Wróciliśmy od Lorenzettich, a ona powiedziała: / „Jakoś ciągle myślę o kobiecie na koniu, / którą namalował Lorenzetti”. Tam, / w tej scenie z czternastego wieku, / Podróżowała na wieczność / W Sienie całkiem podobnej do naszej. Może żona kupca / Młoda, całkiem ładna, w bogatej i żywej zieleni, / Jedzie na białym koniu. / „Ciekawe kim była. Co myślała / Gdy tak jechała na swoim rumaku / W tej wspaniałej sukni / Obszytej bóg wie jakimi weneckimi futrami / Na tej krzywej uliczce, podczas gdy trzy kobiety / plotkują przy progu.
Państwo Niemojowscy przyjechali do Polski na wakacje. Matuszewscy zaprosili ich wtedy do pensjonatu w Gawrych Rudzie na Suwalszczyźnie, gdzie od lat spędzali urlopy. Propozycja była tym atrakcyjniejsza, że w tym pensjonacie było wówczas sporo ciekawych intelektualnie wczasowiczów. Opisał to Jarosław Marek Rymkiewicz w książce "Rozmowy polskie latem roku 1983", gdzie pani Mysza była pierwowzorem pani Żabki. Oczywiście pisarz skonstruował rozmowę tak, aby uwypuklić różne podejścia do polskości, ale prawdą jest, że pani Mysza na polskość patrzyła z perspektywy europejskiej i „wielkość ducha polskiego” nie była tym, przez co chciała ją definiować.
Ostatnie słowo V Symfonii Mahlera, skomponowanej w latach 1901–02 i prawykonanej w 1904 roku, jest ironiczne, szydercze wręcz, na pewno niepompatycznie triumfalne. Wyśmiewana jest tu cała tradycja zwycięskich scenariuszy symfonicznych uosabianych przez IX Symfonię Beethovena, tradycja „per aspera ad astra”, która kazała symfonikom proponować historie o cierpieniu triumfalnie przezwyciężonym. Finał stawia też pod znakiem zapytania własną przeszłość Mahlera.
Co to za zabytek, którego wygląd można dowolnie kaleczyć? Co to za wspólnota, która nie potrafi uzgodnić formy ram okiennych? Przejrzałem, rzec mogę, na wskroś te obecne „polskie fasady” (może to jest dzisiejszy idiom, jak ongiś „polskie drogi”?), bo od Jeleniej Góry do Przemyśla i od Żar do Ełku, miast stołecznych nie pomijając, i wyrobiłem sobie niezawodne kryterium oceny współczesnej kulturowej i społecznej zborności. Dajcie sobie wolne od „sceny politycznej” – ona wszystko zakłamuje, patrzcie w okna mieszkaniowe – one naocznie są prawdomówne. Dopóki tych okien ze sobą nie zestroją, na pewno się nie porozumieją, a gadają ciągle o „wspólnocie”, na dodatek „narodowej”!
Muzyka, teatr, ich tworzenie i odbiór są częścią kulturowej całości, epoki, struktur społecznych. Nie są wyobcowane. Myślę, że w niebie, na odpowiedniej muzyczno-teatralnej chmurce, siedzą Peri i Caccini, Landi i Monteverdi, i oglądając pisanie Doroty Kozińskiej mówią: „No właśnie, o to nam chodziło, kiedy projektowaliśmy naszą Wielką Syntezę”.
Jest to pisarz głęboko niewspółczesny. Jest prawie nieznany w Polsce, cenzura zewsząd skreśla jego nazwisko, ale to nie jest jedyna przyczyna. Jest on w polemice z własnym czasem. Obcy Polakom. Także jego stosunek do sztuki jest głęboko niewspółczesny. Ale śledzi z zainteresowaniem jej rozwój. [...] Analizuje nieznużenie. Jest do końca otwarty, pełen dobrej woli, ale w zasadniczej polemice. Stempowski nie usuwa ze swego słownika pojęcia piękna. Jest to coś żywego, tajemniczego – to podwyższa jego wartość.
Gdy myślę o Zbigniewie Raszewskim – pierwszym skojarzeniem przychodzącym do głowy jest „kosmos”. Rozległy, kryjący w sobie tajemnice. Jednak nie kosmos zimny i nieczuły, lecz dobrotliwy i opiekuńczy, ale przy tym wszystkim pozwalający przystąpić do siebie tylko w wyznaczonych przez siebie regułach i granicach.
Patrick Leigh Fermor zmarł sześć miesięcy przed podróżą Hunta. "Pieszo lasami i nad wodą" jest więc rodzajem spóźnionego listu wysłanego do podziwianego pisarza. Hunt stwierdza, że jego zaciekawienie Paddym nie jest jednak biograficzne, że nie próbuje być jego współczesnym odbiciem, że ciekawi go jedynie podróż Fermora i różnice pomiędzy nią, a jego własną wędrówką.
Tożsamość wydawnictwa jest efektem codziennie ponawianego porozumienia i współpracy dużej grupy osób, którą tworzą autorzy, tłumacze, redaktorzy, korektorzy, graficy, składacze, specjaliści od marketingu, handlowcy… Nawet drukarze, z którymi wydawnictwa współpracują, należą do tego rozległego archipelagu – do uniwersum osób tworzących wydawnictwo. Kto i jaką rolę odgrywał w tym złożonym procesie powstawania, rozwoju, a w końcu też nieuchronnego schyłku wydawnictwa, czy była to rola pierwszoplanowa, czy epizodyczna – nie ma rozstrzygającego znaczenia dla jego tożsamości. Najważniejszy jest efekt – wydawnictwo jako fenomen kultury pewnego czasu i miejsca.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Było to w 2005 roku, przy okazji kongresu tłumaczy w Krakowie organizowanego przez Instytut Książki. W Hiszpanii ukazał się właśnie tomik "Ziemia ognista" i akurat w tym samym roku 2005 wydane zostało "Pragnienie" w moim przekładzie. Wcześniej nie miałem z nim żadnej styczności, co wynikało z zasady, że zwykle nie kontaktuję się z autorami, których tłumaczę, ale również z mojej nieśmiałości. Adam Zagajewski zawsze żartował nazywając nasze spotkania spotkaniami dwóch introwertyków.
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.