Jakiś czas temu w skrzynce na listy znalazłem kopertę z pieczątką nadawcy: „Areszt Śledczy, ul. Ciupagi 1”. Pamiętam ten adres – to Białołęka. Przez ułamek sekundy poczułem się nieswojo. W środku było eleganckie, podpisane przez dyrektora Aresztu (nazwisko nieczytelne) zaproszenie na „uroczystości związane z 20-tą rocznicą utworzenia Ośrodka dla Internowanych”. W programie między innymi przejazd autentyczną więźniarką z epoki, zwiedzanie aresztu, msza i „poczęstunek zupą więzienną podaną w aluminiowych miskach, używanych przez więźniów na początku lat 80-tych”.
Niewątpliwie pobyt w areszcie przy Ciupagi 1, wiosną 1982 roku na coś się przydał. Poznałem interesujących ludzi, z kręgów mi nieznanych, działaczy „Solidarności”. Najstarszy z internowanych, Antoni Heda założyciel „Solidarności Kombatantów”, mieszkał w Kaniach. Miał szklarnie z pomidorami i systematycznie żądał przepustki dla ich doglądania („przewiązywania” jak to jest w Piosence o końcu świata), ale mu jej nie dawali. W ogóle był internowanym pod specjalnym nadzorem ze względu na dawne sprawy, aresztowano go też z użyciem całej brygady zomowców, bo obawiano się, że ma broń i może się ostrzeliwać. Był w partyzantce (pseudonim „Szary”), rozbił po wojnie więzienia w Kielcach i w Radomiu, planował skok na więzienie na Mokotowie. Kiedy wychodził na spacerniak, z okien wołano: „Antek, kiedy nas wypuścisz?”.
W Białołęce nauczyłem się, jak zagotować wodę przy pomocy żyletek podłączonych do żarówki i jak funkcjonuje „koń”, czyli gazetka obozowa. Nazywała się „Koniem przez Świat”. Koledzy z ostatniej celi w baraku mieli przemycone radio, robili nasłuch z Wolnej Europy, ekstrakt informacji puszczali na sznurku po zewnętrznej ścianie, i tak z jednej celi do drugiej. Moja cela nr 1 była ostatnia i naszym obowiązkiem, po przeczytaniu, było utopienie gazetki w kiblu. Szkoda, taki egzemplarz, to byłby dziś cenny eksponat.
Obieg informacji to też oczywiście listy, ale te wysyłane oficjalną pocztą często przepadały, więc w obie strony śmigały grypsy. Przychodziły nawet z pawilonu IV, gdzie siedziała elita. Przerzucono tam, po krótkim pobycie w naszej celi Janka Kelusa, ale spokojnie sobie korespondowaliśmy. Zastanawialiśmy się, czy jego pobyt nie miał charakteru wydobywczego, czy nie starano się rozpracować naszych ewentualnych powiązań konspiracyjnych.
Listonoszami byli najczęściej księża, którzy przychodzili, żeby odprawić mszę i wyspowiadać internowanych. Przypominaliśmy sobie scenę z Dziadów, słowa Senatora:
[…] cesarz sprawiedliwy;
Cesarz księży nie wzbrania, owszem sam posyła,
Aby do moralności młodzież powróciła.
Grypsy ukrywali w przepastnych sutannach. Z wizyt duszpasterskich pamiętam dwie. Wszystkich nas zatkało, gdy którejś niedzieli pojawił się ojciec Jacek Salij. Nie byliśmy pewni, w jakim charakterze, bo równie dobrze mogli go wsadzić. Bardzo lubiłem rozmowy z księdzem Bronkiem Dembowskim, rektorem kościoła Świętego Marcina. Pobyt w takim miejscu i nadmiar wolnego czasu sprawiały, że człowiekowi zdarzały się stany wzniosłe, niby-mistyczne. O czymś takim właśnie mu zakomunikowałem. Pomilczał, pokiwał głową i mruknął: „Nie martw się, to przejdzie”. Później Dembowski został biskupem, ale poczucie humoru go nie opuściło. Gdy na zakończenie jakiegoś spotkania rozdawał święte obrazki ze swoim błogosławieństwem, mruknął pod nosem: „Biskup składa się z obrazka i biskupa właściwego”.
