Jankowi Zielińskiemu, tropicielowi
Pecunia non olet – powiada znana sentencja. Czyżby? Poczułem ten zapaszek, gdy wspólnie z An spacerowaliśmy jesienią po uliczkach starej Palmy. Początkowo nie umiałem odgadnąć, skąd dochodził ów smrodek, ten charakterystyczny zapach pieniędzy, o których nie wiadomo, skąd się wzięły. Kombinowałem niczym Parker Pyne, bohater opowiadania Agaty Christie pod enigmatycznym tytułem Kłopoty nad zatoką Pollensa, którego akcja toczy się na Majorce. W przeciwieństwie do Pyne’a, który narzekał, że „wszyscy… Anglicy, Amerykanie… przyjeżdżają zimą na Majorkę”, na stołecznych ulicach widziałem i słyszałem turystów z Niemiec, w sklepach najłatwiej można było się dogadać po niemiecku, dla Niemców bowiem, zwłaszcza tych na emeryturze, Majorka jest dzisiaj drugim domem. Kombinowałem zatem, ale na razie bez skutku. Na trop wpadłem, gdy po raz trzeci lub czwarty mijałem bank o nazwie Banca March. A kiedy trafiłem do muzeum, które prowadzi Fundación Juan March, byłem już pewien, że po powrocie do hotelu czekają mnie poszukiwania za pomocą znanej wyszukiwarki. I nie wykluczone, że będę musiał odwołać się nie tylko do własnej, ale i sztucznej inteligencji. Takie czasy! Zapaliłem się do tej inwestygacji tym bardziej, że gdy po obejrzeniu ciekawej, choć nie powalającej na kolana kolekcji obrazów współczesnych zgromadzonych w Museu Fundación Juan March, zwiedziliśmy wspólnie z An jeszcze jedno, tym razem niewielkie, choć urocze i pełne kolekcjonerskich skarbów muzeum w pobliżu katedry i pałacu królewskiego La Almudaina, i okazało się, że owe skarby zgromadził tu niejaki Bartolomé March, wiedziałem już, czego mam szukać. Czy nie za dużo tych Marchów, jak na jedno, cudowne skądinąd, popołudnie w starej Palmie?

*
Wystarczyło kilka kliknięć, by dowiedzieć się, że Juan March był w okresie międzywojennym, w czasie II wojny i po niej, najbogatszym człowiekiem w Hiszpanii. Nieco więcej czasu zajęło wytropienie źródeł jego bogactwa. Było ich wiele, zbyt wiele, by wymienić je tu wszystkie. Zatem po kolei, wybiórczo, choć zgodnie z chronologią, która ma tu swoje znaczenie, bo Juan March pomnażał swój majątek w czasach obfitujących w wojny (tak domowe, jak i światowe), zamachy stanu czy dyktatury.
Urodził się w 1880 roku w niewielkiej miejscowości na północy Majorki – Santa Margalida. Jego dziadek, ojciec i wujek prowadzili tu firmę March Hermanos i zajmowali się eksportem świń i czosnku. Handlowali również mąką, migdałami, figami i likierami, przy czym te ostatnie sprzedawali ponoć bez licencji. Młody March miał od kogo uczyć się fachu, którego dewizą było: kupuj tanio, sprzedawaj drogo. Juan nie zamierzał jednak poprzestać na świniach i czosnku. Marzył o poszerzeniu działalności March Hermanos i dlatego w 1902 roku przekonał ojca i wuja, że bardziej lukratywna jest kontrabanda. Przemyt miał na Majorce długą tradycję, a najczęściej przemycanym towarem był tytoń. Juan błyskawicznie zdobył niezbędną w tym biznesie wiedzę, którą dziś nazwalibyśmy know-how: nawiązał kontakty z aktywnymi przemytnikami, przestudiował obowiązujący wśród nich kodeks honorowy, dowiedział się, jak przekupywać strażników, i w których grotach przechowywać towar. A ten pochodził z francuskiej Algierii. Na przełomie XIX i XX wieku mieszkało tam więcej Hiszpanów niż Francuzów. Pochodzili głównie z Walencji i Balearów, zatem kierunki przemytu narzucały się same. Proceder wyglądał tak: zakupiony tanio tytoń ładowano w Oranie i Algierze na statki pływające pod banderą francuską, angielską lub innych krajów, które na papierze zmierzały na Maltę lub do Włoch. W nocy, na pełnym morzu, towar przerzucano na łodzie rybackie, a następnie statek wracał do portu, gdzie kapitan zgłaszał w urzędzie celnym, że stracił ładunek z powodu złej pogody. W 1904 roku Marcha stać już było na przejęcie fabryki tytoniu w Oranie, dzięki czemu zaczął konsekwentnie pozbywać się konkurencji. Pamiętał jednak, że źródeł dochodów winno być kilka. W tamtych czasach struktura agrarna na Majorce zdominowana była – podobnie jak na Sycylii (zajrzyjmy do Geparda…) – przez wielkie posiadłości ziemskie, tak zwane posesiones, czyli majątki obejmujące często całe doliny lub tereny górskie (szczególnie w paśmie Tramuntana). W skład posesioneswchodziły nie tylko pola uprawne, ale także lasy, pastwiska, gaje oliwne, budynki dworskie, tłocznie oliwy itd. Ich właściciele, mieszkający przeważnie w Palmie, (jak pamiętamy, książę Salina przebywał przez większą część roku w Palermo) tracili zwolna płynność finansową. Wtedy na scenę wkraczał – niczym don Calogero z Geparda – sam Juan March: pożyczał im pieniądze, a gdy nie byli w stanie spłacić pożyczki, przejmował ich ziemię. Następnie dzielił ją na małe działki i odsprzedawał chłopom. W ten sposób wzmacniał swój wizerunek dobrego biznesmena, który pomaga drobnym rolnikom na Majorce. Tę szemraną nieco działalność March poszerzył później na Estremadurę i Andaluzję. Wyczytałem, że do 1931 roku Krezus z Majorki miał ponoć podpisać ponad 40 000 takich umów sprzedaży nieruchomości, co stanowiło jeden z najsolidniejszych filarów jego fortuny.
W czasie I wojny światowej grał z powodzeniem na dwie strony, choć większe usługi oddał Niemcom. Dysponował znacznym kapitałem, kontaktami i wpływami wśród polityków, wojskowych i urzędników, posiadał sporą flotę, która służyła nie tylko do przemytu. To do Marcha zgłosił się o pomoc agent wywiadu niemieckiego, Wilhelm Canaris, który przez pewien czas prowadził swoje wywiadowcze działania w Hiszpanii i we Włoszech. March dostarczał więc broń i pieniądze Berberom, których do walki z władzami francuskimi i brytyjskimi podburzał w Maroku i Afryce Północnej Canaris. W kontrolowanym przez Marcha porcie na wyspie Cabrera niemieckie U-booty tankowały paliwo. A że flota Marcha transportowała między innymi prowiant, broń, części zamienne, lekarstwa, sprytny Majorkanin miał ofertę także dla Brytyjczyków. Działał niekonwencjonalnie. Kilka jego statków było zarejestrowanych w Gibraltarze i pływało pod banderą brytyjską. Niemcy uważali je za wrogie. Ich łodzie podwodne często je niszczyły, co teoretycznie mogło zaszkodzić interesom Marcha. Teoretycznie. March ubezpieczał je bowiem w brytyjskich towarzystwach ubezpieczeniowych, mógł więc liczyć na odszkodowanie. I sam informował Niemców, gdzie i co mają torpedować…
Kiedy kilka lat po I wojnie władzę w Hiszpanii przejął generał Primo de Rivera, biznes Marcha zachwiał się na chwilę w posadach. Dyktator postanowił ukrócić zapędy przemytnika, który zagrażał monopolowi publicznej spółki Compañía Arrendataria de Tabacos. Ale od czego były łapówki, wpływy, znajomości, groźby i wymuszenia… Szum wokół Marcha ucichł na tyle, że mógł on nadal, tym razem już z nieoficjalnym poparciem de Rivery, rozbudowywać swe imperium i powiększać majątek. Zadziałał, jak zwykle, prosty mechanizm „coś za coś”. Dzięki Marchowi hiszpański dyktator umacniał po cichu wpływy w Afryce Północnej, a zwłaszcza w Tangerze.
