Anna Piwkowska
Mój Nieborów (IV)
Wolałam ją jako córę Tantala, wspaniałą, wolną, jeszcze niezakochaną w Amfionie, z którym związek miał jej przynieść taki ból. Siedem córek i siedmiu synów, których utraci w okrutny sposób. Ta wizja Niobe patrzącej na dzieci zabijane strzałami z łuku przez Apolla i Artemidę, Niobe w gniewie, niedowierzaniu, rozpaczy, a potem zamienionej z litości w skałę, którą wicher zaniósł do Azji Mniejszej, do jej rodzinnego miasta Sipylos, powracała do mnie falami. Nie za każdym razem, bo przecież mijałam ją kilka razy dziennie, wchodząc do Palarni i Sali Weneckiej na obiad i kolację. A przynajmniej nie w formie refleksji, lecz właśnie w błysku, w tej energii, jaką roztaczała. Świeciła. Głowa Niobe. Głowa bez ciała, która w dziecku powinna była budzić grozę… A jednak głowa Niobe była w tak oczywisty sposób całością, rozpaczającą, ale patrzącą po przebytych cierpieniach na dylematy śmiertelników tak spokojnie, że stawały się śmiesznie nieważne wobec jej trwania w mroku nieborowskiej sieni. Wiele razy moje życiowe rozterki zamieniały się w spokój płynący z tego, że spoglądając na Niobe, uświadamiałam sobie „miarę rzeczy”.