśnie guzik.
*
Podczas dzisiejszej porcji wierszy o zwierzętach Tina nie raczyła się pojawić na Kocie w pustym mieszkaniu Szymborskiej, jakby nie chciała ćwiczyć się w postępowaniu na wypadek śmierci ulubionego pana.
*
Danise Payne, Elbows in My Ears. Gold River, CA, Authority Publishing, 2022. Kupiłem tę książkę pół roku temu przez Amazon, bo zainteresowała mnie z kilku powodów: autorka jest córką jednego z The Tuskegee Airmen, złożonej z samych Murzynów eskadry pilotów amerykańskich w czasie II wojny (był o nich film Roberta Markowitza), która z potrzeby serca zdobyła wykształcenie jako clown i jeździła po Europie jako pierwsza czarnoskóra rozśmieszaczka cyrkowej widowni; po przejściu na emeryturę osiadła w Las Vegas, które, jak się okazuje, jest ulubionym miastem na jesień życia dla artystów cyrkowych. W czerwcu przeczytałem połowę, odłożyłem, a teraz już pewnie nie wrócę, choć rzecz jest sprawnie napisana i dziwnie wciągająca w prezentowany w niej świat. Chcę jednak, żeby znalazła miejsce w moim dzienniku. Tytuł bierze się z rozmiarów kabiny, jaką każdy cyrkowiec Ringling Bros. and Barnum & Bailey Circus miał do swej dyspozycji w kolejowym wagonie podczas nieustannych podróży. „Musiałam się nauczyć, jak spać z łokciami w uszach”, pisze Payne (s. 57), w innym miejscu podając wymiary kabiny: 3 stopy na 6 na 9 stóp (s. 73), czyli w przybliżeniu 1 metr szerokości na 1.80 wysokości na 2.75 m głębokości. Co chwila w innym mieście, ale zawsze w tej samej klitce. Sam pociąg cyrkowy autorka nazywa „srebrnym pomrowem” (a silver slug, s. 74).
Danise Payne jest pasjonatką cyrku, ale cyrk to nie wszystko. W swej karierze był też na przykład czas, gdy pracowała jako przewodniczka po nowojorskiej siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Umie opowiadać w taki sposób, że czytelnik ma wrażenie, jakby uczestniczył w opisywanych scenach. Sympatyczna książka autobiograficzna.
Środa, 31 grudnia
Wczesnym popołudniem zabieg laserowy prawego oka (kapsulotomia) w centrum medycznym we Włochach. Wracamy w koszmarną pogodę – już w Pruszkowie zdaję sobie sprawę, że mogę przeczytać tablice z nazwami ulic i najdrobniejsze informacje na szyldach i tablicach reklamowych. Podobnie wyraźne stały się znów wiadomości w telefonie. W domu bez trudu czytam teksty drukowane. Co za ulga po sześciu tygodniach męczarni!
*
Pod wieczór M. proponuje, że przeczyta kolejną porcję wierszy. Dalej Szymborska. Spod powieki wyłapuję (odpominam) w moim ulubionym Tarsjuszu, wierszu o kulturze, frazę: „zwierzątko małe, złożone z dwóch źrenic / i tylko bardzo już koniecznej reszty”. A wiersz Widziane z góry, słyszany dzisiaj, brzmi jak komentarz do wywołanej przez Jerzego Bralczyka ogólnonarodowej dyskusji, czy zwierzęta zdychają, czy umierają.
Czwartek, 1 stycznia 2026
W dziękczynnym nastroju wkraczamy w nowy rok. Oby jeszcze świat wokół się opamiętał.
*
Na regale naprzeciw biurka zawisł kalendarz Ośrodka Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską z rysunkami jednego z patronów roku 2026, Józefa Czapskiego. Na styczeń przypadł portret Aleksandra Wata z dedykacją dla Oli Watowej – dla mnie dobry omen. Czapski z właściwą sobie skromnością pisze: „Oli drogiej ta notatka z V 1967, która może jej zrobi przyjemność choć rysunek pośpieszny za mało wyraża Aleksandra – Józef”.
A ja wracam do tłumaczenia i komentowania pisemnych świadectw podróży braci Mniszech po górzystej części kantonu Neuchâtel, czyli do grantu, który powinienem i chciałbym w tym roku zakończyć.
