HOME
Mariusz Wilk

Załawruga (śladami Biesa)

 

Błysk, gasnący hieroglif promienia na murze –

i powtarzane z uporem bezradne zaklęcie

„Kilroy was here” jak naskalne

ryty. We wnęce zmroku bezdomny

rozkłada swoje kartony na nocleg. Nikt

 

odbija się w ścianie.

Ryszard Krynicki

 

 

Na początku maja, kiedy noce na Północy bieleją, wybraliśmy się z Nataszą i Nadieżdą do ujścia rzeki Wyg w Białe Morze. Naszym celem były białomorskie petroglify z epoki neolitu… A konkretniej – ryt Biesa z dużym kusiem [1] na ostrowie Szojrukszen.

 

 

Polszczyzna zna dwa znaczenia rytu. To „rysunek wykonany rylcem w twardym materiale ” i „święty obrzęd”. Na skale w ujściu rzeki Wyg oba znaczenia się zlewają. Grawerowanie rysunku staje się świętym obrzędem. Dla człowieka pierwobytnego sama podróż do skały z rytami miała charakter pielgrzymki do Ziemi Świętej. Dla mnie to wycieczka do prapoczątków pisma.

Do delty Niżniego Wyga dolecieliśmy z dzikimi gęsiami.

Piszę „dolecieliśmy”, bo murmańska trasa sprawia, że autem się leci, nie jedzie. Ziemia jak gdyby unosi się ku niebu. Sześć wiorst przed Białomorskiem za siołem Wygostrow ostry zakręt w lewo i szosą wprost, jak z łuku strzelił, do Visit Centra „Załawruga”. Nowy budynek w surowym skandynawskim stylu wyrósł znienacka przed nami pośród białomorskiego lasu.

 

 

Dzikie gęsi poleciały dalej na północ, pozostawiając na skałach Załawrugi ryty pływających powidoków.

 

 

Wyg to jedna z większych i najbardziej urokliwych północnych rzek o długości 237 kilometrów. Składa się z Górnego Wygu – tam była słynna Wygorecja (centrum starego obrzędu), Wygoziera – na jego ostrowach zamieszkiwali raskolnicy do zatopienia wysp przy budowie Białomorkanału i Wygu Dolnego – ten wypływa z jeziora Wygoziero na północ, aby przez śluzy i tamy Biełomorkanału ujść do Białego Morza… U sioła Wygostrow, sześć wiorst przez dawną Soroką (Białomorsk), Niżnij Wyg tworzy rozległą deltę, wyrywając się z kamiennego koryta paroma progami do morza. Dwa główne rękawy Niżniego Wyga okalają sieć wysp – wśród których są Bolszoj i Małyj Malinin, Jerpin Pudas, Szojrukszen i szereg bezimiennych – zatapianych przy spuszczaniu wody przez Wygowską Elektrownię Wodną. Płaskie płyty skalnych ostrowów śród szumiących progów stały się pracownią pierwobytnych skrybów.

 

 

Odkrywcą białomorskich petroglifów był Aleksandr Liniewski, student trzeciego roku etnografii Leningradzkiego Uniwersytetu. W maju 1926 roku podczas swojej pierwszej ekspedycji naukowej na Białe Morze spotkał starowiera Georgija Matrosowa. Jak wiadomo, raskolnicy byli strażnikami starych obrzędów (tak chrześcijańskich jak pogańskich), nie dziw przeto, że Liniewski, jak każdy etnograf w owym czasie – wyrażając się jego słowami – „lgnął do starowierów jak mucha do miodu”. Gdy zobaczył na drodze do Soroki brodatego typa w czarnym kapeluszu i w długopołym, pomimo upału, palcie, zaczepił go. Rozgadali się po drodze… Liniewski, posiadając pewne doświadczenie obcowania z autochtonami, zrazu szczerze wyznał, kim jest i po co tutaj przyjechał. Pochwalił się, że poznał pustelnika starego obrzędu z Siegoziera i że niesie od niego pozdrowienie dla Georgija Matrosowa. Przygodny znajomy nie dał znać po sobie, że to właśnie on.