Wiedział odtąd March, że o bezpieczeństwo własnych interesów należy dbać także wśród polityków. Przejął zatem kontrolę nad mocną na Balearach Partido Liberal i z jej poparciem wylądował… w Kortezach. Odgrywał rolę nowoczesnego przedsiębiorcy, który dba o interes robotników. Takich przynajmniej argumentów miał użyć, gdy notable z Palmy zbuntowali się przeciwko budowie w Porto Pi (dzisiaj jest to dzielnica Palmy) fabryki nawozów i wnieśli sprawę do parlamentu. Mieli w Porto Pi swoje rezydencje… O tym, że poza fabryką March zbudował w zatoce port, przez który „płynęła” do Hiszpanii ropa z ZSRR, było już ciszej. A mowa o połowie lat dwudziestych XX wieku.
W 1926 roku March otworzył w Palmie pierwszy oddział Banca March, w którym mógł już spokojnie prać swoje brudne pieniądze. Inwestował w energię elektryczną i tramwaje na Majorce i Wyspach Kanaryjskich, starał się przejąć kontrolę nad dystrybucją paliw. Dwa lata później wykupił pas wybrzeża na północny wschód od Malagi. Obszar zwany El Tesorillo miał być przyczółkiem służącym do zintensyfikowania działalności handlowej, a zapewne i przemytniczej. Blisko było stąd do Gibraltaru i do Afryki. Tę dziką ziemię trzeba było jakoś zagospodarować. March zaproponował więc „interes życia” kilku doświadczonym rolnikom i ich rodzinom z gmin Campos i Ses Salinas z południa Majorki. Mieli przenieść się do El Tesorillo i zacząć pracę dla Marcha…
W 1931 roku powstała w Hiszpanii tak zwana Druga Republika, co oznaczało dla magnata z Majorki kolejne kłopoty. Ángel Galarza, prokurator generalny Republiki, próbował postawić mu zarzuty w związku z ciągnącą się od początku lat dwudziestych sprawą przemytu tytoniu. Jednak sędziowie, mianowani za czasów dyktatury Primo de Rivery, nie widzieli ku temu podstaw i zamknęli sprawę. Następnie premier Manuel Azaña powołał komisję, której zadaniem było naprawienie nieprawidłowości administracyjnych popełnionych za czasów dyktatury. March został pozbawiony immunitetu i w czerwcu 1932 roku trafił do madryckiego więzienia Modelo, oskarżony o finansowanie dyktatury, nakłanianie do nadużyć sądowych i przekupstwa oraz przemyt. Pozostał tam do 5 maja 1933 roku, kiedy to został przeniesiony do zakładu poprawczego w Alcalá.
W więzieniu Juan March przekupił wszystkich funkcjonariuszy. Miał kamerdynera, więźniowie sprzątali jego celę, która składała się z dwóch pokoi i była wyposażona w luksusowe meble; kelnerka codziennie przynosiła mu jedzenie z pobliskiej restauracji… Aż do 2 listopada 1933 roku, kiedy to March postanawił uciec. Wyjechał ponoć własnym rolls-roycem przez główną bramę. Przez Gibraltar uciekł do Paryża. Wrócił po roku, dzięki wstawiennictwu przewodniczącego ówczesnych Kortezów, Santiago Alby, który od dawna siedział mu w kieszeni.
Wraz ze zwycięstwem Frontu Ludowego w wyborach w 1936 roku Juan March ponownie uciekł za granicę i powrócił do Hiszpanii dopiero po II wojnie światowej, gdy u władzy był generał Franco. Ale wspierał finansowo Republikę, zyskując miano „bankiera” prawicowej opozycji.
Gdy wybuchła druga ze światowych wojen, March skorzystał z doświadczenia nabytego podczas tej pierwszej i ponownie grał na dwie strony. Tyle, że stawka w międzyczasie wzrosła, podobnie jak i wpływy kogoś, kto uchodził wówczas za siódmego na liście najbogatszych ludzi na świecie. Churchillowi zależało na tym, by Hiszpania pozostała neutralna. Należało zatem dotrzeć do kogoś, kto będzie umiał wpłynąć na bezpośrednie otoczenie Franco. Tym kimś był – jakże by inaczej – działający w cieniu Juan March. To on miał odegrać niepoślednią rolę w tajnej operacji brytyjskiego wywiadu o kryptonimie Bribes czyli Łapówki. I to March miał sfinansować w dużej mierze „Błękitną Dywizję”, wysłaną przez Franco na prośbę Berlina na front wschodni.
Po wojnie przyszła kolej na kolejne inwestycje, nie zawsze udane, choć zakrojone były na ogromną, międzynarodową wręcz skalę. Nie udały się one z wyjątkiem tej ostatniej, jaką było stworzenie w 1955 roku Fundacji Juana Marcha. Jej kapitał początkowy wynosił 300 milionów peset i 1 200 000 dolarów. W 1962 roku, tuż przed śmiercią (a zmarł wskutek komplikacji zdrowotnych po wypadku samochodowym), March powiększył ten kapitał do 2 miliardów dolarów. Na czym więc polegała ta inwestycja? Nietrudno się domyślić: chodziło o zbudowanie pozytywnego wizerunku publicznego. March nie chciał, by zapamiętano go jako „ostatniego z piratów na Morzu Śródziemnym”, przemytnika i łapówkarza. Działająca do dzisiaj Fundacja jego imienia organizuje wystawy, konferencje, koncerty i przyznaje nagrody naukowe, a jej siedziba znajduje się w Madrycie (z oddziałem muzealnym w Palmie, w budynku dawnej rezydencji Marcha). Fundacja Marcha prowadzi również Muzeum Sztuki Abstrakcyjnej w Cuenca. Na przełomie 2024 i 2025 roku w madryckiej siedzibie fundacji można było oglądać wielką wystawę rysunków Saula Steinberga. A w 1992 roku, w oddziale w Palmie, swoje obrazy wystawiał sam David Hockney. Nikt ze zwiedzających nie zawracał sobie zapewne głowy przeszłością Mecenasa…
March zapisał swój majątek wnukom pierworodnego syna Juana, urodzonego w 1906 roku i zmarłego w 1973. Ale był jeszcze drugi syn, niejaki Bartolomé March Servera, urodzony w 1917, a zmarły w 1998 roku. Obu poczęła Leonor Servera, którą początkujący przemytnik poślubił w 1906 roku. W 1916 roku Juan odkrył, że Leonor miała kochanka. Kilka miesięcy później niejaki Rafael Garau, został znaleziony martwy, z szesnastoma ranami kłutymi, przy torach kolejowych przy Camí del Grau w Walencji… Przez lata morderstwo przypisywano Juanowi Marchowi, ale dokumenty zebrane w ostatnich latach wskazują na jego żonę jako zleceniodawczynię tej zbrodni. Rafael ponoć miał kochankę… By tę smakowitą historię zakończyć tak szybko, jak się zaczęła, powtórzę za biografką Marcha, że wydarzenie to położyło się cieniem na małżeństwie, a skutek był taki, że Leonor zamieszkała osobno (nigdy jednak nie występując o rozwód) i zachowała przy sobie Bartolomé, Juana zaś przyuczał do fachu ojciec. Bartolomé nie chciał mieć nic wspólnego z działalnością ojca. By to podkreślić, używał drugiego nazwiska po matce. Wolał poświęcić się kolekcjonowaniu dzieł sztuki, starych książek i… szopek bożonarodzeniowych z Neapolu, których pokaźną kolekcję podziwialiśmy z An w Palau March.
No właśnie, jeszcze słówko o owym Palau. Pałac ten wybudował w 1939 roku jego ojciec, wykupując przez pośredników działkę położoną tuż przy katedrze, niemal naprzeciw pałacu królewskiego La Almudaina. Dwa plafony w pałacu pokrył przemyślnie farbami niejaki José María Sert, jeden z mężów „naszej” Misi, z domu Godebskiej. Było to ponoć jego ostatnie zlecenie… A sam pałac przejął po rodzinnych podziałach Bartolomé i to w nim ma siedzibę fundacja, którą założył w 1975 roku.