W zasadzie z Białołęce miałem dużo zajęć. Profesor Raszewski wystarał się o regularne „widzenia naukowe”, ponieważ formalnie byłem na jego seminarium doktoranckim w Instytucie Sztuki. Próbowaliśmy kontynuować dyskusje merytoryczne. Oficjalną pocztą i nieoficjalną – przez księży – dostawałem od profesora listy. Z różną intensywnością w różnych latach korespondowaliśmy, ale te grypsy dziś wydają mi się najważniejsze. W pierwszym grypsie przeczytałem: „Drogi panie Piotrze, sumienna analiza dokonywana bardzo długo doprowadziła mnie do przekonania, że nic w naszym życiu nie dzieje się bez głębszego sensu. Każdy cios jest próbą, a od nas zależy, czy próba stanie się również doświadczeniem (lub: przede wszystkim doświadczeniem). Koniec kazania.
Panie Piotrze! Nie ma gruntownego wykształcenia bez dobrej znajomości łaciny. Dlatego proszę i nalegam, żeby się Pan w łacinie podciągnął. Proponuję na początek teksty narracyjne, księgę Genezis zwłaszcza [chodzi oczywiście o Wulgatę, którą mi przysłał – P. M.]. Odetchnę, gdy mi Pan doniesie, że ją Pan czyta bez słownika. Musi Pan przywyknąć do obfitości koniunktiwów (choć w naszym języku nie byłoby takiej potrzeby). Niech Pan w gramatyce przestudiuje wyjaśnienia na ten temat i wykuje formy gramatyczne czasu przeszłego (myślę dalej o koniunktiwie), bo te w praktyce potrzebne”.
Profesora przywoził do Białołęki swoim samochodem Gustaw Holoubek. Kiedy strażnik obcesowo pukał w szybę, kierowca powoli ją opuszczał i wychylał się, a mundurowy trzaskał obcasami.
Przede wszystkim czytałem. Najpierw zamówiłem z domu Gargantuę i Pantagruela, bo pomyślałem, że w więzieniu będzie dobra taka dawka karnawału, ale jakoś mnie nie wciągnęło. Idąc dalej tropem grubych tomów, profesor Raszewski podrzucił mi Jana Krzysztofa Romain Rollanda. Szybko stwierdziłem, że to nudziarstwo, więc podesłał Józefa i jego braci. Owszem, dało się czytać, choć wydawało mi się, że to niepotrzebnie rozciągnięta historia, całkiem zwięźle przecież opowiedziana w Biblii. W końcu pogrążyłem się w prelekcje paryskie Mickiewicza (co miało mi się przydać w pisaniu doktoratu), potem byli jeszcze Ojcowie i dzieci. Bardzo wtedy trafiała mi do przekonania opinia Pawła Hertza, który zapytany, czy wybiera Dostojewskiego czy Tołstoja, stwierdził, że mając taką alternatywę, wybiera Turgieniewa. Na końcu była Kultura średniowiecznej Europy Le Goffa. Trafiła w sedno moich fascynacji średniowieczem, kiedyś rozbudzonych może serialami telewizyjnymi o Robinie Hoodzie i Wilhelmie Tellu. Widać było, jak mnie to pociąga, co dyskretnie torpedował Raszewski, pilnując żebym nie uciekł mu z XIX wieku. Pochłonięty specyficznymi lekturami, nie brałem udziału w zażartych sporach między Tolkienowcami i Muminkowcami. „Po co się kłócić – komentował zwykle wszelkie kłótnie starszyna celi, brodaty Antek Olechnowicz z Ministerstwa Rolnictwa (ksywka „Majster”) – ludzie som różne”. „Som różne” było oczywiście stylizacją na głos prymitywa, bo Antek mówił piękną polszczyzną z akcentem jakby wileńskim. Może był to cytat. W każdym razie esencja Deklaracji Praw Człowieka.
Czytałem i robiłem stosy notatek, co kolega z kojki na piętrze komentował: „Piszesz doktorat, to znaczy tylko przepisujesz”.