 

P. Matrosow i A. M. Liniewski

 

Rozmawiali o starej wierze. Liniewski dużo czytał na ten temat i swobodnie rozprawiał o heretyku Nikonie, raskole i Daniłowskich skitach. Jego głęboka wiedza zaciekawiła towarzysza drogi. Po jakimś czasie dotarli do wioski Wygostrow i Liniewski z głupia frant poprosił, żeby mu pokazać dom Georgija Pawłowicza… Wtenczas zagadkowy typ zaprosił go do siebie, rozbawiony „zadziwieniem” etnografa. Po sytym ugoszczeniu popłynęli na ostrów Szojrukszen, gdzie Matrosow obiecał pokazać „zabawną ciekawostkę”, o której nikt z Soroki nie wiedział.

Skoro dopłynęli do granitowej grzędy, która rozdzielała rzekę na dwa rękawy. Ściśnięta skałami, mknęła burzliwymi progami w prawo, z lewej zaś tworzyła kaskadę progów. W pobliżu Szojrukszenu połyskiwała w słońcu skała o karmazynowej, jak gdyby „mięsnej” barwie, gęsto pokryta rysunkami. Główna kompozycja składała się z figury garbatego mężczyzny z wielkim rząpiem [2] i wiodących doń śladów ludzkich stóp, ryb, dziczy wodnej oraz różnych reniferów, łosi, niedźwiedzi, tudzież gwiazd i innych wyobrażeń.

 

 

Odkrycie naskalnych rytów przykuło Liniewskiego do Karelii i Karelskiego brzegu Białego Morza na zawsze. Zajął się etnografią i archeologią regionu, muzealnictwem i wojenną historią tego miejsca.

Rysunki Załawrugi odnalazł w 1936 roku sowiecki archeolog Władysław Rawdonikas, zwolennik językowej teorii Maara, twórca sowieckiej archeologii, autor Istorii pierwobytnogo obszcziestwa, fundamentalnej na te czasy… Niezwykle złożona postać! Alkoholik-asceta i niewątpliwy autorytet. Dochował się wielu uczniów. Z jego szkoły pochodzą Domański i Stolar – autorzy popularnej książki Po biesowym sliedam. Żal, że o Rawdonikasie niewiele wiadomo. „Nie zasługiwał – czytam – na biografię, swymi wystąpieniami uczonych kolegów wysyłał do łagrów”.

Ze wspomnień Abrama Stolara, utkwił mi w pamięci epizod, kiedy pijany Rawdonikas w drodze na jakieś naukowe posiedzenie, upadł pijany jak bela na progu sali obrad, a uczeni koledzy, wychodzący z sali, przestępowali ciało, aby „nie wdepnąć w Rawdonikasa”.

Władysław Josifowicz zlekceważył odkrycie Liniewskiego. Jego etnograficzne wywody o pierwobytnych potrzaskach uznawał za bzdurę. Wedle słynnego archeologa były to znaki solarne i lunarne, bowiem obu świecidłom niebieskim pokłaniał się człek pierwotny. Uczony Rawdonikas odczytywał petroglify w duchu dialektycznego materializmu.

W wieku 54 lat Władysław Rawdonikas wyrzekł się nauki, spalił większość naukowych książek, w tym rękopis trzeciego tomu Istorii pierwobytnogo obszcziestwa, przestał pić i ostatnie trzydzieści pięć lat swojego życia spędził w trzeźwym odosobnieniu… Co niektórzy mówili, że go opętał wygowski bies.

 

 

Odkrywcą petroglifów Nowej Załawrugi był Jurij Sawwatiejew z Pietrozawodska, autor wielu prac o naskalnych rysunkach, w tym turystycznego przewodnika po karelskich petroglifach pod tytułem Wiecznyje pismiena. Jego uczennicą, tudzież kontynuatorką odkryć, jest profesor Nadieżda Łobanowa, z którą przyjaźnimy się od 1999 roku. Od naszego spotkania na skale Biesow Nosa nad Onieżskim Jeziorem… To Nadia odkryła mi świat pierwobytnych mieszkańców Północy. Ślady narodzin ludzkiej świadomości.