Piątek, 2 stycznia
Trzy noce temu, zdenerwowany przed czekającym mnie zabiegiem, natrafiłem na stronie radia Chillizet na artykuł Julii Piecyk Jest noblistą i mistrzem literackiej psychologii. Niewielu wie, że ma polskie korzenie, a w nim na informację, że J. M. Coetzee „pochodzi z rodziny wieloetnicznej. Jego pradziadek ze strony matki Baltazar (lub Balcer) Dubiel był Polakiem, pochodził ze wsi Czarnylas w województwie wielkopolskim (powiat ostrowski)”. Nie bacząc na nocną porę posłałem artykuł zaprzyjaźnionemu dyrektorowi Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego, Witoldowi Banachowi. Oczywiście wiedział o tej historii, co więcej w swej książce Kroniki literackie prowincji (Wydawnictwo Poznańskie 2016) zamieścił szkic Niespodziewana podróż J. M. Coetzee’go w głąb Czarnegolasu. Jest to barwnie opisana historia krótkiego spotkania z południowoafrykańskim pisarzem podczas jego wizyty w podostrowskim Odolanowie w roku 2006. Znawca dziejów powiatu ostrowskiego Banach wskazał na specyfikę miejscowości Czarnylas, gdzie w XIX wieku przez pewien czas mieszkali obok siebie wyznawcy siedmiu wyznań („ewangelicy, staroluteranie, katolicy, baptyści, metodyści, mormoni i żydzi”) i gdzie do dziś zachowały się cztery świątynie: poewangelicki kościół katolicki, kościół rzymskokatolicki z roku 1925, kościół ewangelicko-augsburski (dawnej staroluterański) i kaplica metodystów, w której dziś jest biblioteka. Banach pisze: „Przodek południowoafrykańskiego pisarza był z pochodzenia Polakiem wyznania ewangelickiego. Urodził się tutaj 1 sierpnia 1844 roku”. Autor Kronik… dotarł też do życiorysu, sporządzonego przez Baltazara Dubiela w roku 1868, w czasie, gdy starał się o przyjęcie do Nadreńskiego Towarzystwa Misyjnego. Cytując, zwraca uwagę na słowa „łaskawy Pan przywiódł mnie do Odolanowa do preparandy, w której musiałem się nauczyć języka niemieckiego”, w czym widzi potwierdzenie, że „Dubiel pochodził z polskiej rodziny”. Co ciekawsze, wysuwa też hipotezę, że wspomniane przez autora podania wypadki maltretowania go przez starszych braci mogły mieć związek z obecnym w prozie Coetzee’ego motywem wkręcania przez starszego brata ręki młodszego do prasy introligatorskiej albo do łuszczarki do kukurydzy.
Warto ponadto zajrzeć do artykułu krakowskiego anglisty i komparatysty Roberta Kuska, który jest brawurową prezentacją rozmaitych związków afrykańskiego pisarza z Polską i Polakami, z polską historią i kulturą, a zwłaszcza poezją. Dla zachęty powiem, że autor w cytacie, znalezionym w jednym z poniechanych rękopisów do autobiograficznej trylogii Scenes from Provincial Life: „Yaksha braksha watlmeyer, yaksha braksha marsh, yaksha braksha meva shonka, sar dou magwash” (są to słowa, które mówi do bohatera jego matka, „polska księżniczka”) rozpoznał tekst XIX-wiecznej polskiej pieśni Jak się macie Bartłomieju („Jak się macie Bartłomieju, / jak się bracie masz? / Jak się bracie miewa żonka, / cały domek wasz?” [8]. Chapeau bas.
*
Od mojej doktoressy (której książka o architekturze pieśni u Norwida ukaże się, mam nadzieję, w tym roku) dostałem z Sandomierza zdjęcie rysunku Norwida, umieszczonego wśród takich relikwii, jak: Listek z Róży tey, która była zbroczona krwią św. Oyca naszego Benedykta; Żembocin, z pnia lipy, którą miał sadzić św. Stanisław [9] albo Róża jerychońska (Zmartwychstanka). Róża pustynna o szczególnym przystosowaniu do suszy.

Witryna w Muzeum Diecezjalnym (Dom Długosza) w Sandomierzu. Fot. Agnieszka Nurzyńska
Sprawdzam. Muzealny opis wskazuje na przypuszczalną tożsamość postaci z autorem, bardziej jednak uwypukla „przedstawienie myśliciela, mędrca, symboliczne wyobrażenie samotności, melancholii, niewoli i opuszczenia”. Edyta Chlebowska w książce „Ipse ipsum”. O autoportretach Cypriana Norwida (Lublin 2004) zdecydowanie opowiedziała się za interpretacją autobiograficzną, a w piątym tomie swego monumentalnego Katalogu prac plastycznych Norwida (Lublin 2020) omawia rysunek z Sandomierza Więzień z klepsydrą, podkreślając takie szczegóły, jak: „Na szyi obręcz przytwierdzona do drugiego ogniwa przykutego do kamiennego muru na wysokości głowy” i „po prawej zarysy muru z regularnych kamiennych bloków”. Potężna metafora poety prześladowanego, jak Tasso czy sam przyszły autor Promethidiona w berlińskim więzieniu.