Niestety spokojne czytelnictwo skończyło się wraz z rozpoczęciem Mundialu. Kiszczak, czy jakiś inny, w ramach respektowania tychże praw człowieka, zgodził się na telewizory w celach. Mecze jak mecze, ale większość kolegów ulegała telemanii i oglądała, albo tylko słuchała wszystkiego, czasami na zasadzie „a niech sobie gra”. Doszło do tego, że kilku z nas prosiło o relokację między celami i wytworzyliśmy w końcu strefę wolną od telewizji. Z powodu telewizji musiałem się gęsto tłumaczyć. Przyszło do mnie kilku kolegów z pytaniem: „Ty powiedz, jak to jest z tym bojkotem współpracy z telewizją?”. Bo właśnie nadano moją adaptację Świętoszka. Oczywiście nagrana była przed stanem wojennym. Nie wiem, czy dali się przekonać.
Czasami z bojkotem trudno było się pozbierać. Tak sytuacja. Aktorzy A i B prywatnie sobie rozmawiają. Telefon.
Aktor A do słuchawki: – Nie, niestety nie mogę. Jestem chory. Później wyjeżdżam, bardzo mi przykro, do widzenia.
– Co to było? – pyta B.
– Propozycja.
– Ale co?
– Dubbing.
– No coś ty! W dubbingu można.
– O cholera, zapomniałem – martwi się A i wyciąga rękę w stronę słuchawki. Cofa ją jednak. – Ale ruski film. To nie.

Mundial w Białołęce miał jedną zaletę. Zainspirował mojego kolegę spod celi, Grześka Magdziarza, pracownika antykwariatu „Kosmos” do założenia Więziennego Klubu Sportowego. Zbyt wielu dyscyplin nie było, głównie rozgrzewki w celi i bieganie w kółko na spacerniaku, jak to w więzieniu, ale działał Klub, a ja otrzymałem po znajomości legitymację nr 2. Zachowała się. Jest piękna, bo wykonali ją internowani milicjanci-solidarnościowcy (byli tacy, na przykład Wiktor Mikusiński), specjalizujący się w linorytach stempli Wolnej Poczty Obozowej.

Mój status był trochę dziwny. Byłem internowany ponieważ mogłem „wywołać niepokój społeczny” (to brzmi dumnie), a jednocześnie toczyło się przeciwko mnie śledztwo w prokuraturze wojskowej i od czasu do czasu fatygowali się jacyś panowie, a to żeby o coś zapytać, a to namówić do współpracy. Oferowali wyjazd na Zachód dla szpiegowania emigracji.
W końcu odpuścili i po czterech miesiącach wyszedłem na tak zwaną wolność „z uwagi na niewielką szkodliwość”, co brzmiało nieco obraźliwie. Trzeba przyznać, że po lepszej stronie muru było gorsze wyżywienie. W Białołęce na ogół nie tykaliśmy więziennej obrzydliwej strawy (był na przykład „beton” czyli groch z kapustą), ale przychodziły paczki od rodzin, z kościoła Świętego Marcina, ze „zrzutów” czyli przesyłek z Zachodu. Dzieliliśmy się sprawiedliwie, wrzucali do aluminiowych misek, a każdą ucztę „Majster” zaczynał słowami: „Lubięęę to proste, wiejskie życie”, albo intonował: „Ja tera siedze we więźniu, / ty paczek nie chcesz mi słać”. Po skończonym posiłku, zwyczajem więziennym mówiło się: „Obiad zjedzony, dzień zaliczony”.
Bywały i inne „zrzuty”. Nagle dostałem paczkę z parą półbutów z dobrej miękkiej skóry. Niebieskich! Nawet pasowały i jakiś czas w nich chodziłem. Okazało się, że ofiarodawcą był, nieznany mi osobiście, Jerzy Bajdor, ważna szycha w ówczesnym Radiokomitecie.
Czasami, o zgrozo był i alkohol przemycany w puszkach, z których na wolności odpompowywano syrop z ananasa, wstrzykiwano wódkę i dziurkę elegancko lutowano. Dylemat był wyłącznie natury patriotycznej, bo w tym czasie raczej nie kupowało się państwowych spirytualiów.
Trochę byliśmy w tej Białołęce rozpieszczeni, tak więc kilkudniowa głodówka, jaką urządziliśmy, wyszła nam na zdrowie, a doświadczenie lekkości, jakie się ma drugiego czy trzeciego dnia jest bardzo ciekawe. W sumie były cztery dni.
Czy zostały mi z tego czasu jakieś traumy? Na pewno niechęć do rewizji, grzebania w moim bagażu i kieszeniach. Bardziej jeszcze huk zamykanych za mną żelaznych drzwi i zgrzyt klucza w zamku.
PIOTR MITZNER