*
Po co opowiadam o tym wszystkim, wystawiając cierpliwość Czytelniczek i Czytelników na ciężką próbą? Mógłbym przecież, zamiast o Marchu, napisać o kilku uroczych, secesyjnych kamienicach w centrum starej Palmy, o niezwykłej instalacji, którą w bocznej kaplicy katedry wykonał przyjaciel Adama Zagajewskiego, Miquel Barceló, o zwiniętej korze platanów przy La Rambla, w której chowały się pierwsze jesienne liście, o dreszczu, który poczuliśmy razem z An, gdy z zalanej słońcem ulicy trafiliśmy do pustego kościoła świętej Klary i w jego pustym wnętrzu usłyszeliśmy modlące się w ciszy, zamknięte w klauzurze, zakonnice.
Ale piszę o Marchu dlatego, by wytłumaczyć się, skąd mój kłopot, o którym wspominam w tytule mego szkicu. Bo przecież w muzeum Fundacji Marcha, a przede wszystkim w Palau March, mogliśmy wspólnie z An obejrzeć kilka naprawdę dobrych obrazów i grafik, a także rzeźb, które zdobią dziedziniec pałacu. Henry’ego Moore’a czy Rodina nikomu rekomendować nie trzeba. A te XVIII-wieczne szopki neapolitańskie? Co za cudo! Patrzyłem na nie wzruszony, choć do Świąt było daleko. Z czym więc miałem kłopot?

Otóż obejrzawszy to wszystko i dowiedziawszy się co nieco o Marchu zastanawiałem się, czy wykorzystywanie dzieła sztuki do oczyszczania publicznego wizerunku jest po prostu uczciwe. Zarówno wobec twórców tych dzieł, jak i tych, którzy je oglądają. Zastanawiałem się, bo w tym konkretnym przypadku czułem smrodek. I byłem nieco zdziwiony faktem, że sam Hockney nie zadał sobie trudu, by dowiedzieć się czegoś więcej o pradziejach Fundacji, w której ponad 30 lat temu pokazał blisko 60 swoich obrazów…
Ale historię Juana Marcha opowiadam tu także – a może przede wszystkim – dlatego, że gdyby jego przemytniczą działalność opisać jeszcze bardziej szczegółowo, z dużo większą maestrią, mógłby to być przyczynek do kolejnego rozdziału Brewiarza śródziemnomorskiego, podarowanego nam przez Predraga Matvejevicia. Te szlaki przemierzane przez łodzie rybackie między grotami u wybrzeży Majorki a Algierem, między Marokiem a Gibraltarem, wykreślają przecież kolejną z map Mediteranée, tak cudownie opisanych przez autora Brewiarza.
I na koniec jeszcze jedna refleksja, dotycząca sentencji Pecunia non olet. Otóż przypisuje się jej autorstwo boskiemu Wespazjanowi. Cesarz ten zmarł 23 czerwca 79 roku w swojej posiadłości w Rzymie. Miesiąc po jego śmierci miała miejsce erupcja Wezuwiusza, podczas której zasypane zostały Pompeje, Herkulanum i Stabie. Może więc – nim nastąpi kolejny wybuch – dać sobie spokój ze smakiem i węchem?
Palma la Mallorca – Bogdany Wielkie, marzec 2026
JAN MARIA KŁOCZOWSKI
PS. Skąd czerpałem informacje? Na temat Juana Marcha znaleźć można w sieci wiele artykułów (poza krótką informacją w Wikipedii, nie są to teksty w języku polskim), choć nie zawsze należy je traktować jako źródła rzetelnej wiedzy. Tym, którzy znają hiszpański bądź kataloński, polecam biografię Marcha napisaną przez byłą minister edukacji w pierwszym rządzie José Luisa Zapatero, niejaką Mercedes Cabrera (Juan March (1880-1962), Marcial Pons Ediciones de Historia, Madryt 2011). O projekcie El Tesorillo piszą pochodzący z Majorki dziennikarze Honorat Bauça i Margalida Juan Taberner (EL Tesorillo. Mallorquins rere les passes de March, Roig Editors, Campos 2011). Jedno z rzadkich opracowań dotyczących tajnej operacji Bribes zleconej przez Churchila to Operation Bribes. How Winston Churchill and Juan March Bought Franco’s Generals autorstwa hiszpańskiego ekonomisty i historyka Ángela Viñasa (Routledge, Londyn 2024).