*
M. czyta dalej wiersze o zwierzętach. W dwóch pięknych erotykach Grochowiaka wychwytuję spod powieki: „Lecz ponad wszystko niech twe rzęsy świecą, / Kiedy zmożona układałaś szyję / W mych chciwych rękach – i gasła latarnia” (Koń) oraz: „Są jednorożce o ciężkich powiekach, / Wędrują białe po wiśniowych sadach, / Ich grzywy płaczą po leniwych rzekach…” (Po ciemku). A w wierszu Poświatowskiej *** (Widziałam ostatnią pszczołę…), który jest rozmową z pszczołą, taki fragment: „Czy dobrze jest robić miód? / o – dobrze / i tylko tyle? / tylko – spojrzała na mnie zielonym / pełnym zapachu okiem / wzruszyła ramionami / miód – to jest życie” (podkr. JZ).
A potem szok przy trójwersowym wierszu (bez tytułu) Piotra Matywieckiego: „w paśniku wymieszane z sianem / drobno potłuczone szkło / dla sarny żeby poraniła wnętrzności i padła”.
Kilka dni temu, sypiąc, jak co dzień, owies dla saren do stojącego dwa metry za płotem paśnika zauważyłem na śniegu kawałek przezroczystego szkła, wielkości karty do gry. Nie zdziwiłaby mnie pusta butelka – ktoś się napił i rzucił na ziemię. Ale płaskie szkło? Butem pchnąłem odłamek pod karmnik, żeby ktoś przez przypadek nie nadepnął. Teraz jednak zaczynam się zastanawiać – czyżby ktoś w ten sposób próbował upolować jedną z naszych sarenek, wiernie od lat wracających w to miejsce po owies? Zaiste, poezja otwiera horyzonty. Także na bezmiar ludzkiego okrucieństwa.
Niedziela, 4 stycznia
Wśród kolejnych wierszy o zwierzętach spod powieki wychwytuję u Józefa Barana zatroskaną kwokę: „i taką ją zastajemy / na progu dnia / gdy wykluwamy się z powiek nocy” (Nasza kwoka nasza matka poranna), a u Bronisława Maja wyznanie: „Patrzę w jego żółte oczy, / za ich szklistą granicą otwiera się / otchłań, z której wtedy / wyszliśmy, wychodzimy, wciąż pogrążeni” (***, Inc. Podobno widzi wszystko w odcieniach szarości…).
Poniedziałek, 5 stycznia

„Pukiel sierści, pozostawiony pod karmnikiem na pamiątkę przez sentymentalną sarenkę?”. Fot. Jan Zieliński, Opypy 2026
*
Czytam stukilkudziesięciostronicowy esej Henryka Wańka [10], wpatrując się zarazem w autorską replikę jego obrazu Śląsko-Silesia-Schlesien. Ale podróż! Z aktualnymi elementami osobistymi, czy to w Wambierzycach w Kotlinie Kłodzkiej („[…] miasteczko posiadało swą wcześniejszą legendę i duchową tradycję. Jest nią cud odzyskania wzroku przez niewidomego Pana Jana na początku XIII wieku”, s. 51), czy we Wrocławiu („Pouczająca jest historia lekarza wrocławskiego, do którego w 1337 roku odwołał się czeski król Jan, cierpiący na zaburzenia wzroku. Gdy leczenie się nie powiodło, król polecił wrzucić medyka do Odry w jej najgłębszym miejscu”, s. 67). Do tego dodać wypada wzmiankę o jednym z dzieł Witela: „Traktat De natura daemonum, który zaczął pisać w Italii, ale skończył na Śląsku, podważał istnienie upiorów i zjaw. Tłumaczył je zaburzeniami wzrokowymi” (s. 73).
Podroż Wańka nie jest jednak podróżą okulistyczną, tylko alchemiczną i mistyczną – w skróceniu alchemistyczną. Toczy się niespiesznie, ni to w tempie konika, ni to pieszego pielgrzyma, między Oświęcimiem, który jest miejscem urodzenia autora, a wcześniej XIII-wiecznego mnicha i lekarza Mikołaja z Oświęcimia, po Görlitz/Zgorzelec, w którym zakończył ziemską wędrówkę Jakob Böhme, a w którym, jak o tym świadczą pewne niedawne pisma, chciałby zapewne dokonać ziemskiego żywota (po najdłuższym życiu, jak mu rzecz jasna życzymy) szacowny autor opisu i obrazu.
Erudycja naszego alchemisty z łatwością i wdziękiem przekracza granice ziem śląskich i czas rozkwitu na nich barokowego mistycyzmu Böhmego czy Anioła Ślązaka. Najpiękniejsza dla mnie osobiście opowieść dotyczy robaczka zamira. Zgodnie z pewnym apokryfem Salomon, nie chcąc naruszać zakazu używania żelaza, polecił do formowania kamiennego budulca używać owych robaczków, zdolnych rozłupywać skały. Waniek pisze, że robaczkami tymi zachwycał się potem Apollinaire, pisząc: „Robak zamir, który bez narzędzi potrafił zbudować świątynię jerozolimską, cóż to za przejmujący obraz poety!”. Rzetelność i skromność każą Wańkowi podziękować Arturowi Międzyrzeckiemu za „zwrócenie uwagi na ów apokryf i jego refleks w twórczości Apollinaire’a” (s. 48).
Najważniejszą częścią książki jest wnikliwa interpretacja starego rękopiśmiennego cyklu ilustracji, zatytułowanego Sapientia veterum philosophorum…, którego podobiznę wydał drukiem Klossowski de Rola (w indeksie nazwany imieniem Pierre, ale nie jest to pisarz i malarz tego imienia, brat Balthusa, tylko tegoż Balthusa syn, ezoteryk i rockman, zaś P. przed nazwiskiem to skromny skrót przybranego tytułu Prince de Rola). Waniek omawia znaczenie i wewnętrzne powiązania czterdziestu iluminowanych rysunków, z których 22 wykorzystał w swoim śląskim obrazie. Stojąc przed nim podziwiam maestrię tego projektu ikonograficznego, który rozwijał się od dawnej mapy Śląska (widzianego z góry, od północy), sięgającej od Nysy Łużyckiej („dzielącej wschód od zachodu Europy”, s. 60) ze Zgorzelcem po prawej, z Wrocławiem w centrum, potem Brzegiem, Opolem, aż po znajdujący się na lewo, na samym skraju Rybnik (miasto rodzinne Marii…). XVII-wieczne rysunki alchemiczne są punktem wyjścia do własnej, niesłychanie barwnej opowieści o Ziemi Świętej Śląska, która widzowi pozwala na powolną wędrówkę zachwyconym wzrokiem po trzydziestu sześciu kwaterach. Warto przy tym obserwować, jak przesuwające się w ciągu dnia światło słoneczne wydobywa strukturalny podział obrazu na wnętrze (16 pól) i pas zewnętrzny (20 pól), jak ukośne promienie wychwytują grudki ziemi, wystające z tej żywej mapy i ślizgają się po połyskliwych płaszczyznach alchemistycznych symboli. To płótno żyje swoim własnym tajemniczym życiem. Nocami lekko pomrukuje.
Czwartek, 8 stycznia
W „Wyborczej” rozmowa z Alberto Manguelem, który pozbył się swojej wielkiej biblioteki, pozostawiając czterdziestkę książek, do których wraca, takich jak Boska Komedia, Don Kichot, Alicja w Krainie Czarów, Człowiek, który był Czwartkiem. Uzasadnienie? „Klasyka to książki, które przy każdej ponownej lekturze ujawniają przed nami nowe sensy, mówił Italo Calvino. Właśnie takie książki sobie zostawiłem”. Manguel przypomina też przy tej okazji legendę o perskim wezyrze, który przenosząc swoją bibliotekę „utworzył karawanę z trzydziestu wielbłądów. Każdy z nich dźwigał książki, których tytuły zaczynały się od innej litery. Karawana szła w porządku alfabetycznym”. Ładne. Choć niesprawiedliwe dla niektórych wielbłądów.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Stanisława Grzepskiego (1524-1570) „De multiplici siclo et talento hebraico”: polska egzegeza renesansowa wobec nauk europejskiej. Wstęp. Tekst. Przekład. Komentarz. Red. Waldemar Linke. Tłum. Dominika Budzanowska-Weglenda. Warszawa, UKSW, 2023, s. VII.
[2] Tamże, s. XV.
[3] Tamże, s. XXXVII.
[4] Tamże, s. LIV.
[5] Tamże.
[6] Beata Bolesławska-Lewandowska, Zygmunt Mycielski. Między muzyką a polityką. Kraków, PWM, 2025.
[7] Opowiedz zwierzę. Poetki i poeci o zwierzętach. Oprac. Barbara Niedźwiedzka. Kraków, Universitas, 2025.
[8] Kusek podaje, że pierwsza spisana wersja pieśni ukazała się w roku 1882 w antologii Józefa Chociszewskiego Wybór pieśni narodowych i wiąże jej genezę z powstaniem styczniowym (a nawet spekuluje na temat możliwego udziału Balcera Dubiela w tym zrywie). Pieśń jest wcześniejsza, można ją znaleźć, pt. Śpiew chłopka z Królestwa Polskiego, w krakowskim piśmie „Prawda. Pismo poświęcone dla ludu” 1848 nr 1.
[9] Św. Stanisław ze Szczepanowa, biskup krakowski, był wcześniej plebanem w Żębocinie.
[10] Henryk Waniek, Opis podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca 1257-1957. Kraków, Znak, 1996.