Jako filologa zafrapowały mnie naskalne rysunki, prapoczątki pisma. Nie tyle semantyką, co mozołem. Ile trudu trzeba włożyć w każdy ryt – ślad po sobie. Aliści mozół nie okazał się tak ciężki – jak myślałem. Nadieżda powiedziała, że Sawwatiejew wybijał biełuchę krzemiennym rylcem w skale w ciągu dziesięciu minut.

 

*

Ruszyliśmy o świcie przez most nad Moroszkowym Pudasem (jednym z dwóch rękawów Wyga) na Bolszoj Malinin. Przez ścianę drzew przeświecała bladozielona mgła, w gąszczach błądziły cienie. Od czasu do czasu coś pohukiwało w lesie. Dalej wąską drożynką z obu stron porośniętą grząską białomorską tajbołą [3]. Gdzieniegdzie wysterczały suchostojące kikuty pni, powszędy widłaki i skrzypy na skałach, z wysmukłych jodeł u drogi szaro-żółto-zielonymi nitkami zwisały usmieja [4]. Według Nadieżdy – to dowód, że powietrze tutaj jest krystalicznie czyste.

 

 

Droga do petroglifów

– Jako dzieci bawiliśmy się w Leszego, ducha lasu, przyklejając kłaczki usmeji do policzków, pod nosem i do brody.

– A co sprawiło, że postanowiłaś zostać archeologiem?

– Chciałam znaleźć skarb. Od dziecka czytałam wiele książek. W Suojarwi byłam zapisana do czterech bibliotek. Pochłaniałam w całości pisarzy, którzy mnie zainteresowali, książki Thomasa Mayne Reida, całego Dumasa i Waltera Scotta, ba, nawet jego korespondencje. Przez dłuższy czas miałam fioła na punkcie fantastyki, pożerałam Verne’a, braci Strugackich, waszego Lema. Czytałam kilka książek naraz w zależności od nastroju. Naczytawszy się o skarbach, jęłam kopać w ogrodzie, aż dostałam od mamy po uszach. Jednak mojego zapału do kopania bura od mamy nie osłabiła. Wiara w prawdę pod ziemią nie opuściła mnie do dzisiaj.

– Że to, co zostaje po nas parę tysięcy lat, jest prawdziwsze niż to kino wokół?

– Nawet wczorajszy dzień sprzed kilkudziesięciu lat w moim wieku jest dotkliwszy od dzisiejszego.

Tymczasem wąska tropa skręciła pod kątem prostym w lewo i miką błysnęła w słońcu. Na zakręcie minęliśmy drewnianą wiatę (niepotrzebny wydatek z niedużego budżetu, wydzielonego przez władze federalne na Załawrugę!) i Nadia ze znamiennym dla siebie sarkazmem skomentowała:

– Ciekawe, kto tutaj zechce karmić sobą komary.

Pytam Nadieżdę o Liniewskiego i Rawdonikasa, który z nich był jej bliższy. Nadia mi na to, że uczyła się na książkach Rawdonikasa, on był w jej studenckich czasach podręcznikowym autorytetem i dlatego nie interesuje się semiotyką petroglifów… Kto dzisiaj może wiedzieć, co wyrażali pierwobytni artyści? Łobanowa jest typowym przedstawicielem sowieckiej archeologii, bo dopiero w Sowieckim Sojuzie wiedza o czasach przedhistorycznych przybrała charakter naukowy! Wcześniej to była amatorszczyzna!

Lecz najbliższy jej był Rościsław Klimow, historyk sztuki, nie archeolog. Miał wyczucie do petroglifów doprawdy niezwykłe! Potrafił, patrząc z oddali na niezbadany ostrów, powiedzieć, że tam są ptaki wygrawerowane na skałach i rzeczywiście były.

Mnie to nie dziwi. Od dawna uważam, że na temat naskalnych rytów więcej może powiedzieć historia sztuki niż archeologia.

 

Rościsław Klimow z Nadieżdą Łobanową

 

Jeszcze jeden zakręt i tropa wywodzi nas na drewniane mostki skalnego plateau. Przed naszym wzrokiem otworzył się pierwotny chram pod gołym niebem. Słońce odbłyskiwało w lusterkach wody między skałami, wyświetlając tu i ówdzie grupy petroglifów, niby osobne panneau [5]. Wokoło pachniało suchym igliwiem i porostami, a także wilgotną skałą. Przez chwilę stoję, oniemiały. Aż chciałoby się zejść z mostka i obejrzeć z bliska, ale jak w muzeum – nie wolno, by nie zadeptać rysunków.

