fbpx
HOME
Adam Szczuciński

Za zasłoną

Monterchi jakby spadło z nieba. W locie zdążyło rozewrzeć szpony i chwycić się wzgórza, przycupnąć jak dziki, zmęczony wędrówką ptak na skalnej wyrwie. Miasteczko jest stare, senne, może zaklęte. Gdyby nie zebranie dotyczące jakiejś ważnej lokalnej sprawy – po jego zakończeniu kilka osób pojawiło się na ulicy – wydawałoby się zupełnie opuszczone. Okiennice zatrzaśnięte, bary wymarłe, nie ma gdzie napić się kawy. Dookoła jednak kolorowe pola i przestrzeń, bezcenny dar od losu i natury. W płytkiej rzece u stóp wzgórza pływają ryby większe od naszych świątecznych karpi, jakby przetrwały jakiś dawny kataklizm i żyły tu, przez nikogo nie niepokojone, od wieków.

Przyjechałem do Monterchi śladem Muratowa, Herberta i niedawno zmarłego Wojciecha Karpińskiego. Każdy z nich przeżywał głęboko sztukę Piera della Francesca, w Obrazach Włoch, Barbarzyńcy w ogrodzie i Pamięci Włoch znajdziemy rozdziały poświęcone artyście z Sansepolcro. Muratow, Herbert i Karpiński oglądali Madonnę del Parto w przycmentarnej kaplicy. Trochę żałuję, że nie odwiedziłem nekropolii, ale przecież zamiarem Piera della Francesca nie było udekorowanie miejsca pożegnania zmarłych. W połowie XV wieku – nie znamy dokładnej daty powstania fresku – kościół Santa Maria di Momentana stał na pustkowiu między Monterchi a Citerną. Budynek uległ częściowemu zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w XVIII wieku. W jego pobliżu założono cmentarz, a sam kościół, znacznie pomniejszony, stał się kaplicą cmentarną. Wspaniały fresk niszczał w cichej martwocie. Zdjęty ze ściany kaplicy na początku XX wieku, przechowywany za ochronną szybą, został przeniesiony pod koniec wieku do budynku dawnej szkoły u stóp wzgórza, na którym przycupnęło miasteczko.

By zobaczyć Madonnę del Parto, musimy najpierw rozchylić zasłony. Wchodzimy do zaciemnionego pomieszczenia imitującego dawną kaplicę, światło naturalne wpada jedynie przez małą niszę z boku. Płyta z freskiem zamknięta jest w podświetlonej gablocie. Dwóch aniołów odrysowanych z jednego kartonu stoi z przodu: jeden ma zieloną tunikę, wiśniowe buty czy rajstopy i takiego koloru anielskie skrzydła, drugi – jak podczas dziecięcej zabawy, przebieranki – dokładnie na odwrót. Anielscy pachołkowie wprowadzają nas do namiotu, rozwierają szeroko zasłony, jakby przedstawiając nas Matce Najświętszej, która zdaje się być po trochu zwykłą chłopką, ciężarną na wiejskim targu (lewa ręka wsparta o biodro w geście oczekiwania, odpoczynku), po trochu Królową – znów jakby dla zabawy – przebraną tylko w zwykłe, skromne szaty. Prosta niebieska suknia z długimi rękawami łagodnie opina duży brzuch, prawa dłoń Madonny dotyka łona, ale i lekko rozwiera suknię, ukazując biel koszuli. To sugestia do niepokalanego poczęcia i mistycznej tajemnicy narodzin Boga, ale i każdego z nas.

Twarz Madonny Brzemiennej to malarskie arcydzieło.  Opuszczone powieki, czerwień przymkniętych ust, łagodnie zarysowane nos i brwi, wzrok skierowany w dół – opiekuńczy, zatroskany. Zadziwiające nakrycie głowy – splot chusty odkrywa wysokie czoło, całkowicie zasłaniając włosy. Nad głową złocisto-brązowa aureola pocięta jak bochenek chleba – to wzór odbitych płytek posadzki lub może przypadkowo ujawniona metoda nakładania złotych płatków. Piero traktował czasem aureolę jak lustro – w poliptyku św. Antoniego z Perugii w aureolach świętych i Madonny odbijają się nakrycia głów lub dostojne łysiny.

Matka Piera pochodziła z Monterchi, ojca nie znał – ten zmarł przed jego narodzeniem. Nie wiemy, kto był zleceniodawcą fresku ani jaki impuls zadecydował o powstaniu dzieła. Wojciech Karpiński pisał, że wizerunek Madonny był czczony przez miejscowe kobiety, że nie pozwolono na wywiezienie, czy choć wypożyczenie dzieła, gdyż „jego nieobecność mogłaby doprowadzić do nieszczęśliwych połogów”. Czy ta wiara jest nadal żywa?

Usiadłem na brzegu rzeki. Stare Monterchi wisiało nade mną w górze. Wodę w rzece co chwilę mąciły przepływające dostojnie wielkie ryby. Myślałem o tracącym wzrok Piero della Francesca i o śmierci Wojciecha Karpińskiego, w którą naprawdę trudno uwierzyć. Zdawało się, że on – tak skupiony na innych, oddający własny czas i talent uwielbianym przez siebie artystom – miał jakiś glejt, papiery zapewniające życie długie, bardzo długie. W takich chwilach pocieszeniem są książki, obrazy, freski z uporem niepoddające się władzy Chronosa.

ADAM SZCZUCIŃSKI