 

 

Zaiste, prawdziwa galeria! Gdzie spojrzeć, ryty na skałach, czasem są to pojedyncze znaki, symbole lub figury, niekiedy całe scenki, jak w komiksie, nakładające się warstwami jedna na drugą, bywa, że rozdzielają je tysiące lat. Dominują zwierzęta, rozpoznaję niedźwiedzia i klempę z łoszakiem, a także biełuchy (ssaki z rodziny narwalowatych). Nadia każdą figurę dotyka palcami, mi przychodzą do głowy słowa Liniewskiego: „Кончик языка инструмент более чувствительный, чем подушечки пальцев” [6].

Zaczyna od niedźwiedzia,

 

 

potem pieszczotliwie gładzi klempę z łoszakiem,

 

 

i dotyka biełuchy.

 

 

 

Zatrzymuje się na łosiu, w labiryncie jego tylnej nogi, i wyjaśnia, że to prymitywne połączenie rysunku z symbolem późniejszej pory, kto wie, czy nie naszej ery?

 

 

A dalej zaczynają się całe sceny w rytach, opowieści o tym, co było, naskalne byliny. Jedna z nich mówi o polowaniu trzech narciarzy na łosie. Najpierw zjeżdżają jednym śladem

 

 

a potem się rozbiegają, każdy za swoim łosiem.

 

 

Tak obchodzimy 16 grup (Sawwatijew odkrył tu ponad 2500 petroglifów, a Nadia jeszcze 400) i wychodzimy z plateau do lasu, w którym Nadieżda – jeśli można tak powiedzieć – zakopała się, począwszy od studenckich praktyk z lat 1971–72 pod kierunkiem Sawwatijewa do dziś! Ponad pół wieku każdy archeologiczny sezon spędza wśród północnych rytów… Przechodzimy kamienistym korytem jednego z rękawów Wyga…

 

 

…na Jerpin Pudos, cel naszej ekskursji. Nadieżda przysiada ze mną przy naskalnej Kamasutrze, palcem lekko wodzi i objaśnia, co tu się dzieje.

 

 

Kto nie czytał, ten nie wie…

 

 

*

W tym miejscu zostawiam Nadię, urywając wątek wyprawy, którą dalej podejmuję z Nataszą. Jakiś czas szliśmy przez las mijając ogromne kopce wymarłych mrowisk, aż wyszliśmy na brzeg Wyga, porośnięty wysokimi trzcinami. Ścieżka przebijała się przez zarośla i wyprowadziła nas na skraj Wyg-ostrowa. Na skraju izba, w której się zatrzymywał swojego czasu Aleksandr Liniewski. Natasza pisze o nim książkę… Po drugiej stronie rzeki zaś, za zaporą Wygowskiej Elektrowni Wodnej, pawilon nad Biesem! W środku, za barierką…

 

 

…skalne plateau z petroglifami Biesowe sliedki, którą pokazał studentowi Liniewskiemu starowier Matrosow. Ucałowałem żonę i mogliśmy jechać dalej.

 

Załawruga, maj – Puszka, październik 2026

MARIUSZ WILK

 

[1] Kuś to penis w dawnej polszczyźnie. Jeszcze ze studiów pamiętam początek epigramu Jana Andrzeja Morsztyna Nagrobek kusiowi: „Kuś umarł, kpy w sieroctwie”.

[2] Tenże kuś. Przypominam staropolskie nazwy męskiego organu, by odwulgaryzować i urozmaicić polszczyznę.

[3] Tajga w archangielskiej gwarze.

[4] Porost krzaczkowaty.

[5] W tym przypadku scenka, miniopowieść o czymś w kilku rytach. Niektóre skupiska petroglifów można wręcz określić mianem „skalnej byliny”.

[6] „Koniec języka jest czulszym instrumentem aniżeli opuszki palców”, twierdził Aleksandr Liniewski, odkrywca i badacz białomorskich petroglifów, używając własnego języka do znalezienia grani rytu na skale.

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek